O sobie Wanka wiedział tylko tyle, że znaleziono go głodnego i przerażonego na progu domu dziecka. Najwyraźniej jego matka nie straciła jeszcze całkowicie sumienia, bo owinęła malucha w ciepły kocyk, przykryła go puchową chustą i zostawiła w kartonowym pudełku. Prawdopodobnie bała się, że chłopiec zmarznie.
Nie było żadnych notatek, metryki ani niczego, co mogłoby powiedzieć, kim jest i skąd pochodzi. Za to w maleńkiej rączce niemowlę ściskało masywny srebrny wisiorek w kształcie litery „W” – jedyne dziedzictwo pozostawione przez matkę.

Wisiorek nie był zwykły, nie był produktem masowej produkcji, ale ręcznie wykonany, z sygnaturą mistrza.
Śledczy próbowali na tej podstawie odnaleźć matkę-kukułkę, ale sprawa utknęła w martwym punkcie. Jubiler, który wykonał wisiorek, zmarł już ze starości, a w jego księgach nie znaleziono żadnych zapisów dotyczących tego wyrobu.
W ten sposób chłopca wpisano do sierocińca: Wanka Bezimiannow. Tak na świecie pojawił się kolejny sierota.
Całe dzieciństwo musiał spędzić w sierocińcu, całkowicie utrzymywany przez państwo. Najbardziej brakowało mu rodzicielskiej miłości i całą duszą poświęcił się jednej marzeniu, by kiedyś odnaleźć matkę i ojca.
„Pewnie coś jej się stało, skoro tak się potoczyło. Na pewno się odnajdzie i zabierze mnie do siebie” – myślał, podobnie jak wszyscy jego towarzysze niedoli.
Kiedy opuszczał dom dziecka, wychowawczyni zawiesiła mu na szyi wisiorek i opowiedziała jego historię.
„To znaczy, że mama chciała, żebym ją znalazł?” – zapytał chłopak.
„Może tak, wzruszyła ramionami kobieta, a może po prostu przypadkowo zerwałeś jej wisiorek z szyi. Małe dzieci wszystko chwytają, a on nie miał łańcuszka, był po prostu ściśnięty w dłoni!”
Państwo przydzieliło Wankowi małe, ale własne mieszkanie. Wstąpił do technikum, ukończył je i znalazł pracę w warsztacie samochodowym.
Z Ludmiłą poznał się przypadkowo – dosłownie zderzył się z nią na ulicy. A raczej najpierw po prostu musnął ją ramieniem, a jej wypadły z rąk czasopisma, które niosła. A potem, kiedy rzucił się, by je podnieść, zderzyli się czołami tak, że z oczu obojga posypały się iskry.

Tak właśnie siedzieli na środku chodnika, śmiejąc się przez łzy, podczas gdy przechodnie omijali ich szerokim łukiem. W tym momencie Wanka zrozumiał to na zawsze.
– Daj, że się zrehabilituję, zapraszam do kawiarni! – zaproponował.
Luda sama się zdziwiła, jak łatwo się zgodziła. Chłopak wydał jej się uroczy w swojej niezdarności, jakby był jej bliskim.
– Wiesz, Wania – wyznała po pięciu minutach – mam wrażenie, jakbym znała cię całe życie.
– No właśnie! Ja pomyślałem dokładnie to samo!
Zaczęli się spotykać, a ich przywiązanie było tak silne, że ani na chwilę nie mogli o sobie zapomnieć – dzwonili, pisali, czuli się na odległość. Jeśli Wania skaleczył się lub uderzył w pracy, Ludzia natychmiast dzwoniła: „Co się stało?”.
„Ty to ja, a ja to ty” – powiedział jej kiedyś. „Jesteś moim przeznaczeniem. Szkoda, że nie mam nikogo, komu mógłbym cię przedstawić jako swoją narzeczoną. Nie mam nikogo”.
„Ale ja mam! I jestem pewna, że spodobasz się moim rodzicom”.
„Jak to, twój chłopak z domu dziecka?! – matka Ludy, Jelena Wiktorowna, chwyciła się za serce i opadła na fotel. – Oszalałaś! Tam wszyscy są źli i nieadekwatni!”
„Mamo, Wania jest miły i wesoły!” – wstawiła się córka. „Nie można wszystkich wrzucać do jednego worka!”

„Córka ma rację” – wtrącił się ojciec, Siergiej Pietrowicz, emerytowany oficer. „Zanim zaczniemy oceniać, trzeba go poznać. Przyprowadź go, porozmawiamy wtedy i zdecydujemy, czy warto sięgać po walidol”.
„Sierioża, ty nie rozumiesz!” – krzyknęła żona. „Nie po to wychowywaliśmy Ludę, żeby wyszła za mąż za jakiegoś bezdomnego! A co, jeśli jego rodzice to pijacy?”
„Zobaczymy, kiedy go poznamy” – zmarszczył brwi mąż.
Elena Wiktorowna nie kłóciła się już dalej, trzasnęła drzwiami i poszła do sypialni. Siergiej Pietrowicz mrugnął do córki: „Nic się nie stanie, damy radę”.
„Dzięki, tato!” – Luda pocałowała ojca w policzek. „To znaczy, że w sobotę przyjdzie?”
„Oczywiście. Trzeba przecież dowiedzieć się, kto tak podbił serce mojej córki”.
W wyznaczonym dniu Wania, w wyprasowanej koszuli, z bukietami dla Ludy i przyszłej teściowej oraz z tortem, stał w progu ich mieszkania.
Luda, promieniejąc radością, zaprowadziła go do kuchni.
„Mamo, tato, poznajcie Wanię!”
Ojciec uścisnął mu dłoń. Elena Viktorovna, uśmiechając się, wzięła kwiaty i nagle zbladła, jakby ujrzała ducha.
„Przepraszam”, powiedziała w końcu, „chyba po prostu się wzruszyłam”.
Przy stole niespodziewanie zapytała:
„Wasilij, masz niezwykły wisiorek. Widać, że nie jest fabryczny”.
„To wszystko, co pozostało po matce – odpowiedział. Kiedy mnie znaleziono, ściskałem go w dłoni”.

Do końca wieczoru Elena Viktorovna nie wypowiedziała ani słowa, tylko przesuwała widelcem po talerzu. Natomiast Siergiej Pietrowicz, jak się wydawało, polubił chłopaka – znaleźli wspólny język: piłka nożna, wędkarstwo, polowanie.
„Dobry chłopak” – powiedział, gdy Wania wyszedł.
„Jak to dobry?! – krzyknęła nagle Elena. „Niegrzeczny, niewychowany”
„Lena, co z tobą?” – zdziwił się mąż. „Przecież jest uprzejmy, skromny”
Ale kobieta była nieugięta. Zwróciła się do córki: „Musisz z nim zerwać! Natychmiast!”
I nie wyjaśniając niczego, zatrzasnęła za sobą drzwi.
„Co mam zrobić?! – kręciła się w panice. – Jak to się mogło stać?!”
Spojrzała na starą fotografię schowaną za szybą kredensu.
Na pożółkłym zdjęciu młoda Elena patrzyła wyniosło, a na jej szyi wisiał dokładnie taki sam wisiorek jak ten, który miał Wasilij.
„To znaczy, że go nie zgubiłam, to on go wtedy zerwał!”
Wyjęła zdjęcie i schowała je do kieszeni – nie mogła pozwolić, by Siergiej lub Ludźka je zobaczyli.
Całą noc nie spała, a nad ranem postanowiła: trzeba porozmawiać z Wasą i namówić go, żeby wyjechał.
„Córko, wybacz mi za wczoraj” – powiedziała rano. „Chcę przeprosić Wasilija. Daj mi jego numer”.

Luda, niczego nie podejrzewając, radośnie podała numer. Elena Viktorovna wybrała numer drżącymi palcami.
„Wasilij” – wyszeptała, gdy odebrał – „to twoja matka”.
Cisza po drugiej stronie wydawała się trwać wieczność.
Myślałam, że zginąłeś – kontynuowała przez łzy. Zostawiłam cię na progu, żebyś przeżył… a ty zerwałeś wisiorek… i pozostałeś przy życiu.
Wania stał przy telefonie, ściskając srebrną literę „W”, czując, jak serce bije w rytm obcego głosu, który był mu bliski, znany od dzieciństwa, jakby słyszał go we śnie.
Następnego dnia nie przyszedł sam.
Luda weszła do mieszkania za nim, a on, nie rozglądając się na boki, podszedł prosto do Eleny Wiktorownej i cicho powiedział:
Mamo.
Opadła na kolana, przyciskając jego dłonie do twarzy, i zapłakała cicho, bezgłośnie, tak jak płaczą ci, którzy boją się, że szczęście to tylko miraż.
A Siergiej Pietrowicz, w końcu wszystko zrozumiawszy, tylko pokręcił głową i wyszeptał:
No proszę… Los, cholera.
