„Nie tęsknij” – powiedziała mama, wsiadła do „Gazeli” i pomachała mi ręką.
Tata i ona wyjechali na wypoczynek do Soczi, a mnie zostawili na miesiąc u cioci Maszy, we wsi pod Smołenskiem.
Ta wioska bardziej przypominała zrujnowaną zagrodę: kiedyś mieszkali tu ludzie, a teraz pozostały tylko na wpół zniszczone chaty.
Babcia z dziadkiem też wyjechali do sanatorium, a druga babcia udała się do sanatorium „Svet”.
W wieku trzynastu lat mogliby mnie zostawić samego, ale mama nalegała, że ja też potrzebuję odpoczynku. Dziękuję, mamo, za takie „mobilne” wakacje.
Na szczęście zabrałem ze sobą książki: „Piętnastoletni kapitan”, „Wino z dmuchawców” i „Hrabia Monte Christo”. Czytałem na okrągło, rodzice nawet się kłócili, bojąc się, że stracę wzrok. Ale książki to moi najlepsi towarzysze, otwierający magiczne światy.

I tak, postanowiwszy spędzić lato leniwie z książką, zrozumiałem, że babcia Marfa, będąc dobrą, nie zmusi mnie do pracy. Niemniej jednak starszy brat, który wyjechał nad morze, mówił, że praca to zaszczyt. Musiałem trochę „wyprosić” od babci jakąś pracę, jakbym był na wsi po raz pierwszy. Wyobraźcie sobie współczesnego nastolatka, który przyjeżdża na wieś z książkami, a potem prosi babcię, żeby pielenie grządek. Śmieszne, prawda?
Tego dnia poprosiłem Marfę, żeby zebrała trawę dla królików. Poszedłem na skraj ogrodu i zacząłem energicznie wyrywać trawę. Nagle usłyszałem cichy głos, nucił dziwną, ale serdeczną melodię.
Od chmurki do chmurki, szerokim krokiem śpiewał głosik.
Podeszłem bliżej i usłyszałem piosenkę wyraźniej, ale pochyliwszy się nad chwiejnym płotem, potknąłem się i wpadłem do sąsiedniego ogrodu.
„Ojej!” – krzyknęła czternastoletnia dziewczyna, leżąca na trawie z książką. „Chcesz mnie szpiegować?”
„Nie, po prostu podszedłem za blisko i się potknąłem” – wykręciłem się.
„Aha?” – odgryzła kawałek zielonego jabłka, a sok rozprysnął się dookoła.
– Przecież jest zielone – nie mogłem się powstrzymać.
– No i co z tego? – odparła.
– I kwaśne – dodałem.
– Nieważne – powiedziała. – Jeśli poczekasz, dojrzeje i stanie się słodkie.
– A może nie mam czasu czekać – westchnąłem.
– Ach – uśmiechnęła się. – Za co przepraszasz?
Nie wiedziałem, że nie masz czasu – jąkałem się.
Ech, ty głupku! – wykrzyknęła.
Nie jestem głupkiem – zaprotestowałem.
Skąd możesz wiedzieć, że nie mam czasu? Po prostu powiedziałam, że nie chcę czekać, bo szybko dorastam.
Co? – zapytałem.

Odkąd miałam sześć lat, minęło siedem lat, a teraz mam trzynaście – powiedziała z westchnieniem. Jak szybko leci czas!
Ja też miałem sześć lat siedem lat temu, a teraz mam trzynaście – powiedziałem.
Czujesz to? – zapytała.
Co? Już zapomniałem, o czym była mowa.
O jabłkach! Nazywam się Toska, a ty?
Ja jestem Val – odpowiedziałem.
Co to za imię? – zdziwiła się.
Przyjaciele nazywają mnie Valera, ale w rodzinie jestem Valerik – wyjaśniłem.
Okej, będę cię nazywać Val – zgodziła się Toska.
Lato przestało być nudne. Razem z Toską odkrywaliśmy wszystko, co tylko się dało. Wziąłem ze sobą „Kumpela” – stary rower, żeby babcia miała większy spokój – i we trójkę przemierzaliśmy okolice. Opuszczona pompownia z rozpadającą się wieżą stała się naszym „statkiem”, a dachy starych domów – polami skarbów.
Tak minął ten letni sezon. Umówiliśmy się, że spotkamy się w przyszłym roku, ale życie pokrzyżowało nam plany i wróciłem do babci Marfy dopiero jesienią, podczas zbiorów ziemniaków.
– Twoja przyjaciółka, Waleria, wszystko widziała? – zapytałem, rumieniąc się.
– Przyjeżdżała? – skinęła głową Toska.
W starym „dzienniku statku” znalazłem zeszyty, w których Toska pisała wiersze. Były proste, czasem krzywe, ale dla mnie stały się objawieniem:
Cześć, przyszłam,
Codziennie o czwartej,
Siedzę i czekam
Te wersy przechowywałem jak skarb.

Później próbowałem odnaleźć Toskę, pytając babcię Marfę o jej adres. Znała jedynie nazwisko jej babci, Borisowa. Zapisałem swój numer w „dzienniku”, mając nadzieję, że Toska go zobaczy. Przeglądałem książki telefoniczne, ale żaden z Borisowów nie znał dziewczynki o imieniu Toska.
Minęły lata, nadeszła chłodna jesień, pojechałem do przyjaciela Żory do Pskowa po dyskietkę – pamiętacie, jak w dzieciństwie się nimi wymienialiśmy? Na przystanku autobusowym zobaczyłem ją w oknie. To była Toska. Rzuciłem się za autobusem, ale ten już odjechał.
Zachorowałem, rodzice byli w podróży służbowej, przyjechała babcia, żeby się mną opiekować. Po półtorej godzinie rozległ się dzwonek starego telefonu bez identyfikacji numeru.
Kto tam? – zapytałem.
Gorzej niż ty – syknęła nagranie głosowe, „Wala” i „Wyla”, a ja cicho wypowiedziałem: „Wela”.
Później, kiedy wyzdrowiałem, znalazłem dorywczą pracę, kupiłem nowy telefon z identyfikacją numerów, ale Toska już nie dzwoniła.
Spacerowałem z wózkiem, w którym leżał mój siostrzeniec Dimka, gdy podeszła do nas grupa dziewczyn, a jedna z nich, podobna do Toski, spojrzała na mnie. Już jej nie widziałem, ale mimo to czekałem na spotkanie.
– Słuchaj, stary, najwyższy czas, żebyś porzucił te dziecięce fantazje – powiedział mój praktyczny przyjaciel. – Jesteś już dorosły, może ona ma już rodzinę, dzieci
Zastanawiałem się nad tym, dopóki moja dziewczyna, Marina, nie zażądała podjęcia decyzji, co dalej. Zrozumiałem, że jeśli złożę jej oświadczyny, wszystko, co łączyło mnie z Toską, zostanie zerwane.

W końcu się zdecydowałem: poprosiłem ją o rękę, ona zapłakała z radości, rodzice odetchnęli z ulgą, a ja czułem się, jakbym stracił część siebie.
Pewnego razu, poddając się impulsowi, wsiadłem do „Gazeli” i pojechałem na wieś do babci Marfy. Czego szukałem? Nie wiem, pożegnania z dzieciństwem? A może po prostu kolejnej historii?
Rzuciłem się na pokład naszego starego domu, gdzie deski gniły. Na szczycie siedziała Toska, jakby kapitan na mostku.
Kapitanie, porzuciłeś statek? Dobrze, że masz pomocnika, inaczej by zatonął – powiedziała, a łzy błyszczały jej w oczach.
Toska – szepnąłem, obejmując ją, ale ona odepchnęła mnie, szlochając:
Mówiłam, że prawie nie mam czasu! Jem zielone jabłka, bo wczoraj miałam trzynaście lat, a dziś już dwadzieścia siedem!
Trzymałem ją, próbując nie puścić.
Dziadku, można już jeść jabłka? – zapytałem starca.
Nie, jeszcze nie – odpowiedział z uśmiechem. Baba je je zielone, bo nie ma czasu czekać, aż dojrzeją.
Oto ona, moja Toska. Wyobrażam sobie, jak za trzydzieści lat będę siedział obok żony, która też będzie gryźć jabłko.
Słuchaj, Val, to wszystko bzdury – mówi, odgryzając kawałek.
Czas leci – odpowiadam. Wczoraj miałem sześć lat, a dziś nasza wnuczka ma już sześć.
Uśmiecha się, kiwa głową, a ja żartuję:
Zainstalowałeś już silnik na naszym statku?
– odpowiedziała ze śmiechem.
Tak – powiedziałem.
I dalej zajmujemy się swoimi sprawami.

Spotkałem dawną dziewczynę i usłyszałem, jak przepraszała za to, że odeszła, kiedy wyjechałem do babci. Porozmawialiśmy, uśmiechnęliśmy się i każdy poszedł swoją drogą.
Teraz patrzę na żonę, z nią czas płynie tak samo, wspomnienia się pokrywają.
Tęsknota – szepczę.
Kocham cię – odpowiada.
Zawsze to wiedziałem – mówię, przypominając sobie, jak spadłem z płotu, gdy ją podglądałem.
Uśmiecha się i mówi, że pamięta, jak spadłem z jej strony, a ja zapewniam, że płot sam się przewrócił.
Takie jest nasze życie: czasem nazywamy się Wawiłowa, czasem Borysowa, ale najważniejsze jest to, że nadal płyniemy na naszych „statkach”, nawet jeśli czasem skrzypią.
