Matka, teściowa i ja: na krawędzi

– Jesteś pewna, że dziecku nic nie będzie, jeśli będziesz jeść buraki? – zapytała Vera Wasiljewna, mieszając gęsty barszcz w kotle.

– Mamo, ona gotuje ten barszcz już trzeci dzień – westchnął Gleb, wyciągając rękę w stronę kuchenki. – Mogę tylko dokończyć posiłek i iść do pracy?

– Ten barszcz jest leczniczy! – wykrzyknęła, podnosząc drewnianą łyżkę. – A twoja matka soli, jakby z armat. Takiemu maluchowi to na pewno zaszkodzi!

– Przepraszam, urodziłam już trójkę dzieci – odparła spokojnie Olga Pietrowna, matka Złaty, wyjmując z lodówki duży garnek. I wszyscy żyją. A to barszcz z fasolą białą!

Teściowo, fasola to ciężkostrawny posiłek! Przecież nie jesteśmy na wsi!

A my nie jesteśmy w szpitalu! – rzuciła ostro Olga Pietrowna.

Zlata siedziała na kuchennym stołku, obejmując brzuch, i marzyła, żeby ktoś wyłączył dźwięk. Ciąża zbliżała się już do siódmego miesiąca, a wcześniej myślała, że najważniejsze to nie wymiotować. Teraz wiedziała: najważniejsze to zachować zdrowy rozsądek między dwiema kobietami, z których każda jest przekonana, że postępuje lepiej.

Wiera Wasiliewna przeprowadziła się, gdy tylko dowiedziała się o ciąży. „Wnuk! Pierwszy! Macie mało miejsca, a ja pomogę”. Olga Pietrowna przyjechała tydzień później: „Jesteś sama, rzucam wszystko i jadę do ciebie”. I w maleńkim dwupokojowym mieszkaniu zamieszkały trzy gospodynie.

Jestem w ciąży, a nie chora – szepnęła Zlata mężowi do ucha, gdy przyszedł wieczorem.

Wiem. Trzymaj się. To wkrótce się skończy. Mama wyjedzie po porodzie.

A moja?

A twoja może też. Może się zaprzyjaźnią?

Ale do przyjaźni nie doszło. Zaczęła się rywalizacja.

Najpierw sprzątanie. Rano Olga Pietrowna myła podłogi, a przed obiadem Vera Wasiliewna znów je „odświeżała”, powołując się na przeciąg, kurz i infekcję. Potem zakupy. Trzy identyczne dziecięce body w rozmiarach 56, 62 i 74, wszystkie różowe, jakby ktoś już wiedział, kto się pojawi.

Głównym polem bitwy stało się bujane krzesło.

Ja je wybrałam! – oświadczyła Vera Wasiliewna.

A ja je kupiłam! – zaprotestowała Olga Pietrowna.

– Ja pierwsza o nim wspomniałam!

– Ja pierwsza go zapisałam!

– Będzie w moim pokoju – stwierdziła stanowczo Vera Wasiljewna.

– Skąd to?! – oburzyła się Olga Pietrowna. – Zlata będzie karmić w fotelu. Niech stoi u niej.

– Planowałam w nim spać po porodzie – wtrąciła cicho Zlata. – Z maluchem.

– Po co ci to? Będziesz zmęczona! Niech dziecko będzie ze mną! – wykrzyknęła Vera Wasiliewna.

– Albo ze mną! – nie ustępowała matka.

– A ja, przepraszam, gdzie?! – nie wytrzymał Gleb. „Przecież jestem ojcem!”

„Możesz spać w kuchni, tam jest kanapka” – powiedziały zgodnie obie.

Następnego dnia fotel zniknął. Nie było go ani w pokoju Zlata, ani u Very, ani u Olgi Pietrownej.

„Gdzie jest fotel?” – zapytała Zlata.

„Przeniesiono go” – odparła Vera Wasiliewna.

– Zostało schowane – syknęła matka.

Konflikt osiągnął punkt kulminacyjny. W kuchni nie gotowano już barszczu, tylko panował chłód. Milczeli, rzucając sobie ostre spojrzenia. Gleb zatrzymywał się w biurze do późna w nocy. Złata jadła jogurt w łazience, czując, jak topnieje jej cierpliwość.

Nie dam już rady – wyszeptała wieczorem. To moje dziecko. Moje ciało. Moje życie. Nie prosiłam o te „wyczyny”.

„Chcą pomóc” – wahał się Gleb.

„Chcą kontrolować. A ty milczysz, bo się do tego przyzwyczaiłaś. Ja nie”.

Tej nocy Zlata prawie nie spała. Rano, nie zjadając śniadania, przejrzała ogłoszenia i znalazła ofertę wynajmu mieszkania. Przed obiadem wróciła z kluczami.

Co to jest? – zapytał Gleb.

Wynajmujemy jasne dwupokojowe mieszkanie. Już podpisałam umowę.

Zlata

Nie odchodzę od ciebie. Odchodzę do siebie. Pojedziemy razem, jeśli chcesz. Jeśli nie, zobaczymy się przy wypisie.

Milczał.

Pół godziny później stała już przy wejściu, gdzie w korytarzu stało bujane krzesło, owinięte dzianinowym pledem, z poduszką, na której wyhaftowano kotka. Uśmiechnęła się i wybrała numer schroniska dla zwierząt. Dwie godziny później krzesło zniknęło.

Nowe mieszkanie pachniało świeżą farbą i nadzieją. Zlata rozpakowała rzeczy, rozstawiła słoiczki z kremami, zaparzyła miętową herbatę, włączyła cichą melodię i po raz pierwszy od dawna po prostu wyciągnęła się na kanapie.

Trzy dni później do domu przyszedł Gleb z plecakiem.

Tutaj to niemożliwe. Nie rozmawiają. Kolacja jak na pogrzebie.

A tutaj?

Tutaj można oddychać. Zrozumiałem. Nie jesteś tylko matką. Jesteś człowiekiem.

W sierpniu urodził się chłopiec. Wieczorem, bez fotela bujanego, ale z ogromną miłością. Vera Wasiljewna i Olga Pietrowna przyjeżdżały na zmianę, zgodnie z harmonogramem, z barszczem w pojemnikach.

Zrozumieliśmy – powiedziała Vera Wasiljewna. Fotel nas nie uratował.

Najważniejsze, żeby nie denerwować się – westchnęła Olga Pietrowna.

Zlata trzymała syna na rękach, myśląc: barszczu może być ile się chce, ale w życiu jest tylko jedno jej miejsce.

Dwa tygodnie po porodzie po raz pierwszy założyła dżinsy. Były nieco luźniejsze niż poprzednie, ale najważniejsze, że to już nie piżama ani szlafrok.

Wydaje mi się, że znów jestem człowiekiem – powiedziała, zwracając się do Gleb, który karmił syna z butelki, jakby robił to całe życie.

Zawsze jesteś człowiekiem. Nawet w szlafroku.

Dziękuję. Ty też nieźle wyglądasz, nawet w koszulce z plamą po kaszy.

Śmiech był lekki, prawdziwy, jakby nikt go nie słyszał w tym mieszkaniu, gdzie gotowano jednocześnie trzy barszcze.

Życie znalazło swój rytm: rano karmienie, potem sen, potem spacer; obiad, prysznic, kawa i, jeśli się poszczęści, trzydzieści minut dla siebie. Gleb wziął urlop i to stało się zbawieniem.

Tato, patrz! Umiem się przebierać, kołysać, a nawet kołysać do „Króla Lwa”. Patrzył, jak syn wyciąga do niego pulchne paluszki, i czuł, że świat w końcu stał się prosty. Zlata stała przy oknie, parzyła herbatę i nie spieszyła się. Wszystko było tu ciche, naprawdę swoje, bez burz, bez kłótni, bez cudzych planów. Tylko oddech dziecka, śmiech męża i światło, które teraz nie raziło w oczy, a ogrzewało.