Dzisiaj znów wpadłem do Zlaty, naszej sąsiadki, do jej niewielkiego salonu, gdzie na starym dębowym stole leżał jej męski zegarek kieszonkowy. Obudowa była przetarta, srebrna, szkło pęknięte, a wskazówki zatrzymały się dokładnie na wpół do szóstej. Czas nic nie znaczył, a może znaczył zbyt wiele. Obracała zegarek palcami, jakby próbowała przywrócić mu życie.
Co ukrywasz, Grisha? – szeptała, patrząc na tarczę. Zawsze go nosiłeś, nawet gdy się zepsuł. Dlaczego?

Grigorij, jej mąż, zmarł trzy miesiące temu na nagły zawał serca. Ona miała trzydzieści dwa lata, on trzydzieści pięć. Dopiero zaczynali marzyć o dzieciach, podróżach, o małym ogródku za domem. Nagle czas się zatrzymał, tak jak ten zegarek.
Zlata westchnęła i odłożyła zegarek. Każdy jej sweter, każda książka przypominały jej o nim. Zegarek był ostatnią zagadką. Grigorij nigdy nie mówił, skąd go ma, tylko szeptał: „To ważne, Zlato”. I tyle.
Podeszła do okna. Ich dom pod Moskwą tonął w złocistym jesiennym liściu. Dzieci sąsiadów goniły piłkę, gdzieś szczekał pies. Życie toczyło się swoim biegiem, a jej wydawało się, jakby utknęła w jednej chwili.
Wystarczy, powiedziała sobie. Trzeba żyć dalej, choćby dla niego.
Zlata nie należy do osób, które łatwo się poddają. Przed ślubem pracowała jako florystka w moskiewskim salonie, układając bukiety, które wywoływały uśmiechy na twarzach klientów. Grisha, cichy inżynier o ciepłym spojrzeniu, często żartował, że ona „oswaja kwiaty”. Poznali się, gdy upuściła doniczkę z hiacyntem przy wejściu do kawiarni, a on, przechodząc obok, pomógł jej zebrać odłamki.
Nie martw się, kwiat przeżyje – powiedział z uśmiechem. A ty, wygląda na to, jesteś w szoku.

To moja najlepsza doniczka! – oburzyła się, ale zaraz się roześmiała. Jego spokój udzielił się jej.
Rok później pobrali się, kupili dom na przedmieściach, zaopiekowali się kotem o imieniu Pepel. Planowali dziecko, ale półtora roku temu stracili malucha w piątym miesiącu. Grisha trzymał ją za rękę, milczał, ale jego milczenie brzmiało głośniej niż jakiekolwiek słowa. Nie rozmawiali o bólu, po prostu żyli dalej. A teraz już go nie ma.
Zegarek leżał na stole, przypominając o niewypowiedzianych uczuciach. Zlata zdecydowanym ruchem wzięła go i udała się do starego zegarmistrza, o którym Grisha wspominał w rozmowie.
Warsztat zegarmistrza znajdował się w wąskiej uliczce. Na szyldzie widniał napis: „Zegarki i czas. Naprawa”. Za ladą siedział siwy mężczyzna o gęstych brwiach, Siemion Pawłowicz.
Dzień dobry – położyła zegarek na stole. Nie działa. Proszę o pomoc.
Siemion Pawłowicz założył okulary i dokładnie go obejrzał.
– Hm, stara rzecz – mruknął. – Niemiecki, z początku XX wieku. Gdzie pani je znalazła?
– To męża, bardzo je cenił.
Starzec skinął głową, jakby zrozumiał więcej, niż ona powiedziała. Otworzył tylną pokrywę i wyjął złożoną kartkę papieru.

Wygląda na list – powiedział, podając jej pożółkłą kartkę.
Zlata zamarła.
List? Jaki list?
Nie wiem – wzruszył ramionami. Mechanizm zardzewiał, ale da się naprawić. A list jest twój.
Wzięła kartkę drżącymi rękami, ale nie odważyła się od razu jej rozłożyć.
Dziękuję – wyszeptała. Wrócę po zegarek później.
W domu zegar tykał równomiernie, a Pepel cicho miauczał u jej stóp. Zlata długo siedziała z listem w rękach. W końcu, zbierając się na odwagę, rozwinęła go. Pismo należało do Griszina, starannie wypisane z lekkim pochyleniem.
„Do mojego syna, którego nigdy nie zobaczę.
Wybacz, że nie udało mi się cię ochronić. Obiecałem twojej mamie, że będziemy rodziną, ale życie postanowiło inaczej. Chciałem zasadzić dla ciebie klon, taki jak u dziadka. Drzewo to życie, które trwa. Jeśli to czytasz, to znaczy, że nie zdążyłem. Moja żona, Zlata, jest silna. Dbaj o nią, dobrze?
Twój tata, Grisha”.
Łzy spływały jej po policzkach. Przycisnęła list do piersi, jakby mogła go objąć przez linijki. Napisał go po ich stracie, ale jej nie pokazał. Dlaczego? Żeby nie zranić jeszcze bardziej? A może żeby pozostawić nadzieję?

Zawsze robiłaś wszystko po swojemu – wyszeptała, uśmiechając się przez łzy. Dobrze, posadzę twój klon.
Następnego dnia pojechała do szkółki, gdzie wybrała młody klon z jasnozielonymi listkami. Sprzedawczyni, starsza kobieta o imieniu Vera, zapytała:
Dla kogo to drzewo?
Dla syna i męża – odpowiedziała cicho Zlata.
Wiera uśmiechnęła się:
To piękna inicjatywa, kochana. Drzewo pamięci. Mój mąż też uwielbiał klony. Każdej wiosny sadził po jednym, dopóki mógł. Teraz to ja się nimi opiekuję.
Zlata wróciła do domu, wzięła łopatę i zaczęła kopać dołek w ogrodzie. Pepel siedział na ganku i obserwował. Ziemia była twarda, ale ona nie poddawała się, wyobrażając sobie, jak Grisha uśmiecha się do niej z daleka.
Kiedy dołek był gotowy, do domu podeszła sąsiadka Nadia, pięćdziesięcioletnia kobieta znana ze swoich ciast i rad.
Co to za budowa? – zapytała.
Sadzę klon – odpowiedziała Zlata, ocierając pot z czoła.

Sama? Pozwól, że pomogę! – krzyknęła Nadia, już chwytając łopatę. A kim jest ten klon?
Zlata opowiedziała o liście i o Grisi. Nadia skinęła głową, rozumiejąc.
Milczą, bo się kochają – powiedziała, zasypując ziemią. Przytrzymaj korzenie, polej wodą.
Razem ubijali ziemię, a klon stanął tak, jakby zawsze tu rósł.
Dwa dni później Zlata znów przyszła do zegarmistrza. Siemion Pawłowicz uśmiechnął się, podając naprawiony zegarek.
Mechanizm był solidny, po prostu zardzewiał – powiedział. A w obudowie znalazła się jeszcze jedna kartka.
Zlata rozwinęła ją: kilka zdań od Grisi:
„Zlato, jeśli to czytasz, to znaczy, że nie zdążyłem tego powiedzieć. Jesteś moim czasem. Bez ciebie już dawno bym się zatrzymał. Żyj, moja dziewczynko, i porozmawiaj z moim przyjacielem Saszą, on wie, co robić”.
Siemion Pawłowicz wyjaśnił, że Sasza to Aleksander, stary przyjaciel Grisi, inżynier pracujący w fabryce poza miastem.
