Cicho, babcia wszystko słyszy — wynajęli pokój „bez psa, za to z babcią”, a dopiero po trzech miesiącach odkryli, że w tym mieszkaniu od dawna nie chodziło o lokatorów, tylko o misternie rozegraną grę

Aglaja przeczytała ogłoszenie i spojrzała na męża.

— Do wynajęcia pokój. Bez psa, z babcią. Chcesz zobaczyć? Może będzie blisko twojej pracy.

— „Bez psa” brzmi zachęcająco. Ale to „z babcią” jakoś mnie nie uspokaja — mruknął Nikita, zerkając w ekran laptopa. — Dobra, jedźmy.

Pokój znajdował się w starej komunałce, z wysokimi sufitami i parapetami popękanymi od wieku. Gdy weszli do środka, w drzwiach stanęła babcia — wyprostowana, dostojna, z siwymi lokami i spojrzeniem, od którego od razu robiło się człowiekowi nieswojo.

— Proszę wejść. Nazywam się Wiera Stiepanowna. Wprowadzić możecie się nawet dziś. Ale uprzedzam od razu: po dziewiątej ma być cisza, czajnik wolno włączać wyłącznie do ósmej wieczorem, gorąca woda pod prysznicem jest tylko w piątki. I proszę chodzić w domowych kapciach. Cudze hałasy mnie nie interesują.

— A jeśli będziemy chcieli coś ugotować? — spytała niepewnie Aglaja.

— Według rozkładu. Śniadania od siódmej do ósmej, obiady po trzeciej, kolacje do siódmej. Żadnych nocnych pierogów! I proszę nie zamykać drzwi do łazienki na klucz, bo może zajść potrzeba, żeby pomóc.

Nikita już chciał się wycofać, ale Aglaja uśmiechnęła się i skinęła głową.

— Nam odpowiada. Pokój jest dobry.

I tak zamieszkali u Wiery Stiepanowny.

Na początku wszystko wydawało się niemal bajkowe. Rano babcia słuchała Czajkowskiego, gotowała sobie kakao i czytała na głos gazetę. Korytarz zdobiły stare fotografie w pozłacanych ramach: młoda Wiera w mundurze, Wiera na balu, Wiera z mężem w Afryce, Wiera z kotką Musią. Musia zdechła w 1999 roku, ale naczynia z wygrawerowanym napisem „Musi” wciąż stały na półce jak relikwie.

— Widzisz, jaka ona jest inteligentna? Jakby wyszła z jakiejś powieści — szeptała Aglaja.

— Jasne. Dziś włączyłaś suszarkę, a ona zapukała w ścianę i wrzasnęła, że ten „burżuazyjny huk” nie daje jej oddychać.

Z czasem babcia zaczęła coraz bardziej dokręcać śrubę. Najpierw zawiesiła grafik korzystania z toalety, potem ogłosiła środy dniem sanitarnym, a później wprowadziła obowiązkowe wieczorne raporty: każdego wieczoru Nikita i Aglaja mieli przyjść do Wiery Stiepanowny i zdać relację z całego dnia.

— Mieszkacie pod moim dachem, więc muszę wiedzieć, czym żyjecie. Bezpieczeństwo jest najważniejsze! — powtarzała, uśmiechając się przez zęby.

Gdy nadszedł trzeci miesiąc, Nikita urządził mały bunt. O wpół do dziewiątej wieczorem wszedł do kuchni, włączył czajnik i wyjął z lodówki parówki.

— Co to ma znaczyć?! — babcia wpadła do środka jak burza. — Przecież mówiłam: kolacja tylko do siódmej!

— Płacimy za mieszkanie, mamy swoje prawa! — odciął się Nikita.

— Młody człowieku, może i nie mam umowy na papierze, ale moje zasady są twarde. Kto nie szanuje porządku, ten wylatuje! — krzyknęła i cisnęła w jego stronę chochlą.

— Dość tego, wyprowadzamy się! — rzucił Nikita, pakując rzeczy.

Ale tej samej nocy wszystko się zmieniło.

— Popatrz — powiedziała Aglaja, pokazując mu ogłoszenie na stronie. — „Do wynajęcia pokój. Bez psa, z babcią”. To samo zdjęcie. Ta sama babcia.

— To nasze mieszkanie? — zdziwił się Nikita.

— Tak. Ogłoszenie zostało odświeżone dosłownie przed chwilą.

Rano zadzwonił do nich nieznany numer.

— Dzień dobry, dzwonię w sprawie pokoju u Wiery Stiepanowny. Czy państwo już się wyprowadzili? I jak się mieszka z tą babcią? — zapytał obcy głos.

Wtedy wyszło na jaw, że Wiera Stiepanowna wynajmuje ten pokój co trzy miesiące. Nowi lokatorzy płacą z góry za pierwszy i ostatni miesiąc, po dwanaście tysięcy rubli za każdy, a później zostają „wyrzuceni za naruszenie regulaminu”. Pieniędzy nikt im nie oddaje.

— To zwykłe oszustwo! — oburzył się Nikita. — Przecież płaciliśmy normalnie.

— Normalnie? Przelewałam jej pieniądze na kartę z dopiskiem „pomoc dla babci” — zamyśliła się Aglaja. — Nie mamy żadnej umowy. Po prostu tu mieszkaliśmy.

Wieczorem wrócili do pokoju babci.

— Wiero Stiepanowno, już wszystko zrozumieliśmy. To jest cały układ, prawda? Zarabia pani na lokatorach?

— Młodzi, sami wszystko zepsuliście. Po co włączać czajnik o ósmej wieczorem? Po co podchodziliście do kubeczka Musi? Ja proszę po ludzku, z kulturą, a wy wszystko łamiecie!

— Umowy nie ma, ale mamy potwierdzenia przelewów. Możemy iść do sądu.

— Do sądu? Na babcię? — jęknęła teatralnie, łapiąc się za serce. — Wy naprawdę nie macie wstydu!

— My też umiemy grać. Albo odda nam pani pieniądze, albo…

— Albo?

— Albo zostajemy tu naprawdę. Na naszych warunkach. I czajnik będziemy włączać wtedy, kiedy sami uznamy za stosowne.

Wiera Stiepanowna zamilkła. Po raz pierwszy ktoś nie odszedł stąd z urazą i walizką, tylko został i rzucił jej wyzwanie.

Od tamtego dnia zaczęło się dziwne życie: babcia urządzała „rewizje”, podglądała przez szparę, wyłączała prąd „dla profilaktyki”, a Nikita z Aglają ustawili timer w czajniku, śmiali się głośno w łazience i organizowali małe koncerty na korytarzu.

— Kto kogo? — szeptał Nikita, przynosząc do domu przenośny głośnik.

Po miesiącu babcia skapitulowała.

— Młodzi, mam propozycję: mieszkanie jest komunalne, długi wiszą na mnie. W spółdzielni już mnie cisną. Jeśli chcecie tu zostać, wykupcie udział, spłacicie zadłużenie.

Aglaja i Nikita spojrzeli na siebie. Ceny budziły lęk, ale mieszkanie było w samym centrum, sufity miały prawie trzy metry, a do metra szło się pięć minut.

— A Musia? — zapytała Aglaja.

— Musia błogosławi — skinęła głową Wiera Stiepanowna i pogłaskała stare zdjęcie.

— Nie zostawicie mnie, prawda? — zapytała na pożegnanie. — Upiekę wam pierożki.

— Tylko jeśli pozwoli nam pani zamykać drzwi do łazienki — mrugnął Nikita.

I tak dorobili się własnego kąta, a babcia została „pod ręką”. Pierożki okazały się pyszne, a czajnik potrafił zagotować się nawet o trzeciej nad ranem, już bez groźby lecącej chochli.

Pół roku później ich życie wreszcie się uspokoiło. Pokój w komunałce należał już do nich, a Wiera Stiepanowna z dawnej właścicielki zmieniła się w sąsiadkę po drugiej stronie mieszkania. W umowie zapisano jasno: kuchnia i łazienka są wspólne, porządek ustalany po kolei, kapcie według uznania.

— To jej sposób, żeby powiedzieć „przepraszam”. Albo „wciąż tu jestem” — uśmiechnął się Nikita. — Ale drożdżówki ma znakomite.

Czasem wieczorami, gdy za oknem padał śnieg, a kaloryfery mruczały głuchym ciepłem, słyszeli, jak w mieszkaniu naprzeciwko stary patefon wygrywa „Sonatę księżycową”. Wtedy Aglaja stawiała dwa czajniki — jeden dla siebie, drugi na parapecie, jakby dla kogoś niewidzialnego. A Nikita, mijając drzwi z tabliczką „Musia”, mówił ledwie słyszalnie:

— Dziękuję.

Cicho, babcia wszystko słyszy.