W pierwszy dzień wakacji, zaraz po ostatnich egzaminach, rodzice powiedzieli Warwarze, że muszą z nią odbyć poważną rozmowę, która miała roztrzaskać wszystko, o czym marzyła

W pierwszy dzień wakacji, kiedy sesja była już za nią, rodzice powiedzieli Warwarze, że muszą z nią poważnie porozmawiać.

Stało się to niemal od razu po tym, jak poznała wynik ostatniego egzaminu. Niepokój ściskał ją coraz mocniej, bo z każdym dniem malała nadzieja na studia bezpłatne. Oceny miała dobre, naprawdę dobre, ale do wymarzonego kierunku wciąż było ich za mało.

Między nią a rodzicami od dawna obowiązywała jasna umowa: jeśli dostanie się na budżet, pieniądze odłożone na naukę pójdą na zakup kawalerki w mieście wojewódzkim. Rodzice chcieli kupić ją do czasu, aż skończy studia. Jeśli jednak trzeba będzie płacić czesne, mieszkanie przepadnie, a Warwara będzie musiała kiedyś sama rozwiązać problem dachu nad głową, bo rodzinne trzypokojowe mieszkanie miało przypaść starszemu bratu.

Zgodziła się na te warunki, uznając je za uczciwe. Rodzice dotrzymali słowa i opłacili jej pierwszy rok studiów. Wyjechała z rodzinnej miejscowości w obwodzie tulskim, zamieszkała w akademiku i bez problemu zaliczyła pierwszy rok. Wróciła do domu na wakacje, a wtedy usłyszała, że chcą omówić coś bardzo ważnego.

— Warwaro, musimy porozmawiać o twoich studiach — zaczął ojciec.

— Co się stało? — zapytała zaskoczona.

— Niestety, nie damy już rady płacić za twój uniwersytet — wyjaśnił.

— Jak to? Dlaczego? — wyrwało jej się.

— Sytuacja się zmieniła. Twój brat Anton postanowił się ożenić, a nam potrzebne są pieniądze na wesele i na mieszkanie dla niego — powiedział ojciec.

Anton, starszy od Warwary o dwa lata, ledwo skończył dziewięć klas, potem poszedł do technikum, a dyplom odebrał dopiero w zeszłym roku.

— Tato, Anton ma dopiero dwadzieścia lat! Po co ten pośpiech? — spytała, nie mogąc tego pojąć.

— Jego narzeczona, Ałła, jest w ciąży. Niedługo zostaniesz ciotką — odpowiedziała matka.

— Dlaczego ja mam płacić za jego błędy? Anton nawet nie wie, gdzie jest najbliższa apteka, a wy odbieracie mi wykształcenie! — zaprotestowała Warwara.

— Sama jesteś sobie winna — rzucił ostro ojciec. — Gdybyś dostała się na budżet, nie mielibyśmy teraz tego problemu.

— Ale gdybym dostała się na budżet, nie byłoby też obiecanego mieszkania! Teraz i tak wszystko dostanie Anton. Jeśli nie zapłacę za drugi rok do 10 września, po prostu mnie skreślą. Rozumiecie to? — uniosła się.

— Doskonale rozumiemy — odparła chłodno matka. — I mamy rozwiązanie. Zabierz dokumenty i złóż je na inny wydział, tam, gdzie twoje punkty wystarczą. We wrześniu zaczniesz za darmo. Stracisz rok, ale dyplom i tak będziesz mieć.

— Wspaniale! Jak zwykle zdecydowaliście wszystko za mnie, jakbym nie miała własnego zdania! — krzyknęła.

— A niby co w tym dziwnego? — powiedziała z goryczą.

— Posłuchaj — ojciec podniósł głos, już wyraźnie rozdrażniony. — Skończ te humory. To są nasze pieniądze i mamy prawo sami zdecydować, na co je przeznaczyć. Teraz ważniejsze jest pomóc Antonowi i dziecku niż realizować twoje plany. Daliśmy ci inną możliwość. Innej nie będzie. Koniec.

Po tej rozmowie Warwara nie potrafiła powstrzymać łez. Cały wieczór myślała tylko o tym, co ma dalej zrobić.

Rano podjęła decyzję: przez całe lato będzie pracować, żeby sama uzbierać na naukę.

Znalezienie zajęcia zajęło trochę czasu, ale w końcu dostała pracę w barze szybkiej obsługi. Brała tyle zmian, ile tylko mogła, żeby zarobić więcej. Czasem wracała do domu tylko na kilka godzin snu i znów biegła do pracy.

Postanowiła, że nie pójdzie na ślub brata, mimo że rodzice namawiali ją, by przyszła i dała młodym jakiś porządny prezent.

— Jak możesz nie przyjść? Twój brat się żeni, a ty nawet nie chcesz go uczcić? Co ja powiem rodzinie? — oburzyła się matka.

— Powiesz prawdę. Wydaliście pieniądze przeznaczone na moje studia na ślub Antona. Nie ma mnie na weselu, bo pracuję, żeby zapłacić za własną naukę.

W połowie lata Warwara zrozumiała, że nie uda jej się zebrać całej potrzebnej sumy. Wtedy podjęła kolejną decyzję: przeniesie się do miasta wojewódzkiego i przejdzie na studia zaoczne.

Dwudziestego piątego sierpnia spakowała swoje rzeczy i wyjechała. W kilka dni przed początkiem roku akademickiego zdołała znaleźć sobie dach nad głową.

Wynajęła mały pokój w mieszkaniu komunalnym, gdzie mieszkała już inna dziewczyna, która również samotnie próbowała jakoś poradzić sobie z życiem. Z pracą poszło jej lepiej, niż się spodziewała: grafik był elastyczny, a pensja zależała od liczby zmian. Warwara pracowała do upadłego i umiała przetrwać każdą trudność.

Nie powiedziała rodzicom ani słowa o tym, jak teraz żyje. Sama do nich nie dzwoniła i nie pytała, co u nich słychać. Matka kontaktowała się z nią mniej więcej dwa razy w miesiącu, pytając, czy wszystko w porządku. Warwara odpowiadała tylko: „Wszystko dobrze”, nie zdradzając żadnych szczegółów.

Matka często miała do niej pretensje, że nie przyjeżdża do domu na święta. Warwara nigdy nie odmawiała wprost, ale przez trzy lata ani razu nie przekroczyła progu rodzinnego mieszkania.

W czwartym roku matka zadzwoniła z propozycją:

— Warwaro, Ola Koczetkowa powiedziała, że studiujesz zaocznie. Ojciec i ja pomyśleliśmy, po co masz płacić za wynajem, skoro możesz mieszkać w domu i przyjeżdżać na zajęcia dwa razy w roku?

— Dziwna propozycja. Skąd nagle taka troska? — zapytała Warwara.

— Chodzi o to, że Ałła wkrótce urodzi drugie dziecko i coraz trudniej jej radzić sobie nawet z jednym. Potrzebuje pomocy — wyjaśniła matka.

— A dlaczego sama jej nie pomagasz? Przecież pracujesz! — zdziwiła się Warwara.

— Pracuję. Spłacamy hipotekę za mieszkanie Antona. Po weselu starczyło nam tylko na połowę ceny, resztę musieliśmy wziąć na kredyt. Dlatego już od dwóch lat pracuję bez przerwy — odpowiedziała matka.

— Czyli chcesz, żebym wróciła i zajmowała się Ałłą? A kto zapłaci za moje studia, jeśli przez to nie będę mogła pracować? — spytała.

— To za zaoczne też się płaci? — zdziwiła się matka.

Warwara od dawna łączyła już naukę z pracą w swojej branży.

Miała na głowie zbyt wiele spraw, by znaleźć w życiu miejsce na uczucia.

Na jej roku był chłopak o imieniu Michaił. Był starszy od reszty: skończył technikum, odsłużył wojsko, a dopiero potem poszedł na studia. Wychował się w domu dziecka i nigdy nie poznał swoich rodziców. Gdy opuszczał placówkę, dostał jednopokojowe mieszkanie i mieszkał tam sam.

Warwara już dawno zwróciła jego uwagę, ale jej powaga i wieczne zmęczenie sprawiały, że nie umiał zrobić kroku bliżej. Pewnego dnia po sesji zaprosił ją na herbatę i powiedział, że od dawna chciał z nią porozmawiać. Była wyczerpana, jednak nie chciała być nieuprzejma, więc się zgodziła. W jego mieszkaniu pachniało miętą i starymi książkami, a na parapecie stał kaktus w popękanej doniczce. Bez słowa postawił przed nią kubek, a potem wyjął z szafy zniszczony zeszyt. Były w nim zapisane daty jej egzaminów, harmonogramy sesji, nawet dni, kiedy brała podwójne zmiany. — Za każdym razem myślałem: teraz się złamie — powiedział cicho. — Ale ty się nie łamiesz.

Warwara spuściła wzrok i po raz pierwszy od bardzo dawna poczuła, że nie jest sama. Nie wyznali sobie miłości, nie nazwali tego, co między nimi rosło, ale od tamtego wieczoru zaczęli widywać się częściej — po prostu pić herbatę, milczeć, siedzieć obok siebie. A pod koniec roku Michaił złożył dokumenty o przeniesienie na inną uczelnię, tę samą, na której studiowała Warwara, i poprosił, by pojechała z nim. Zgodziła się.

W pierwszy dzień wakacji, zaraz po egzaminach, rodzice powiedzieli Warwarze, że chcą z nią poważnie porozmawiać.