Bezpłatna usługa

„Jegor, cześć. Zdążyłeś już odebrać Wasilisę z przedszkola?” – zapytała, jakby serce miało zaraz wystrzelić.
„Ja? Nie. A po co ja?” – krzyknął mąż, jakby odpowiadał na cudze pytanie.
– A kto, Jegorze? Przecież rano mówiłam, że się zatrzymam: w piątek trzeba oddać projekt, nie mogę wszystkich podwieźć.
– A u mnie czeka malowanie, malarz jeszcze nie przyszedł. – Mówiłaś „zatrzymam się”, a nie „odbierz syna”.
– Nie zrozumiałeś mnie – rzuciła słuchawkę Wasilisa.

W ogromnym panoramicznym oknie biura odbijały się światła wieczornej Moskwy: jedne jasno migotały, inne zapalały się i gasły. Włożyła palce we włosy, potrząsnęła głową i głośno wypuściła powietrze. Zegar wskazywał pięć minut przed siódmą. Piąty raz w tym miesiącu rodzice nie zdążyli odebrać dziecka przed zamknięciem przedszkola.

– Serhij Matwiejewicz, dobry wieczór – Vasilisa wybrała znajomy numer. – Tak, korki już w drodze, ale nic nie słychać.
– Nie martw się, zaraz zabiorę Artema – odpowiedział po drugiej stronie.

Serhij Matwiejewicz był dalekim krewnym Vasilisy, mieszkał w jednopokojowym mieszkaniu pod oknami przedszkola. Rok temu, kiedy jej syn dostał miejsce w przedszkolu daleko od domu, przypomniała sobie o emerytowanym pracowniku, który przez pięć lat pracował w tej placówce. Chętnie zgodził się pomóc i teraz Artem chodził do przedszkola tuż obok domu. Po raz pierwszy Wasilisa naprawdę się spóźniła, utknęła w korku i ponownie zadzwoniła po pomoc.

Siergiej, który od dawna nie zaglądał do swojego ulubionego ogrodu, cieszył się z okazji, by porozmawiać z dziećmi, a zwłaszcza z krewnym, choćby i dalekim. Artem był spokojnym, uśmiechniętym chłopcem, a staruszek cieszył się z czasu spędzonego razem.

Bramka zaskrzypiała, witając gościa. Starszy mężczyzna pośpiesznie otworzył drzwi wejściowe, potem drugie, i otoczyła go woń domowej kuchni. W niewielkim holu przy stole siedział strażnik, przed sobą miał komputer.

– Matwiejcz, cześć. Brama znowu cię rozpoznała – powiedział strażnik Giennadij. – Znowu się spóźniłeś.
– Nie gniewaj się, Gena – mruknął Siergiej.

Nie spuszczał wzroku z Artema, który siedział na malutkiej kanapce i obserwował zegarek.

– Znalazłem jeden but, szukam drugiego. Rękawiczki suszę na kaloryferze – zażartował Siergiej.
– Wychodź wcześniej, przygotuj wszystko z wyprzedzeniem, maluch czeka – ponaglił strażnik.
– Cześć, dziadku Sierioża – uśmiechnął się chłopiec.
Cześć, Artemku – pogłaskał chłopca po głowie. Załóż czapkę, idziemy, rękawiczki już masz.

Siergiej wziął Artema za rękę i wyszli na ulicę. Ciepła dłoń chłopca ogrzała starca, jakby przypominając mu, jak długo siedział bezczynnie.

– Strażnik cię wcześniej wypuścił? – zapytał Siergiej.
– Opiekunka szykowała się do dentysty, a ja już byłem gotowy do wyjścia – odpowiedział Artem.

– Co ciekawego się dzisiaj działo? – zapytał staruszek.
– Lepiliśmy bałwanka z plasteliny – roześmiał się chłopiec. – Nie rozumiem, czemu nie Świętego Mikołaja, skoro mamy temat Nowy Rok?
– Rozwijają małą motorykę – uśmiechnął się Siergiej.

– Mama znowu się spóźniła – powiedział smutno Artem.
– Utknęła w korku, dzwoniła, że niedługo będzie – uspokoił go Siergiej.

Artem, uspokoiwszy się, mocniej ścisnął dłoń starszego mężczyzny. Czasami czekali na rodziców na placu zabaw, ale częściej wchodzili do mieszkania, gdzie chłopiec zachwycał się dziwnymi przedmiotami, które można było dotykać, w przeciwieństwie do domu, gdzie wszystko było cenne i niedostępne. Z biura do ogrodu jechało się trzydzieści minut, ale wieczorami zawsze były korki i Wasylisa często się spóźniała, przyjeżdżając dopiero o osiemnastej.

Czuję się tak niezręcznie w pańskiej obecności, Siergieju Matwiejewiczu – powiedziała, ubierając syna.
Nic się nie stało, napijemy się herbaty, pobawimy się – odpowiedział emeryt.

Wasilisa nerwowo szarpała dziecko, a ono, choć sapiąc, znosiło to. W domu chłopiec stał już w korytarzu, a męża jeszcze nie było.

Jesteś głodny? – zapytała.
Nie, jadłem kolację w ogrodzie i piłem herbatę u dziadka – odpowiedział Artem.
On nie jest twoim dziadkiem! – rzuciła lekko zirytowana. Masz dziadka Sashę i Vovę, ale oni są daleko.
Gdzie oni są? Dlaczego są daleko i nie przyjeżdżają? – zapytał chłopiec, nie podejrzewając, że matka wkrótce wybuchnie z powodu tych pytań.

Artem zakrył uszy, podczas gdy matka krzyczała, a potem poszedł do swojego pokoju.

Kiedy Jegor wrócił do domu, całe niezadowolenie wylało się na zewnątrz.

Nie krzycz tak. Słyszę wszystko, a jest dopiero prawie siódma rano. Jeśli brakuje ci mnie, możesz pracować w domu – powiedział, próbując ją uspokoić.
Może zrezygnujesz z pracy i będziesz siedzieć w domu? – podjudził ją.
– Wystarczy jeden miesiąc z klientami, zarobimy pieniądze, a potem będziemy się żywić makaronem – odpowiedział, jakby planował przetrwanie.

Rozmowa robiła się coraz bardziej gorąca, Artem wszedł do kuchni, ale czując się zbędny, wrócił do swojego pokoju.

– Chcesz, żebym zajął się pracami domowymi i rzucił warsztat? – zapytał Jegor.
– Może i tak – mruknął. – Ale to mój projekt, moje marzenie.

Wieczorem zmęczony Jegor wyszedł do salonu, gdzie chłopiec pokazywał mu samochodzik.

– Tato, zobacz, jak się kręci – powiedział Artem.
– Tak – odpowiedział Jegor, nie odrywając wzroku od telefonu.

Następnego dnia Wasylisa wróciła z pracy zbyt późno. Jegor był już w domu, wyjrzał zza drzwi, ale w kuchni coś syczało, więc się schował.

– Nakarmiłaś Artema? Śpi? – zapytał, powstrzymując łzy.
– Przecież miałaś go odebrać – odparł Jegor.

Wasilisa, wysilając się, uśmiechnęła się.

– Żartujesz? Gdzie on się podział? – zapytała.
– Artema nie ma w domu – powiedział Jegor, wyraźnie zaniepokojony.

W rozmowie telefonicznej z Siergiejem Matwiejewiczem usłyszała:

– Już idę, trzymaj go, on śpi.

Wasilisa rzuciła się w stronę schodów, wbiegła na trzecie piętro, gdzie Siergiej już czekał z dzieckiem.

Ogromne dzięki, Siergieju Matwiejewiczu – zapłakała. Tylko proszę mnie wcześniej ostrzegać, bo ochroniarz już do mnie dzwoni.

Droga do domu minęła w milczeniu. Czasami zatrzymywała się, jakby chciała coś powiedzieć synowi, ale od razu chwytała go za rękę i szła dalej.

Będę cały czas mieszkać u Siergieja, a wy będziecie mnie odbierać w weekendy – wymamrotała.
Co ty mówisz, synku? Kochamy cię.
Jeśli mnie kochacie, to dlaczego nie odbieracie mnie na czas? Wstydzę się przed wychowawcą, a ochroniarz jest moim przyjacielem.

Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy. Jutro oddaję projekt, nie będzie już żadnych opóźnień.
Na pewno? – zapytał Artem.
Na pewno – skinął głową Jegor.

W piątek Wasylisa rzeczywiście oddała projekt i odebrała syna nawet wcześniej niż zwykle. Wszyscy odetchnęli z ulgą, kłopoty ustąpiły. Rodzinę ogarnęła noworoczna krzątanina, zaczęli spędzać ze sobą więcej czasu. Te dni wydawały się najszczęśliwsze: Artem się śmiał, tata obejmował mamę, całował ją, a potem podnosił chłopca i rzucał go w powietrze. Było wesoło, aż za bardzo.

Ale nadeszły dni powszednie, rodzice wrócili do pracy, a Artem do przedszkola.

W środę muszę wyjechać do innego miasta, wrócę w piątek, weekend spędzę w domu – poinformował Jegor podczas kolacji.
W tym tygodniu? – zapytała żona.
Nie, w następnym – poprawił się. Dzisiaj, w środę.

Racja – rzuciła, podnosząc widelec do ust, ale się zatrzymała. Zaczekaj, od poniedziałku mam tygodniową delegację.
Nie rezygnuj, jadę po samochód, nie mogę przełożyć tej podróży.
Bilety są kupione, nikt nie będzie na mnie czekał.

Zadzwoń do mamy, niech przyjedzie, będzie z Artemką.
Moja mama nie ma z tym nic wspólnego, zadzwoń do swojej – odparł Jegor.

A moja pracuje, nie dadzą jej wolnego, jest terapeutką – sprzeciwiła się Wasilisa.

Jegor rzucił widelec i wstał.

Gdzie byłaś na tej delegacji? – zapytała, nie powstrzymując gniewu.

Następnego dnia, po odebraniu syna z przedszkola, Wasilisa wpadła do Siergieja.

Mamy beznadziejną sytuację – powiedziała.
Rozumiem, nie ma problemu – odpowiedział emeryt.

Kupię produkty w niedzielę albo zostawię pieniądze – zaproponowała.
Nie potrzebuję pieniędzy, brakuje mi na „Lastochkę”, może mi pomożesz? – zapytał Siergiej.

Oczywiście, że pomogę – skinęła głową.

Artem uśmiechnął się tajemniczo, a Siergiej mrugnął do niego, jakby już wiedzieli, czym się zajmą. Z szafy wyjęto zakurzone pudełko pełne starych, ale drogich sercu przedmiotów, które mieli teraz rozpakować.

Minął miesiąc i Siergiej przypomniał, że Wasilisa obiecała pomóc w remoncie „Jaskółki”.

Oczywiście, Jegor zadzwoni, gdy tylko będzie miał czas, zapewniała.

Ale luty i marzec już nie czekały. Siergiej mógłby sam naprawić samochód, gdyby nie bolące plecy, a bez pomocnika było to trudne. W jego garażu nie było miejsca, stary samochód i tak zajmował sporo przestrzeni, więc cierpliwie czekał.

Na początku kwietnia, kiedy Siergiej ponownie odebrał Artema z ogrodu, podszedł do niego ojciec.

Pamiętam, znowu masz mnóstwo pracy – powiedział.
„Nie spieszy mi się, zdążę przed sezonem letnim” – odpowiedział Siergiej. „Zazwyczaj w maju wożę sadzonki”.

„Zdążymy” – skinął głową Jegor.

Wiosna się opóźniła, utknęła na południu i nie spieszyła się w stronę Uralu. Siergiej, nie czekając na Jegora, wynajął samochód i przewiózł wszystkie swoje rzeczy oraz sadzonki na daczę. Świeże powietrze lubił bardziej niż duszne miasto. Od maja do września, gdy pozwalała na to pogoda, emeryt odpoczywał na działce, zajmował się sadzeniem, zbiorami i, co najważniejsze, ładował się jak bateria na nadchodzący okres jesienno-zimowy.

Ostatni dzień wiosny przyniósł ulewę. Deszcz raz mżył, raz lał jak z cebra, tworząc ogromne kałuże na drogach i chodnikach. Korki sparaliżowały ulice w centrum i obwodnice.

Wasilisa spojrzała na zegarek, a potem przez okno. Wyszła z pracy o czasie, wsiadła do autobusu, ale w ciągu godziny przejechała zaledwie połowę drogi.

Sergej Matwiejewicz, dzień dobry. Utknęłam, czy mógłby pan odebrać Artema? – zapytała przez telefon.
Dobry wieczór, Aneczko. Jestem teraz na dacie, dzisiaj nie mogę nic zrobić, samochód nie jeździ, więc nie mogę nigdzie wyjechać – odpowiedział.
Rozumiem, dziękuję. Jeśli chcesz, przywieź Artema do siebie, będziemy zadowoleni – powiedziała, wkładając telefon do kieszeni.

Samochody stały w strumieniach wody, a ona, nie czekając na windę, poszła pieszo do przedszkola.

Siergiej odsunął zasłonkę, spoglądając w dół: asfalt zamienił się w lustrzaną powierzchnię, tylko niewielkie wysepki wystawały ponad wodę. Dorośli spieszyli się, dzieci szły powoli, celowo stawiając stopy w głębszych miejscach.

Starszy mężczyzna trzymał się okna, dopóki w bramie nie pojawiła się Wasylisa. Teraz jego zachowanie wydawało się głupie, wręcz dziecinnie naiwne, ale gdyby sytuacja się powtórzyła, postąpiłby tak samo.