Ciepła babcia, której zabrakło miłości.

28 kwietnia, sobota

Siedzę teraz w swoim niewielkim mieszkaniu i wciąż wracają do mnie obrazy z ostatnich tygodni. Piszę, żeby zrozumieć, dlaczego to wszystko tak mnie porusza i może znaleźć choć odrobinę spokoju.

— Tania, znowu to samo będzie! — po raz kolejny Siergiej stukał palcami w kierownicę, gdy pędziliśmy szosą w stronę wsi. Jego głos niemal przechodził w krzyk. — A ty, jak zawsze, się zgodzisz!

Chciałam mu odpowiedzieć: „Nie mów tak o niej. Maria Pietrowna to matka twojego ojca, jest zupełnie sama”. On jednak rzucił tylko:

— Żal to pszczółki, a my już pięć lat w każdy weekend jeździmy do niej, a ona wciąż narzeka: „Zupa niedosolona”, „Podłoga źle umyta”, i nic się nie zmienia.

Milczałam, patrząc przez okno na przelatujące brzozowe korony. Droga do domu mojej teściowej wydawała się nie mieć końca, choć od miasta dzieliło ją zaledwie pół godziny. Te wizyty od dawna były kością niezgody w naszym małżeństwie, ale nie potrafiłam zostawić starej kobiety całkiem samej.

Siergiej wciąż marudził:

— Dlaczego po śmierci ojca to my mamy zajmować się jego matką? Przecież ma jeszcze drugiego syna, mojego wujka Wiktora. Czemu on nie pomaga?

— Mieszka w Moskwie, w innym mieście — przypomniałam.

— I co z tego? Raz w roku nie może przyjechać? Albo przelać pieniędzy? No tak… pewnie ma ważniejsze sprawy!

Skręciliśmy w polną drogę i przed nami pojawił się stary drewniany dom z niebieskimi okiennicami. Podwórko było zadbane: zamieciona ścieżka, równe grządki, w sadzie jabłonie i wiśnie.

— Dojechaliśmy — powiedziałam cicho, gdy silnik zamilkł.

Siergiej spojrzał na mnie i mruknął:

— Oby dziś obyło się bez jej narzekania na choroby.

— Siergiej! Ma osiemdziesiąt trzy lata. W tym wieku choroby to normalna rzecz.

Na ganek wyszła drobna, szczupła staruszka w niebieskim bawełnianym szlafroku i białym fartuszku. Siwe włosy miała związane w kok, a staromodne okulary w metalowej oprawce błyszczały w słońcu.

— Przyjechaliście, kochani! — jej głos zabrzmiał zaskakująco dźwięcznie. — Już na was czekałam.

Uśmiechnęłam się, wyjęłam z auta torby z zakupami, a Siergiej tylko skinął głową i ruszył do domu.

— Upiekłam pierogi, z jabłkami i z kapustą — krzątała się Maria Pietrowna. — Sierioża, przecież lubisz z kapustą.

W środku było czysto, pachniało ciastem i ziołami. Na lnianym obrusie stał już samowar, obok talerze pełne pierogów.

Zauważyłam, że jest trochę zmęczona.

— Mario Pietrowno, nie powinna pani długo stać. My moglibyśmy coś przygotować.

— Ach, kochana, starych nawyków trudno się pozbyć — uśmiechnęła się. — Kiedyś pracowałam w stołówce na budowie, potem gotowałam w domu dla męża i synów. Ręce same wyrabiają ciasto, nawet gdy nogi odmawiają posłuszeństwa.

Siergiej wrócił z naręczem drewna.

— Znowu kończy się pani opał. Pójdę jeszcze do sąsiada.

Lekko zacisnął usta, gdy wspomniałam o jego ojcu, Siemionie Iwanowiczu, który zmarł pięć lat temu. Wspomnienia o nim zawsze budziły w nim sprzeczne uczucia. To on przez lata utrzymywał rodzinę, podczas gdy młodszy brat Wiktor wyjechał do stolicy, ożenił się i prawie przestał się pojawiać.

Maria Pietrowna posadziła nas przy herbacie i poprosiła, bym wyjęła z szafki malinowy dżem. Jak zwykle pytała o życie w mieście, o pracę, zdrowie. Siergiej odpowiadał krótko, a ja starałam się podtrzymać rozmowę, opowiadając o szkole i o zmianach w fabryce.

Nagle zapytała:

— A kiedy będziecie mieć dzieci? Chciałabym jeszcze przed śmiercią pokołysać prawnuki.

Poczułam ciężar w piersi.

— Mario Pietrowno, mamy teraz dużo spraw — zaczęłam łagodnie. — Siergiej ma szansę na awans, a ja dopiero co przeniosłam się do nowej szkoły.

— Praca, praca… a życie ucieka — westchnęła, wspominając swojego syna Siemiona, który odszedł zbyt wcześnie.

Po herbacie sprzątałam ze stołu, a Siergiej poszedł naprawić dach szopy. Maria Pietrowna usiadła w swoim ulubionym fotelu, wyjęła stary album i zawołała mnie:

— Taniu, chodź na chwilę. Popatrzmy na zdjęcia.

Usiadłam obok niej. Otworzyła pożółkłą stronę, na której młoda piękna kobieta stała obok wysokiego mężczyzny.

— To ja z Iwanem, moim mężem — powiedziała z uśmiechem. — Wtedy dopiero się pobraliśmy.

Podziwiałam jej dawną urodę, a ona opowiadała, że Iwan zabiegał o nią trzy lata, a ona długo odmawiała. Potem przewróciła kartkę.

— A tu moi chłopcy: Siemion i Wiktor. Siemion cały w ojca — poważny, odpowiedzialny. Witia był żywy i wesoły.

Ostrożnie zapytałam, dlaczego tak rzadko widuje się z Wiktorem. Staruszka westchnęła.

— To moja wina. Bardziej kochałam Siemiona, a Witia urodził się, gdy już brakowało mi sił. Ciągle się kłóciliśmy, byłam dla niego zbyt surowa.

Te słowa zabrzmiały cicho, jak bolesne wyznanie. Przypomniałam sobie, jak po śmierci Iwana Siemion był już dorosły, a Wiktor jeszcze chodził do szkoły. Maria Pietrowna pracowała wtedy w kilku miejscach naraz, żeby utrzymać dzieci. Gdy Wiktor dorósł, uciekł do Moskwy, mówiąc, że tutaj nie ma przyszłości. A ona przyznała, że nie potrafiła dać mu tyle miłości, ile potrzebował — wszystko oddała starszemu synowi.

W tym momencie wszedł Siergiej, cały w trocinach i kurzu.

— Dach naprawiony, do przyszłego lata wytrzyma.

Staruszka uśmiechnęła się i zaproponowała mu okroszkę. Zauważyłam, że rzadko nazywa go „kochany”, ale dziś było w jej głosie więcej ciepła niż zwykle.

Wieczór minął spokojnie. Maria Pietrowna pytała o nasze plany wakacyjne, radziła, jak pielęgnować ogród, opowiadała zabawne historie z dawnych lat. Przed wyjazdem przytuliła mnie mocno, jak własną córkę, i szepnęła:

— Dziękuję, że przyjeżdżacie. Dom pustoszeje, gdy was nie ma.

Siergiej, gdy już siedział za kierownicą, nagle powiedział:

— Następnym razem przywieziemy jej kwiaty. Takie prawdziwe, nie te z krzaków.

Spojrzałam na niego i po raz pierwszy od dawna się uśmiechnęłam. W drodze powrotnej prawie nie rozmawialiśmy, ale cisza nie była już ciężka. Była ciepła — jakby między nami coś wreszcie zaczęło się topić.