Pamiętam, jak pewnego razu, niemal przez przypadek, dowiedziałam się, że mój mąż zamierza wyjechać. Wróciłam do domu wcześniej niż zwykle i zastałam go przy dziwnym zajęciu: po raz pierwszy sam pakował rzeczy do walizki.
Weszłam do pokoju i przez kilka sekund obserwowałam, jak niezdarnie próbuje zwinąć koszulkę i szorty. Wyglądało na to, że nic mu nie wychodzi, więc postanowiłam pomóc.
– Pozwól – zapytałam, podchodząc do niego od tyłu – czy tak zwykle się pakuje ubrania? – Podskoczył z zaskoczenia, choć nigdy nie był typem sportowca.
– Irina?! – wykrzyknął.

– Co? – szybko wrzuciłam rzeczy do walizki wyciągniętej z szafy. Nie zdążył nawet wyjaśnić, dokąd się wybiera. – Znowu wyjeżdżasz? Przygotować naleśniki na drogę?
– Cóż, nie odmówię.
– Dobrze, przebiorę się w szlafrok.
Nucąc swój ulubiony szanson, czekałam, podczas gdy mąż grzebał w szufladach w poszukiwaniu czegoś wartościowego. Mieszkanie należało do mnie, a on już zrozumiał, że jego „majątek” ograniczy się jedynie do tego, co zmieści się w walizce.
Wystarczy dziesięć naleśników?
Tak.
Ze śmietanką na wierzchu?
Lepiej ze śmietaną.
Wyjęłam z lodówki słoik śmietany 20% i zanim go otworzyłam, zapytałam męża:
Dokąd jedziesz? Śmietana się zepsuje.
Tuż za rogiem, do sąsiedniego domu.
Na początku nie przywiązałam do tego wagi, ale potem zastanowiłam się i odłożyłam słoik na bok.
Co?
Odchodzę do innej kobiety. Wnoszę o rozwód. Dzięki za naleśniki.
Chwycił talerz z naleśnikami i skierował się w stronę drzwi. Stałam z patelnią w rękach, jakby sparaliżowana.
Kiedy dotarło do mnie, co się dzieje, wybiegłam na ulicę w szlafroku i fartuchu, trzymając gorącą patelnię. Na szczęście mąż zdążył już załadować rzeczy do taksówki i zniknął z pola widzenia, zanim zdążyłam się przygotować.

Musiałam wrócić do domu. Patelnia stygła, śmietana zaczęła się kruszyć. Może to była upał, a może mój nastrój.
Odszedł do innej! A ja pakowałam jego rzeczy! – zapłakałam, dzwoniąc do przyjaciółki.
Co masz na myśli?!
Duszyłam się, opowiadając wszystko, przerywając sobie szlochem.
On odszedł! Jak mam teraz żyć?!
Tak jak wszyscy, Agafia, tak samo będzie i z tobą.
Nie dam sobie rady sama!
Dasz radę.
Nie!
W takim razie jedź do syna.
Już jestem w drodze.
Weź psa.
Mój mąż ma alergię na sierść.
Twój mąż odszedł! Co go obchodzi sierść?
Może wróci? – zapytałam z nadzieją. Przyjaciółka powiedziała tylko, że po pięćdziesiątce kobieta powinna nauczyć się żyć sama, cieszyć się życiem bez męża.
Te słowa mnie nie pocieszyły. Nie mogłam usiedzieć spokojnie.

Jak mogłam tego nie zauważyć? Mieszkał z kimś innym. Może nie poświęcałam mu wystarczająco dużo uwagi? Po co chodziłam na kursy szycia? Powinnam była zostać w domu, spędzać z nim więcej czasu – dręczyłam się, szukając przyczyny zdrady w sobie.
Mamo, przestań płakać! Tata wcale nie jest smutny, chodzi jak paw, kupił sobie nowy garnitur! A ty? Spójrz na siebie bez fryzury, bez manicure! – powiedział mój syn Wowa, który już dorabiał i zaproponował mi pieniądze.
Nigdy nie brałam od syna pieniędzy, ale tym razem skorzystałam z jego pomocy.
Jeśli będziesz czegoś potrzebować, daj mi znać.
Dziękuję, synku.
Umówiłam się do fryzjera, kupiłam materiał na nową bluzkę i wybrałam perfumy. Lubiłam zmieniać zapachy, gdy zmieniało się moje życie. Perfumy były świeże jak morska bryza i obficie spryskiwałam się nimi, marząc.
Być może właśnie dlatego spotkałam Wasyla.
„Jaki przyjemny zapach” – powiedział, gdy jechaliśmy autobusem. Zarumieniłam się ze wstydu. Zapytał, jakie to perfumy, a ja, lekko się jąkając, odpowiedziałam, że to zapach „na zamówienie”, stworzony specjalnie dla mnie.
Jesteś perfumiarką?
Tak jakby. Pracuję w sklepie z perfumami, ale
On się przedstawił, a ja – Agafia. Prawie spóźniliśmy się na nasz przystanek, ale zdążyliśmy wysiąść.
Wasilij nie znikał z mojej pamięci, dopóki nie spotkaliśmy się ponownie w tym samym autobusie.
O, Agafia! Dzień dobry!
Dzień dobry

Od dawna cię zauważam.
Elina (ja?) spięła się.
Nie myśl nic złego, po prostu nie codziennie spotyka się w autobusie interesującą kobietę.
Mój mąż wcześniej woził mnie do pracy.
A teraz?
Rozwodzimy się.
Więc jesteś nie tylko interesująca, ale i wolna?
Skinęłam głową, a on poprosił o mój numer: wyjeżdża do innego miasta w interesach i nie chce stracić kontaktu.
Bez zastanowienia podałam mu numer.
Po tygodniu zadzwonił.
Zapraszam cię na randkę.
Chodźmy.
Przyjedź do mnie. Adres
To nie jest Moskwa
Mieszkam pod Moskwą, przeprowadziłem się z powodu okoliczności. Była żona zażądała mieszkania.
Rozumiem.
W porządku? Pociągiem, odbiorę cię na stacji.
Muszę to przemyśleć.

Szybko sprawdziłam pokój, pogadałam z kaktusem, wpisałam adres do nawigacji i ruszyłam.
Wasilij przywitał mnie, płacąc za taksówkę, ale bez kwiatów.
Dokąd jedziemy?
Do mnie.
Tak po prostu?
Po co tracić czas i pieniądze? Mam wszystko w domu: wino, „sałatkę”, kiełbasę, ser.
Spojrzałam na niego, myślałam o wezwaniu taksówki z powrotem, ale wyobrażając sobie siebie w pustym mieszkaniu, postanowiłam zostać.
Obiecaj, że zawieziesz mnie na dworzec, kiedy będę chciała, i nie będziesz na mnie naciskał – poprosiłam.
Oczywiście.
Weszłam do jego mieszkania z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony wierzyłam, że spotkanie w autobusie to przeznaczenie, druga szansa. Z drugiej strony głos dochodzący z kuchni niweczył moje nadzieje.
Wasiu! To ty?
Tak, mamo.

Kupiłeś kefir?
Nie.
Co mam jeść z okroszką?
Mamo, przyszedł gość.
Gość? Okroszka nie jest dla gości. Potrzebny jest kefir.
Agafia, proszę, wejdź, usiądź. Zaraz wrócę, sklep jest w naszym domu – przeprosił Wasilij i rzucił się do drzwi.
Poszłam do kuchni.
Dzień dobry
Przed mną stała kobieta około siedemdziesiątki w fartuchu, z włosami upiętymi w kok, o pomarszczonej twarzy, jak zła starucha z bajki. Z tyłu wyskoczył mały piesek, szczekając na mnie.
Wasilij nie zauważył psa. Po prostu patrzył na mnie, czekając na coś.
Witam! – powtórzyłam głośniej.
Dzień dobry.
Czy mogłaby pani uspokoić psa? Boję się, że może ugryźć.

To członek rodziny, nie ugryzie. Po prostu pilnuje swojego pana. Powoli cofnęłam się w stronę drzwi, serce biło mi szybko i nieregularnie. Pies skakał, a kobieta patrzyła na mnie z chłodną ciekawością, nie proponując mi, żebym usiadła, nie interesując się, kim jestem i skąd pochodzę. Wasilij wrócił z torbą, uśmiechnął się, ale ja stałam już w przedpokoju, zakładając buty.
Coś nie tak? – zapytał.
„Wyjeżdżam”.
„Ale przecież dopiero co przyjechałaś”.
„Nie zamierzam konkurować z mamą i psem”.
Nie próbował mnie zatrzymać. Wyszłam na ulicę, wdychając wieczorne powietrze, wyjęłam telefon i napisałam do syna:
„Zabierz psa. Jadę do ciebie”.
Na peronie zdjęłam buty i poszłam boso po platformie, czując, jak ziemia mnie podtrzymuje, jak wiatr zmywa z twarzy ostatnie łzy i jak w środku, przez ból i śmiech, coś w końcu mnie opuszcza.
