Cześć, słuchaj, chcę opowiedzieć ci pewną historię, tak jakbyśmy siedzieli w kuchni w moim mieszkaniu w Moskwie, z filiżanką herbaty w dłoni.

Kiedy właśnie skończyłam zmywać naczynia, jak zwykle wychodziłam z kuchni, a w drzwiach rozległo się pukanie. Otworzywszy je, zobaczyłam sąsiadkę, babcię Marię Iwanownę, starszą kobietę, która często mnie odwiedzała. Wyglądała na zupełnie zagubioną, miała opuchnięte od łez oczy, a w dłoniach ściskała chustkę.
Co się stało? – zapytałam, próbując ją uspokoić.
Ojej, Weroczko – zapłakała, – co za nieszczęście – jej głos drżał.
Posadziłam Marię Iwanownę na kuchennym krześle, nalałam jej wody do kubka, a ona nieco się uspokoiła.
– Moja córka Irina z mężem Denisem mieli wypadek – szlochała. – Policja już przyjechała, mąż pojechał na identyfikację. Ksiusia jest teraz u mnie, siedzi w małym pokoju i nie wie, co robić. Nie wiemy nawet, jak jej powiedzieć o tym, co się stało. Dobrze, że zostawili mi swoją wnuczkę, a ja jeszcze pojechałem do przyjaciela Denisa, żeby obejrzeć ich nowe mieszkanie.
Boże, ja też usiadłam, obejmując głowę rękami. Jakże biedna jest ta dziewczynka, ma przecież zaledwie dziewięć lat. Jak sobie poradzi bez mamy i taty?

Próbowałam ją uspokoić, ale jak uspokoić taki ból? Nie da się. Potem Maria Iwanowna zebrała się do wyjścia.
– Mario Siergiejewna, jeśli coś, zadzwoń, pomogę z Ksiuszą albo z pogrzebem – powiedziałam.
Dziękuję, Werochka. Igorek, mój młodszy syn, wszystko załatwi. Znasz go przecież, jest praktyczny, wie, do kogo się zwrócić. Ale i tak dziękuję, masz dobre serce, kochasz wszystkich.
Kiedy zamknęłam za Marią Iwanowną drzwi, w głowie krążyło mi pytanie: jak jej powiedzieć o śmierci rodziców? Sama do ósmego roku życia byłam najszczęśliwszą dziewczynką na świecie i rozumiem, czym jest strata.
Teraz, mając czterdzieści dwa lata, mogę opisać swoje pierwsze osiem lat jednym słowem: szczęście. Oczywiście zdarzały się drobne kłopoty: upadłam, zadrapałam kolano, mydło dostało mi się do oczu, Barsik (nasz kot) czasami drapał mnie aż do krwi. Ale najważniejsze było to, że wtedy obok byli mama i tata, kochali mnie, a ja byłam ich ukochaną córeczką. Dziecku w tym wieku nie potrzeba niczego więcej.
Wszystko zmieniło się pewnego dnia po szkole. Zostałam na zajęciach pozalekcyjnych, podczas gdy wszyscy inni poszli już do swoich rodziców. Rano do szkoły zawieźli mnie tata i mama – ona jest lekarką i pracowała do trzeciej po południu. Kiedy wróciłam do klasy, była tam nauczycielka Tatiana Olegowna, która sprawdzała zeszyty, a ja rysowałam i patrzyłam przez okno.

– Wiera, posiedź tu, zaraz wrócę – powiedziała, wychodząc w sprawie służbowej.
Kiedy wróciła, wyglądała na zamyśloną.
– Dzwoniliśmy do twoich rodziców z pokoju nauczycielskiego, ale nikt nie odebrał. Masz babcię?
– Nie, tata jest z domu dziecka, a druga babcia zmarła.
– Czy masz jeszcze innych krewnych? – zapytała.
Przypomniałam sobie, że mama ma siostrę na wsi, ale daleko. Tatiana Olegowna zapytała, czy może mnie odebrać ktoś z sąsiadów. Powiedziałam, że mama przyjaźni się z ciocią Niną, czasami ją odwiedzamy, jest miła, choć już starsza.
Pójdziemy do niej – powiedziała nauczycielka i poszłyśmy do domu cioci Niny. Na progu zadzwoniłam dzwonkiem, a drzwi otworzyła starsza kobieta.
– Werochka, wejdź, nakarmię cię – uśmiechnęła się, a Tatiana Olegowna już schodziła po schodach.
Zostawiłam na drzwiach karteczkę: „Jestem u cioci Niny”. Zjadłam kawałek ciasta z herbatą, ale rodziców wciąż nie było. Po kilku godzinach ktoś zapukał do drzwi, a ja radośnie pobiegłam do przedpokoju: „Mama i tata przyszli!”
Ale drzwi otworzył nieznajomy mężczyzna.
Ciotka Nina? – zapytał, patrząc na mnie.

Tak, Nina Iwanowna, w czym mogę pomóc?
Zna pani rodzinę Semenowów?
Tak, ich córka jest u mnie, czekamy na nich.
Czy możemy porozmawiać bez dziewczynki?
Wszedł do kuchni, zamykając za sobą drzwi. Po chwili wyszedł, a ciocia Nina, ze łzami na policzkach, objęła mnie i szepnęła:
Werochka, twojej mamy i taty już nie ma. Samochód na przejściu
Byłam w szoku, oczy napełniły mi się łzami.
Następnego dnia przyjechała ciocia Katia, starsza siostra mamy, i mnie przytuliła. Obok stał wujek Sasza, potężny jak niedźwiedź. Potem były pogrzeby – pamiętam, jak głośno wbijały się gwoździe w wieko trumny, jak przeszywał mnie zimny październikowy wiatr.
Po stypie wróciłam do pokoju, gdzie ciocia Katia wraz z mężem siedzieli przy stole, a on nalewał z butelki. Nie chciałam niczego słyszeć.
Następnego dnia ciocia Katia dzwoniła:
Tak, wydaje się, że pokoje są przestronne, niedawno odnowione, meble nowe. Przyjdźcie po piątej, będą oglądania.
Przybyła grupa młodych ludzi z kobietą, oglądali mieszkanie, omawiali czynsz. Z mojego pokoju obserwowałam ich, jak machają nosami i dyskutują o widoku z okna.

Ciotka Katia pakowała rzeczy do dużych toreb w kratkę, wkładała naczynia do pudełek i układała ręczniki. Wujek Sasza powiedział:
Niech dziewczynka zabierze swoje rzeczy, bo znowu będziemy na nią wydawać pieniądze.
Ciotka Katia kazała mi zebrać książki, zeszyty i farby. Spojrzałam na starego pluszowego zająca z długimi uszami – był moim ulubieńcem, tata kupił go dawno temu. Wzięłam go i kilka innych zabawek.
Kilka dni później wyjechałam z Moskwy, pożegnawszy się z ciocią Niną, która płakała i błogosławiła mnie w drogę. Rozumiałam, że życie będzie zupełnie inne, ale nie wyobrażałam sobie, jak bardzo.
Katia i Sasza mieszkali we własnym domu, on często pił. Odgrodzono mi kąt szafą, postawiono starą kanapę i stół do nauki. Szkoła była niedaleko, koledzy z klasy przyjęli mnie przyjaźnie. Po kilku dniach znalazłam przyjaciółkę Ritę, dobrze się uczyłam.
Ciotka Katia na początku zachowywała się spokojnie, potem czasami krzyczała, a nawet groziła starym paskiem. Nie mieli dzieci, ale wujek Sasza wyglądał jak wilk.
No ty, naciągaczko, przynieś mi buty! – wrzeszczał. Bałam się go, często przeklinał, mówił, że mam milczeć, bo inaczej sam zje każdą okruszynę. Pewnego razu dał mi klapsa w tył głowy, a potem takie uderzenia stały się częste.

Ciotka Katia mówiła:
Werka, jeśli Sasza jest pijany, nie wpadaj mu w oczy.
Pewnego razu nie wytrzymałam, uciekłam z domu, wsiadłam do pierwszego pociągu i pojechałam do centrum rejonu, gdzie chodziłam do szóstej klasy. Na dworcu spotkałam policjanta, opowiedziałam mu o swoim życiu i o tym, dlaczego uciekłam.
Wkrótce ciocia straciła prawo do opieki, a mnie wysłano do domu dziecka. Tam życie było nieco lepsze, ale i tak ciężkie. Nauczyłam się bronić swoich racji, a czasem nawet odpłacałam tym, którzy próbowali mnie skrzywdzić.
Kiedy stałam się prawie dorosła, stałam się twarda. Kiedy miałam szesnaście lat, razem z chłopakami obrabowaliśmy kiosk spożywczy, a mnie zostawiono na straży. Następnego wieczoru zatrzymano nas, odbył się proces, a ja otrzymałam rok w zawieszeniu.
Po procesie śniła mi się mama. Patrzyła smutno i powiedziała:
Werochka, jak to? Tak nie można żyć. Bądź dobra, uczciwa, uśmiechaj się, nie smuć się, wtedy wszystko będzie dobrze. Nie zapomnij, jak cieszyć się życiem.
Mamo, wybacz, już nie będę – krzyczałam we śnie, ale mamy już nie było.

Od tamtej pory minęło dwadzieścia pięć lat. Poznałam Grigorija, miłego i porządnego chłopaka. Od pierwszego spotkania opowiedziałam mu wszystko: o domu dziecka, o wyroku w zawieszeniu, wszystko, żeby znał prawdę. On powiedział:
W życiu wszystko się zdarza, nie ma ludzi bez grzechów, los cię tam zaprowadził, ale dla mnie i tak jesteś najlepsza.
Pobraliśmy się, żyjemy szczęśliwie, mamy syna, który już studiuje na uczelni. Znowu nauczyłam się cieszyć się życiem, kochać, mam ochotę czynić dobro. Często myślę:
Ciekawe, jak tam moi rodzice, pewnie cieszą się, że się uśmiecham i żyję szczęśliwie.
