Pragnienie życia…

Maria Pietrowna siedzi przy oknie. Nie ma siły ani ochoty, by je umyć. Ogród zarasta pokrzywami i łopianem, ale jej to nie martwi. Surowy zimowy mróz odebrał jej resztki zdrowia i nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie uporać się z chwastami. Teraz z trudem porusza się po domu; ogródek nie wchodzi już w jej plany. Piec w starej chatce słabo się nagrzewa, komin wydaje się być zatkany, trzeba oszczędzać drewno, dlatego Maria Pietrowna rozpala go tylko sporadycznie. W valenkach i wytartym płaszczu chodzi po domu, do sklepu wychodzi jeszcze rzadziej, niewiele jej potrzeba. W lutym dopada ją silne przeziębienie i myśli, że już się z tego nie wykaraska. Z pomocą przychodzi sąsiadka Galina, która natychmiast wzywa lekarza. Lekarz nie długo bada Marię Pietrowną, po czym kręci głową i z zamyśleniem mówi:
Leki nie zawsze pomogą. Najważniejsza jest chęć życia i walki z chorobą.
„Ja sobie poradzę” – odpowiada Maria Pietrowna i odwraca się.

Chęć życia topnieje z każdym dniem. Po co? Dla kogo? Ale choroba ustępuje. Galina odwiedza ją codziennie, przynosi gorącą zupę, parzy świeżą herbatę.
Nie krzątaj się, Galuszko – przekonuje ją Maria Pietrowna. Mam w domu mnóstwo spraw.
Wszystko zdążę – odpowiada Galina, rozpalając piec. Poleciłam Wasilijowi, żeby w sobotę przyszedł i narąbał drewna. Potrzebujesz ciepła, a ty

Galina to kobieta tuż po czterdziestce, energiczna, pracowita i uśmiechnięta. Kiedyś ona i Mikołaj, syn Marii Pietrownej, chodzili razem do szkoły. Mikołaj wyjechał do Tuli, by dostać się na studia, został tam i ożenił się. Jego żona Eudoksja jest piękna, ale to dziewczyna z miasta, rozpieszczona. Kiedy przyjeżdżają z wizytą, prawie nic nie robią: nie czerpią wody ze studni, nie pomagają w ogrodzie. Maria, ale Maria Pietrowna nie gniewa się na synową, byleby tylko Kolio był szczęśliwy. Pojawił się wnuk Sławik, mały łobuziak. Kiedy trochę podrośnie, rodzina spędza całe lato na wsi. Dzieci na wsi oddychają świeżym powietrzem, a potem przyjeżdżają rzadziej.

Latem Eudokija, żując gałązkę kopru, mówi:
Mario Petrowna, po co pani w tym wieku ogród?
Przyjedźcie w sierpniu, zbierzemy plony, wystarczy na zimę – usprawiedliwia się Maria Petrowna.
Mamo, posłuchaj jej – wtrąca się Mikołaj. A co, nie kupimy?
W sklepie same chemikalia! – macha ręką Maria Pietrowna. A u mnie wszystko jest własne, naturalne.

Pod koniec sierpnia Maria Pietrowna zakręca słoiki z chrupiącymi ogórkami i kompotem śliwkowym, myśląc, że gdy zimą je otworzą, przypomną sobie miłe słowa. Wraz z pierwszym śniegiem siada do robienia skarpetek i dżemów. Dla Eudokii małe, różowe lub żółte z wzorem śnieżynki; dla Mikołaja i Sławika szare i niebieskie. Na ferie zimowe dostaną prezenty.

Skąd tyle rzeczy? – marszczy brwi Eudokija. Nasz dom zamienił się w magazyn.
Ale za to jest ciepło – uśmiecha się nieśmiało Maria Pietrowna, zdając sobie sprawę, że jej prezenty nie są modne.

Mikołaj kilkakrotnie proponuje mamie przeprowadzkę do miasta.
Kupimy ci mieszkanie, ogrzewanie, wodę.
Nie, synku, nie pojadę. Tutaj jest mój dom, dzieciństwo, młodość, wspomnienia o twoim ojcu. Tutaj jest moje życie. Odwiedzajcie mnie częściej.
Częściej? A praca?
A wy na urlopie – ma nadzieję Maria Pietrowna.
Urlop na wsi? – dziwi się Eudokija. Pracować cały rok, żeby spędzić urlop na wsi? Nie!

Maria Pietrowna kiwa głową. Chciałaby być bliżej syna, ale nie może się zdecydować na przeprowadzkę. Całe jej życie upłynęło tutaj, może poza tym, że z ojcem Mikołaja jeździli do Tuli, kiedy byli młodzi. Chciała zobaczyć, jak się żyje w wielkim mieście, ale potem zrozumiała, że na wsi jest lepiej: bez zgiełku, tłoku i kurzu.

Mąż Marii Pietrownej zmarł dwadzieścia lat temu, a Mikołaj studiował wtedy na uczelni. Pewnego razu Maria Pietrowna poczuła się samotna, ale syn nie wracał, rozumiejąc, że na wsi nie ma perspektyw. Czekała, kiedy przyjadą, ale teraz nie ma na kogo czekać: zeszłego lata wypadek samochodowy z ciężarówką zabrał całą trójkę. Od tego dnia Maria Pietrowna straciła zainteresowanie życiem. Teraz, siedząc przy zakurzonym, uchylonym oknie, wspomina małego Kolę, Sławika o twarzy jak mama, a zachowaniu jak tata. Łzy powoli spływają po zmarszczkach.

Ciociu Maszo, jak zdrowie? Dźwięczny głos Galiny przywraca jej radość. Sąsiadka stoi przy niskim płocie naprzeciwko okna.
W porządku, w porządku, Galuszko. A u was?
Wszystko dobrze! Upieczę pierogi z cebulą, wpadnę wieczorem na herbatę – odpowiada Galina i spieszy do domu.

Kilka godzin później Maria Pietrowna nadal siedzi przy oknie, tyle że je zamyka. Jest wieczór, powietrze staje się chłodniejsze, słychać brzęczenie komarów. Z sąsiedzkiej bramy wyskakuje Szurka, dwunastoletni syn Galiny, za nim idzie sama Galina z talerzem owiniętym ręcznikiem, a za nią biegną dwie córki, Glafira i Uljana. Galina ma już czterech synów i dwie młodsze córki; jest znowu w ciąży. Wasilij, jej mąż, krzepki, nie pije, wychował się w dziewięcioosobowej rodzinie i marzy o dużej, zgranej rodzinie.

Szurka, nalej wody! – rozkazuje Galina, wchodząc do chaty Marii Pietrownej. Zaraz, ciociu Maszo. Pierogi są jeszcze gorące.
Galochka, męczysz mnie, staruszko.
Nie jesteś przecież obca, tyle lat żyjemy ramię w ramię. Brałaś dzisiaj tabletki? – papla Galina, wyjmując kubki.
Brałam – wzdycha Maria Pietrowna. Po co mi one? Oby Wszechmogący jak najszybciej mnie zabrał.
Nie tak! Jeśli wierzysz w Wszechmogącego, to nie mów tak. Nie wszystkie sprawy ziemskie uległy już zmianie.
Ale jakie ja mam sprawy.

– Babo Maszo, co to jest? – pyta Glafira, wskazując na niedokończoną rękawiczkę, z której wystają druty. Podczas gdy dorośli rozmawiają, siostrzyczki szukają czegoś ciekawego.
– Tę rękawiczkę robiłam na drutach, ale nie skończyłam – odpowiada Maria Pietrowna.
„Piękna, różowa, miękka” – głaszcze ją delikatnie Uliana. „Podaruj mi ją, kiedy skończysz”.
„Dlaczego by nie” – zawahała się Maria Pietrowna. „Podaruję ci ją”.
„A dla mnie zrobisz mniejszą, różową?”
„Daj spokój!” – żartuje Galina.
Ja też chcę się nauczyć robić na drutach – mówi z marzeniem Uliana. Dla siebie, dla ciebie i dla Szurki. Babo Maszo, naucz mnie.
Przyjdź, Aneczko, nawet jutro, zaczniemy.
Przyjdę! – obiecuje.

Szurka wraca z dwoma wiadrami wody, czajnik elektryczny, podarowany kiedyś przez Mikołaja, zagotuje wodę, a oni siadają pić herbatę.

Znowu obiecują chłopca – żartuje Galina, wskazując na swój zaokrąglony brzuch. Tym razem wszystko jest nie na czas, pod koniec lata już zbiór, a jak zdążyć, nie wiem. No cóż, jakoś sobie poradzimy.

Galina opowiada, że starszy syn zostanie w Tule na letnią praktykę, środkowy nie zdał dwóch egzaminów, a Wasilij awansował na brygadzistę. Maria Pietrowna słucha tylko połowicznie, patrząc na Galinę, na dzieci rzucające pierogami, a jej serce staje się cieplejsze. Chce być rano zdrowa, żeby nauczyć Ulianę robienia na drutach. W szafie jest tyle włóczki, że wystarczy na kostiumiki i skarpetki dla wszystkich, a jeśli zabraknie, to można dokupić. Do lata trzeba nabrać sił, bo kto jeszcze pomoże z marynatami i maluchami? Rodziców już dawno nie ma, a babcie są potrzebne. Suche usta Marii Pietrownej rozciągają się w lekkim uśmiechu na te myśli.

I bajki, trzeba sobie przypomnieć wszystkie bajki – wspomina na głos.
Jakie bajki? – dziwi się Galina.
Te z happy endem, koniecznie z happy endem – Maria Pietrowna delikatnie głaszcze po głowie śpiącą Ulianę i znów czuje, że jest potrzebna.