Wpis z dziennika.
Dzisiaj w drodze z pracy poczułem nieodpartą ochotę na makaron po marynarsku. Tak silną, że nogi same zaprowadziły mnie do „Piatieroczki”. Przełykając ślinę, skierowałem się do półki z makaronem.
W tym momencie zawibrował Telegram. To żona.
„Umówiłam się na manicure, wrócę za godzinę. Zjedzcie kolację sami albo poczekajcie na mnie”.
„Godzina” to dla Aleny pojęcie dość elastyczne. Nie zamierzam czekać w nieskończoność. Poza tym Vanyuszka pewnie już jest głodny. Trzeba szybko sprawdzić, czy odrobił lekcje, i zabrać się za makaron.
No to mielone, spaghetti, cebula, mam też kilka puszek „Żigulewskiego”, co się przyda, sos „Bolognese” też się przyda. Wania go lubi, żona też.

Zabrawszy wszystko, co potrzebne, pospieszyłem do domu.
Odpowiedzialny drugoklasista pokazał zeszyty i z poczuciem spełnionego obowiązku usiadł przy PlayStation.
Wania, na kolację makaron po marynarsku! – ogłosiłem.
Z sosem? – dopytał.
Z sosem.
Syn zadowolony skinął głową i kontynuował grę.
Gotowanie to nic trudnego. Ugotowałem makaron, podsmażyłem farsz z cebulą. Zostało tylko wszystko wymieszać. Kto chce, może dodać sos.
W tym momencie znów zadzwonił telefon. Znowu Alena.
„Jesteś w domu?”
„W domu”.
„Świetnie. Zapomniałam portfela. Pomóż mi”.
Chwyciłem portfel i pobiegłem do sąsiedniego domu, gdzie znajdował się salon.
Jak się okazało, niepotrzebnie się spieszyłem. Musiałem czekać jakieś dziesięć minut. Aby zabić czas, przeglądałem błyszczący magazyn leżący na stoliku.

Zabiłem czas, ale pojawiła się chęć uduszenia tego, kto to drukuje.
Sama reklama. Od czasu do czasu pojawiają się artykuły, ale jakie! „Jak dobrze wyjść za mąż”, „Jak zrzucić zbędne kilogramy”, „Jak przyciągnąć mężczyznę”, a nawet „Jak przygotować grunt pod intymność”.
Nie chodzi o rozłożenie łóżka, ale o wszelkiego rodzaju gry wstępne. Kompletna bzdura.
Autorka poważnie uczy, jak rzucać zmysłowe spojrzenia, jak przypadkowo dotknąć dłoni lub nogi obiektu pożądania. Bełkot o olejkach zapachowych, płatkach kwiatów, świecach. Jakby żyła w bajce o cukierkach i bukietach.
Dziesięć lat małżeństwa nauczyło mnie czegoś innego.
W rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Dziewięćdziesiąt procent żon wraca do domu z myślami: „Kolacja, pranie, lekcje, prasowanie”. Jakie płatki?
Chcesz romantyzmu? Zajmij się naczyniami i sprawdzeniem zadań domowych. Nie wymyślisz lepszej gry wstępnej.
Nie potrzeba żadnych świec, a żona nie będzie miała bólu głowy. A propos, oto ona.
Gotowe! Idź, zapłać! Idziemy do sklepu? Alena promieniała. Oczy jej błyszczały, a uśmiech sięgał uszu. Oto, co robi świeży manicure!

Nie trzeba, machnąłem ręką. Już byłem. Kolacja też gotowa.
Hura! A co to?
Makaron bolońskie, rzuciłem niedbale.
Sekundę później całe jej 55 kilogramów zawisło mi na szyi.
Obejmując żonę, rzuciłem okiem na pozostawiony magazyn i pokazałem autorowi środkowy palec.
Tak właśnie iskrzy. Nie wątpię, że wieczorem rozgorzeje płomień.
To nie są płatki kwiatów i świeczki.
To prawdziwa gra wstępna.
