Iwan i Marina rozstali się, gdy ich córeczce Saszy minęły dwa lata. Wania nie potrafił już znieść życia z żoną, która zawsze była niezadowolona, wiecznie gniewna. To on za mało zarabia, to za mało czasu spędza w domu, to w ogóle nie pomaga przy dziecku.
Wania starał się sprostać oczekiwaniom, lecz nic nie przynosiło efektu. Wielu znajomych sugerowało, że Marina może cierpieć na depresję poporodową, że warto byłoby odwiedzić lekarza, może spróbować leków.
Jednak Wania miał wątpliwości. Już przed narodzinami dziecka Marina nie była aniołem, a teraz wydawało się, że całkowicie straciła kontrolę nad sobą.
Nie potrafił przypomnieć sobie, kiedy ostatni raz widział na jej twarzy uśmiech. Nawet wobec córki nosiła wyraz twarzy tak pełen irytacji, że Wania miał ochotę natychmiast schować Saszę w bezpiecznym miejscu.
Mimo wszystko zaproponował, by Marina udała się do psychologa. Odpowiedź, którą otrzymał, była lawiną obelg.
— Co ty, myślisz, że ja jestem psychiczna?! Histeryczka, tak?! Każdy przy tobie zwariuje!
Wania nie wytrzymał i oznajmił, że złoży pozew o rozwód. Na złość Marina zabrała córkę i wyjechała do innego miasta, nie podała adresu ani nie wystąpiła o alimenty.
Przez jakiś czas Wania szukał córki, potem zrezygnował. Kochał Saszę i z radością pozostałby jej ojcem, ale sama myśl o tym, z czym przyjdzie mu się zmierzyć, ile usłyszy od byłej żony, zmusiła go do pogodzenia się z sytuacją.
Marina kipiała gniewem, który nie znikał. We wszystkim obwiniała byłego męża, uważając, że odszedł, bo znalazł inną, a wina wcale nie leżała po jej stronie.
Gorycz przelała się również na córkę. Nigdy jej nie biła, nie znęcała się, lecz dziewczynka dorastała w atmosferze negatywności, której wielu nie doświadcza nawet przez całe życie.
W ich domu nie było świąt. Sasza dowiedziała się o urodzinach dopiero w przedszkolu.
— Mamo, wyobraź sobie, że Wovka ma dziś urodziny i wszyscy go gratulowali! I dostali prezent! Czy ja też tak będę miała?
— Nie. To bzdura. Ty tu nie masz nic do powiedzenia. To ja cię urodziłam, ja mam świętować! I nie pytaj więcej. Pieniądze w błoto!
Nowy Rok także nie był obchodzony. Na szczęście w przedszkolu przychodził Dziadek Mróz, więc choć jeden raz w roku Sasza miała święto. W sam Nowy Rok jadły z matką najprostsze jedzenie i kładły się spać jak zwykle.
Marina nie cierpiała śmiechu. Prawdopodobnie dlatego, że sama zapomniała, jak się śmieje. Kiedy Sasza oglądała zabawne kreskówki i wybuchała śmiechem, Marina natychmiast ją karciła.
— Co ty się śmiejesz jak koń?! Tutaj nie ma nic śmiesznego!
Sasza zrozumiała: uśmiechać się źle. Śmiać się źle. Trzeba być poważną i smutną jak mama.
Nie wiadomo, czy Marina miała problemy psychiczne. Do psychologa nie poszła, uważając to za stratę pieniędzy. Ludzie według niej nie żyją dla radości. Ci, którzy zawsze się cieszą, są po prostu pustymi i głupimi osobami.
Pierwsza cukierka Saszy pojawiła się w przedszkolu, na czyichś urodzinach. Okazało się, że jest przepyszna! W nocy dziewczynka marzyła, że kiedy dorośnie, kupi cały worek cukierków. Od tej myśli robiło się cieplej na duszy i nawet zakazany uśmiech przebijał się na twarz.
Nie wiadomo, co stałoby się z Saszą, gdyby nadal mieszkała z matką. Z każdym rokiem Marina stawała się coraz bardziej wściekła, coraz bardziej nienawidziła życia. Nawet sąsiedzi trzymali się od niej z daleka, a babcie robiły znak krzyża, gdy przechodziła obok. Mówiono, że w niej sam diabeł siedzi, bo człowiek nie może być aż tak zły.
Widać jednak, że cała ta złość podkopała jej zdrowie. Marinie zdiagnozowano raka. Lekarzom nie ufała, więc do szpitala trafiła dopiero karetką, kiedy już nie było ratunku.
Sąsiadka zabrała Saszę, gdy Marinę wywieziono. Przedtem zdążyła podać imię i miasto, w którym mieszkał ojciec dziewczynki. W końcu zadbała o córkę.
Marina nie wróciła z szpitala. Sasza nawet nie od razu dowiedziała się, że matki już nie ma. Dziewczynka była przerażona i bała się powiedzieć choć słowo za dużo.
Sąsiadka przekazała słowa Mariny do opieki społecznej i szybko znaleziono ojca. Do tego czasu Wania od pół roku był już po ślubie. Kiedy zadzwoniono z opieki i wyjaśniono sytuację, od razu powiedział żonie, że nie porzuci córki. Sam też jej szukał.
Żona okazała się dobrą kobietą i wiedziała, jak Wania cierpiał z powodu rozłąki z córką. Poleciła pojechać i zabrać dziecko.
Sasza, oczywiście, nie pamiętała ojca. Bała się, że życie z tatą będzie gorsze niż z matką.
Kiedy Wania przyjechał, dziewczynka była u sąsiadki. Opieka pozwoliła zostawić ją tam, by nie narażać jej dodatkowo na stres.
Po drodze Wania kupił dużego pluszowego lisa i różne cukierki.
Kiedy wszedł, Sasza przestraszona przywarła do ściany. Lecz zaraz zauważyła zabawkę w jego rękach. Potem dostrzegła cukierki. Natychmiast się rozluźniła. Postanowiła: ten, kto przynosi słodycze, nie może być zły. Przecież w przedszkolu Dziadek Mróz też dawał cukierki. Nikt więcej nigdy.
Podczas gdy Sasza poznawała lisa, sąsiadka opowiedziała Wani o byłej żonie.
— O zmarłych albo dobrze, albo nic, ale charakter miała taki, że nawet święci by nie wytrzymali. Nigdy nie witała się, nie uśmiechała, kogo nie lubiła, tego od razu przeklinała. A biedna Sasza była całkowicie zastraszona.
Sercem Wani ściskało się na myśl, jak ciężko było córce. Winił siebie, że nie uratował jej wcześniej. Trzeba było walczyć, szukać. Ale strach przed byłą żoną go powstrzymywał. I przez jego lęki cierpiała córka.
Kiedy wszystkie dokumenty były gotowe, a pogrzeb odbył się, Sasza pojechała z ojcem do nowego domu.
— Wkrótce twoje urodziny — uśmiechnął się, starając się zbliżyć do córki — co chciałabyś dostać?
Sasza spojrzała na niego zdziwiona, a Wania nie rozumiał przyczyny takiego spojrzenia.
— Nie wiem. Mama nigdy nie dawała prezentów. I urodzin nie obchodziliśmy.
— Jak to? — on zaniemówił.
— Mówiła, że to bzdura. Że nie mam powodu do świętowania.
— To nieprawda. W dniu urodzin wszyscy powinni się cieszyć — drżał głos Wani.
— To mogę wtedy mieć worek cukierków? — zapytała Sasza. — Bardzo lubię cukierki.
Wania tylko skinął głową. Słowa utknęły mu w gardle.
Później, gdy żona Wani poznała dziewczynkę, położyli Saszę spać. Mężczyzna zamknął się w kuchni, wziął butelkę wina i jednym haustem wypił kieliszek. Potem usiadł przy stole, twarzą w dłoniach, i cicho płakał, tłumiąc każdy szloch, jakby bał się, że przez ściany dotrze ten sam chłód, który panował w domu u byłej żony. Rano kupił cały karton cukierków, świeczki i małą zabawkową koronę. Następnego dnia były urodziny Saszy. Dziewczynka po raz pierwszy w życiu obudziła się przy życzeniach, z zapachem ciasta i muzyką. Kiedy zobaczyła worek cukierków, jej oczy zrobiły się wielkie, jakby po raz pierwszy uwierzyła, że szczęście nie istnieje tylko w marzeniach.