— Olu! — krzyknęła matka jako pierwsza, rzucając się córce na szyję i całując ją po twarzy. — Moje drogie dziecko! Już myślałam, że nie przyjedziesz.
— Olu, ty naprawdę o nas zapomniałaś? — w słuchawce brzmiał urażony głos siostry. — Mama prosiła, żebyś przyszła na jej urodziny!
Ola mocniej ścisnęła telefon, jednocześnie mieszając kaszę w garnku. Za plecami szeleścił trzyletni Sasza, domagając się uwagi, a z pokoju dziecięcego dochodził płacz młodszej córki.
— Katia, przecież tłumaczyłam. Masza ma temperaturę już trzeci dzień. Jak ja mam teraz jechać do Kaługi?
— A niani nie możesz wziąć? Albo zostawić dzieci z mężem? — w głosie Katii rosło rozdrażnienie. — Mama tak się zmartwiła, że cię nie będzie. Od rana pyta tylko, kiedy Ola przyjedzie.
Ola poczuła, jak coś ściska ją w środku. Matka naprawdę na nią czekała, pewnie smażyła już ulubione pierożki z kapustą i wyjmowała najlepszy serwis. Tylko co ona mogła zrobić?
— Sasza jest w delegacji do środy, a z chorym dzieckiem nie pojadę pociągiem. Katia, zrozum…
— Rozumiem, rozumiem! — przerwała jej siostra ostro. — U ciebie zawsze znajdzie się powód: praca, dzieci, mąż. Mama ma już siedemdziesiąt jeden lat, a ty ostatni raz byłaś u niej na Nowy Rok.
Ola odstawiła garnek i otarła dłonie o fartuch. Sasza ciągnął ją za skraj sukienki, pokazując zepsuty samochodzik.
— Mamo, napraw! — wymamrotał.
— Poczekaj chwilkę, skarbie — powiedziała cicho, po czym znów przyłożyła telefon do ucha. — Katia, sama wiesz, jak trudno mi się wyrwać. Dwoje małych dzieci, dwie prace, żeby jakoś związać koniec z końcem…
— A ja to niby nie pracuję? — wybuchnęła Katia. — Ja też mam córkę! Katii już czternaście lat, radzi sobie sama, ale ja znalazłam czas, wzięłam wolne.
— Ty masz jedną nastolatkę, a ja dwoje maluchów! — nie wytrzymała Ola. — Ty w ogóle wiesz, co to znaczy zostawić trzylatka i małe dziecko?
— Daj spokój! Masza ma prawie dwa lata, jakie z niej niemowlę? — siostra była już gotowa do prawdziwej kłótni. — Po prostu nie chcesz przyjechać, i tyle. Wygodnie ci w Moskwie, zaszyć się w swoim mieszkaniu i udawać, że problemu nie ma.
W Olie aż się zagotowało. Wygodnie? Gdyby Katia wiedziała, jak ona miota się między pracą, przedszkolem, przychodnią i sklepami. Gdyby widziała, jak Ola wstaje o szóstej rano, karmi dzieci, prowadzi Saszę do ogrodu, jedzie do biura, a wieczorem pędzi jeszcze na dodatkową pracę, bo dorabia korepetycjami.
— Katia, dość! — powiedziała ostro. — Nie opowiadaj mi o wygodzie. Nie wiesz, jak ja żyję.
— Wiem! I to bardzo dobrze! — głos siostry zrobił się jeszcze bardziej zły. — Wszyscy wiedzą, jaka z Oli bohaterka, jak to sobie w Moskwie ułożyła życie, pracuje, zarabia. A mama siedzi sama w Kałudze i nikt o niej nie pamięta.
— Co mają do tego pieniądze?! I mama nie jest sama, przecież ty mieszkasz obok!
— Aha, mieszkam obok! Czyli wszystko ma być na mojej głowie? To ja wożę ją do lekarzy, chodzę po zakupy i sprzątam jej mieszkanie, bo sił ma już coraz mniej. A moskiewska księżniczka raczy zadzwonić raz na pół roku!
Ola poczuła się tak, jakby ktoś uderzył ją w twarz. Raz na pół roku? Przecież dzwoniła co tydzień. Tyle że rozmowy bywały krótkie — raz dzieci nie dawały spokoju, raz musiała wracać z pracy.
— Dzwonię, Katia. I nie raz na pół roku, tylko cały czas.
— Dzwonić i przyjechać to nie to samo — ucięła siostra. — Dobrze, nie będę ci już przeszkadzać. Powiem mamie, że masz sprawy ważniejsze niż jej urodziny.
— Katia, zaczekaj…
Ale siostra już się rozłączyła.
Ola powoli odłożyła telefon i oparła czoło o chłodną ścianę. Sasza nadal stał obok, ściskając w rękach zepsuty samochodzik.
— Mamo, ty płaczesz? — zapytał, zaglądając jej w twarz.
— Nie, skarbie, po prostu trochę się zmęczyłam. — Wzięła synka na ręce i pocałowała w czubek głowy. — Chodź, zobaczymy tę twoją ciężarówkę.
Myślami była jednak daleko od zabawki. W głowie dźwięczały słowa siostry: „moskiewska księżniczka”, „ważniejsze sprawy niż mama”. Czy naprawdę tak było? Czy rzeczywiście odsunęła się od rodziny?
Wieczorem, gdy dzieci wreszcie zasnęły, Ola usiadła w kuchni z kubkiem herbaty. W mieszkaniu panowała cisza, tylko zegar miarowo tykał. Wyjęła telefon, chciała zadzwonić do Katii, ale nie zdobyła się na to. O czym miały teraz rozmawiać? Siostra była wściekła i może wcale nie bez powodu.
Ola przypomniała sobie, jak w dzieciństwie z Katią były nierozłączne. Katia była starsza o cztery lata, zawsze stawała w obronie młodszej siostry na podwórku, pomagała jej w lekcjach. Potem Ola dostała się na studia w Moskwie i rodzice pękali z dumy: „Nasza Ola poszła do stolicy, jaka zdolna!”
W tamtym czasie Katia pracowała już jako pielęgniarka w przychodni, spotykała się z Wiktorem i szykowała się do ślubu. Miała dwadzieścia trzy lata, wydawała się Oli dorosła i pewna siebie. A ona sama była wtedy tylko przestraszoną dziewczyną, która po raz pierwszy wyjeżdżała z domu.
Później przyszedł instytut, praca, znajomość z Siergiejem, ślub, narodziny Saszy, a potem Maszy. Życie kręciło się jak karuzela. Wydawało się, że w domu wszystko nadal jest tak samo: mama zdrowa, Katia obok, wszyscy mają siebie na co dzień.
Tyle że wszystko się zmieniło. Mama postarzała się — Ola zauważyła to podczas ostatniej wizyty. Ręce jej drżały, chodziła już niepewnie. I Katia… Katia była zmęczona. Widać to było po twarzy, po westchnieniach, kiedy opowiadała o wizytach mamy u lekarzy.
— Zrobiła się uparta — mówiła wtedy Katia, zmywając po kolacji. — Tabletek nie chce brać, twierdzi, że lekarze nic nie rozumieją. Tłumaczę jej, że ciśnienie trzeba kontrolować, a ona tylko: „Co ty możesz wiedzieć, ty nie lekarz!”
— A co mówią lekarze? — spytała wtedy Ola, kołysząc zapłakaną Maszę.
— To samo co zawsze: wiek, oszczędzać się, dieta, tabletki, spokój. Tylko skąd tu wziąć spokój, skoro ona ciągle coś robi? To myje podłogę, to pierze, to szoruje kuchnię. Mówię jej: „Mamo, przyjdę, wszystko zrobię”, a ona: „Nie trzeba, sama dam radę”.
Ola wtedy kiwała głową, ale tak naprawdę nie wsłuchiwała się w słowa siostry. Sama tonęła po szyję w swoich obowiązkach: Sasza dopiero zaczął chodzić do przedszkola i ciągle chorował, Maszę trzeba było karmić po nocach, w pracy trwał nieustanny pośpiech.
A teraz, siedząc w swojej kuchni, Ola rozumiała, że Katia miała rację. Kiedy ona budowała swoje moskiewskie życie, siostra sama dźwigała wszystko: mamę, własną rodzinę, pracę, dom.
Następnego dnia Ola poprosiła sąsiadkę, Galinę Pietrownę, żeby przez kilka godzin posiedziała z Maszą.
— Oczywiście, kochanie — zgodziła się od razu starsza kobieta. — Idź spokojnie, ja popilnuję małej.
Saszę Ola zostawiła na zajęciach popołudniowych, a sama pojechała do centrum. W kwiaciarni kupiła wielki bukiet białych róż — ulubionych kwiatów mamy. Potem weszła do cukierni po tort „Napoleon”, który mama kochała od lat.
W domu szybko spakowała torbę: rzeczy na zmianę, jedzenie dla dzieci, lekarstwa. Jeśli już jechać, to razem. Sasza był dość duży, by znieść drogę, a Maszy temperatura wreszcie spadła.
Wieczorem zadzwoniła do Siergieja, który wciąż był w delegacji.
— Sierioża, jutro jadę z dziećmi do Kaługi. Na urodziny mamy.
— A co z Maszą? Przecież mówiłaś, że jest chora.
— Lepiej się czuje. A jeśli coś się stanie, to w Kałudze też są lekarze. Katia jest pielęgniarką, pomoże.
— Ola, może jednak nie warto? — w głosie męża słychać było niepokój. — Długa droga z dziećmi, wykończysz się.
— Sierioża, ja muszę. Rozumiesz? Muszę.
Przez chwilę milczał, a potem powiedział cicho:
— Rozumiem. Jedź, tylko uważaj. Zadzwonisz, kiedy dojedziecie?
— Oczywiście.
Rano, szykując się do wyjazdu, Ola denerwowała się coraz bardziej. Sasza marudził i nie chciał się ubierać. Masza prawie nie spała w nocy, była ospała i bez sił. A może naprawdę nie powinna była jechać? A jeśli dziecku pogorszy się po drodze?
Tyle że było już za późno na wycofanie się. Ola zamówiła taksówkę na dworzec, zapakowała dzieci, torby i wózek. W pociągu Sasza najpierw zachwycał się widokami za oknem, potem zaczął się nudzić i popłakiwać. Masza spała jej na rękach, a Ola bała się poruszyć, żeby jej nie obudzić.
Do Kaługi dotarli przed południem. Na dworcu czekały już Katia i mama. Gdy Ola zobaczyła je z daleka, od razu zrozumiała, że dobrze zrobiła, przyjeżdżając. Mama wyglądała na tak szczęśliwą, tak rozpromienioną! A Katia patrzyła z niedowierzaniem, jakby wciąż nie mogła uwierzyć.
— Olu! — krzyknęła matka pierwsza, podbiegła, objęła ją i pocałowała. — Moje drogie dziecko! Myślałam, że jednak nie przyjedziesz. Katia powiedziała, że masz ważniejsze sprawy.
— Mamo, nie ma nic ważniejszego od ciebie. — Ola mocno ją przytuliła i poczuła, jaka jest krucha. — Wybacz, że tak długo mnie nie było.
— Daj spokój, słoneczko! — Matka odsunęła się i spojrzała na wnuki. — Ojej, jaki Sasza już duży! A jaka Maszeńka śliczna! Katia, pomóż siostrze z bagażami.
Katia podeszła i bez słowa wzięła jedną z toreb. Siostry spojrzały na siebie, a Ola zobaczyła w oczach Katii wdzięczność.
— Dziękuję, że przyjechałaś — powiedziała Katia cicho.
— A ja dziękuję, że przez cały ten czas byłaś przy mamie — odpowiedziała Ola.
W domu mama krzątała się bez wytchnienia, nakrywała do stołu, wyjmowała poczęstunek. Sasza biegał po mieszkaniu, szczęśliwy, że ma tyle miejsca i zabawki, które babcia trzymała specjalnie na jego przyjazdy. Masza siedziała na kolanach Katii i bardzo poważnie przyglądała się ciotce.
— Jest do ciebie podobna w tym wieku — powiedziała Katia do Oli. — Też miałaś taki sam poważny wyraz twarzy.
— A Sasza jest podobny do ciebie. Taki sam żywy i wszędzie go pełno — uśmiechnęła się Ola.
Przy stole mama nie mogła przestać mówić, wypytując o moskiewskie życie, o Siergieja, o pracę. Cieszyła się z każdego drobiazgu: że Sasza nauczył się liczyć do dziesięciu, że Masza zaczęła wymawiać pierwsze słowa.
— Pamiętasz, Olu, jak ty w dzieciństwie bez przerwy pytałaś „dlaczego”? — śmiała się mama. — „Dlaczego słońce jest żółte? Dlaczego deszcz jest mokry?” Katia już nie miała siły odpowiadać, a ty dalej pytałaś.
— Pamiętam — odezwała się cicho Katia. — I pamiętam, jak płakałaś, kiedy Ola dostała się do Moskwy. Mówiłaś: „Jak ja bez niej będę?”
— A teraz wszystko tak pięknie się ułożyło — skinęła z zadowoleniem mama. — I Ola ma dobrą rodzinę, i Katia. I wnuki rosną.
Wieczorem, kiedy dzieci już spały, siostry siedziały w kuchni przy herbacie. Mama położyła się wcześniej, zmęczona całym dniem wzruszeń i radości.
— Olu, jak zniosłaś drogę? — zapytała Katia. — Bardzo ciężko było z dziećmi?
— Dałam radę. Sasza trochę marudził, ale nic strasznego. A ty… — Ola umilkła na moment, szukając słów. — Katiu, ja nie wiedziałam, że mama aż tak się zmieniła. Że jest jej tak ciężko.
— No cóż, wiek — wzruszyła ramionami Katia. — Jeszcze się trzyma, ale to już nie ta sama kobieta. Pamiętasz, jaka była kiedyś energiczna? Wszystko robiła, wszystkich karmiła, o wszystkich dbała.
— A teraz ktoś musi zatroszczyć się o nią — powiedziała cicho Ola.
— Tak. I wiesz co… — Katia odstawiła filiżankę i spojrzała siostrze prosto w oczy. — Czasem naprawdę ciężko mi samej. Nie fizycznie nawet, tylko psychicznie. Ta odpowiedzialność… A jeśli coś się stanie, jeśli zrobię coś nie tak…
— Katiu, ty robisz wszystko dobrze. Widziałam, jak mama na ciebie patrzy. Ufa ci, jest spokojna, kiedy jesteś obok.
— Ale chciałam, żebyś i ty była. Chociaż czasami. Nie stale, rozumiem, masz własne życie. Ale chciałam, żebyśmy niosły to razem.
Ola skinęła głową. Rozumiała już i swoją winę, i zmęczenie siostry, i to, że mama naprawdę potrzebuje obu córek.
— Będę przyjeżdżać częściej — powiedziała. — Obiecuję. Nie tylko na święta, po prostu tak, choćby na weekend.
— A praca? Dzieci?
— Znajdę sposób. Dzieci podrosną, będzie trochę łatwiej. A z pracy czasem też można wziąć urlop.
Katia uśmiechnęła się po raz pierwszy tego dnia naprawdę szczerze.
— Wiesz, Olu, dzisiaj było tak dobrze. Jak kiedyś, gdy wszyscy byliśmy razem. Pamiętasz, jak mama piekła pierożki, a my jej pomagałyśmy?
— Pamiętam. Ty zagniatałaś ciasto, a ja robiłam farsz.
— A potem całą rodziną siedzieliśmy przy stole, śmialiśmy się, rozmawialiśmy… — Katia urwała. — Chciałabym, żeby nasze dzieci też to pamiętały. Żeby miały takie wspomnienia.
— Będą miały — odpowiedziała Ola stanowczo. — Postaram się, żeby tak było.
Następnego dnia wszyscy razem poszli do parku. Mama szła powoli alejką, opierając się na ręce Katii. Sasza biegał wokół, zbierał liście, a Ola pchała wózek z Maszą. Taki zwyczajny rodzinny spacer, których mogło być znacznie więcej, gdyby Ola częściej przyjeżdżała.
— Zróbmy zdjęcia — zaproponowała Katia. — Na pamiątkę.
Pozowali przy fontannie, na ławce, przy placu zabaw. Mama śmiała się, kiedy Sasza stroił miny, i prosiła o jeszcze jedno zdjęcie, i jeszcze jedno.
— Wyślesz mi potem te fotografie, Katiu? — spytała. — Chcę mieć wszystkie.
— Oczywiście, mamo. Oli też wyślę.
Wieczorem, gdy kładła dzieci spać, Ola myślała o tym, jak szybko minęły te dwa dni. Następnego ranka mieli wracać do Moskwy, a ona już układała w głowie plan kolejnego przyjazdu.
— Jeszcze przyjedziemy do babci? — zapytał Sasza, gdy okrywała go kołdrą.
— Oczywiście, skarbie. Przyjedziemy niedługo.
— A ciocia Katia będzie?
— Będzie. Ciocia Katia mieszka blisko babci i troszczy się o nią.
— Tak jak ty troszczysz się o nas?
— Mniej więcej tak.
Sasza skinął głową i zamknął oczy. A Ola długo jeszcze siedziała obok, myśląc, że troska to nie tylko codzienne obowiązki. To także obecność, świadomość, że nie jest się samemu, że są ludzie, dla których jest się ważnym.
Rano, przy pożegnaniu, mama płakała.
— Nie płacz, mamusiu — Ola objęła ją mocno, nie chcąc puszczać. — Wkrótce znów przyjadę, naprawdę. Na majówkę na pewno.
— Dobrze, córeczko. Tylko dbaj o siebie i o dzieci.
— Dbam. O ciebie też będę dbać. Jeśli coś będzie trzeba, dzwoń bez wahania.
— Katia to moje złoto — mama spojrzała na starszą córkę. — Co ja bym bez niej zrobiła.
Na dworcu Katia pomogła wnieść rzeczy i usadzić dzieci w wagonie.
— Olu, jeszcze raz dziękuję, że przyjechałaś — powiedziała. — Dla mamy to naprawdę bardzo wiele znaczy.
— Dla mnie też — odparła Ola, obejmując siostrę. — Dzwońmy do siebie częściej. Nie tylko wtedy, gdy jest jakiś problem, ale tak po prostu.
— Dobrze. Mnie też by się to spodobało.
W pociągu Ola patrzyła przez okno na przesuwające się pola i myślała o tym, że rodzina to nie tylko wspólne nazwisko i więzy krwi. To również wspólna odpowiedzialność, radość i pamięć. Nieważne, ile kilometrów ludzi dzieli — ważne, żeby nie zgubić tej nici, nie pozwolić jej zerwać się przez codzienny pośpiech.
Sasza zasnął, opierając głowę o ramię mamy. Masza siedziała obok i z powagą obserwowała innych pasażerów. Ola układała plany: jak zorganizować następną podróż, jak częściej dzwonić, jak sprawić, by ta odległość nie wydawała się już tak ogromna.
W domu przywitał ich Siergiej, który wrócił z delegacji wcześniej.
— I jak podróż? — zapytał, pomagając rozpakować torby.
— Dobrze — uśmiechnęła się Ola. — I wiesz co, Sierioża? Chyba powinniśmy częściej jeździć tam całą rodziną.
— Jeśli uważasz, że tak trzeba, pojedziemy — powiedział, całując ją w policzek. — Nie mam nic przeciwko.
Wieczorem, gdy dzieci już spały, a Siergiej oglądał telewizję, Ola zadzwoniła do Katii.
— Jak mama? Nie zmęczyła się po naszym wyjeździe?
— Nie, wszystko dobrze. Opowiada sąsiadkom, jakie ma wspaniałe wnuki. Jest taka zadowolona, jakby nagle odmłodniała.
— A ty? Nie jesteś zmęczona po nas?
Katia roześmiała się:
— Wprost przeciwnie. Było mi lżej, kiedy nie musiałam być z tym wszystkim sama. Razem to zupełnie co innego.
— Rozumiem. Postaram się, żeby tak było częściej.
— Dziękuję, Olu.
I wtedy Ola zrozumiała: żal nie minął dlatego, że przyjechała i nagle wszystko naprawiła, lecz dlatego, że ona i Katia wreszcie naprawdę ze sobą porozmawiały i usłyszały się nawzajem. Od tej chwili nie były już dwiema oddzielnymi córkami, ale jednym zespołem, który razem będzie opiekował się mamą, wspierał się i dzielił odpowiedzialnością.
Bo rodzinne więzi stają się mocne nie od słów, lecz od czynów, a miłość najpełniej widać wtedy, gdy człowiek jest gotów być obok, nawet jeśli droga do bliskich okazuje się długa. I właśnie w tym kryje się prawdziwe szczęście.