On odszedł do młodej dziewczyny z powodu namiętności, a po pół roku ledwo powstrzymywałam śmiech.

No cóż… życie serwuje nam takie niespodzianki, że nawet w radzieckich serialach nie zobaczycie czegoś takiego. Nigdy nie pomyślałabym, że mój były okaże się tak nudny, że doprowadzi wszystko do absurdu. Wyobraźcie sobie: przeliczył śrubokręty z zestawu upominkowego, który mu podarowałam 23 lutego.

Co więcej, policzył je dwa razy: najpierw w milczeniu, a potem podejrzliwie, jakbym postanowiła schować jedną śrubokrętkę dla siebie. Następnie biegał po całym mieszkaniu, zbierając rzeczy i z niepokojem sprawdzając każdą półkę i każdy kąt, czy nie zapomniał gdzieś swoich wkładek ortopedycznych, bez których, jak twierdził, nie można w ogóle żyć.

Dziesięć lat jakby zniknęło bez śladu. Mam teraz pięćdziesiąt sześć lat, on sześćdziesiąt. Przez cały ten czas wydawało się, że mamy idyllę: dacha, ogórki na parapecie, spokojna wieczorna herbata z sucharkami i niekończący się strumień seriali o policji, które mógł oglądać całymi dniami. Planowaliśmy nawet jesienią złożyć wniosek do urzędu stanu cywilnego, „żeby wszystko było jak należy, żeby nie przeciągać”, jak to ujął.

I nagle burza z jasnego nieba. Stoi w przedpokoju, zmęczony, jakby pokonany przez życie, bawi się czapką i wyznaje:
Ludmiło, nie gniewaj się, proszę. Jesteś dobrą kobietą, godną zaufania, ale zbyt, no wiesz, przyziemną. A ja jeszcze nie jestem gotowy na emeryturę! Potrzebuję wrażeń, pasji, ruchu! A z tobą czuję się, jakbym już siedział w fotelu przed telewizorem. Potrzebuję żony, a nie babci.

Prawie się zakrztusiłam powietrzem. Babcia?! On mówi to do mnie?! Do mnie, która dwa razy dziennie mierzyłam mu ciśnienie, pilnowałam jego diety, wyjaśniałam, dlaczego nie można jeść smażonych potraw po szóstej?

Mam inną, zdradza. Marina. Ma trzydzieści osiem lat. Z nią czuję się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pojedziemy na snowboardzie, będziemy podróżować. Ona sprawia, że czuję się młoda.
Drzwi zatrzasnęły się tak, że na kilka minut zapadła absolutna cisza, w powietrzu pozostał tylko trwały zapach jego „budżetowej” wody kolońskiej i korwalolu, którym regularnie spryskiwał się rano, jakby próbował wymazać swój wiek.
Jak doszłam do siebie

Przez pierwsze siedem dni praktycznie nie wstawałam z łóżka. Leżałam twarzą do ściany i myślałam: „To wszystko, Ludo, koniec. Oficjalnie jesteś antykiem”. Patrzyłam na siebie w lustro: przed sobą widziałam zmęczoną buldogę z zmarszczkami i opuchniętymi powiekami.
Ale niespodziewanie coś we mnie się obudziło. W sobotę wstałam o siódmej rano, zgodnie ze starym nawykiem, ponieważ zazwyczaj o tej porze gotowałam Siergiejowi jego ulubioną owsiankę. Poszłam do kuchni i zatrzymałam się.

Po co?
Zaparzyłam sobie mocną, czarną kawę, taką, jaką lubiłam wcześniej, ale nie podawałam jej mu zgodnie z jego wskazówkami. Pokroiłam duży kawałek ciasta „antydespresyjnego”, kupionego wczoraj w „Kijowstarze” na Pechersku. Usiadłam przy oknie i po raz pierwszy od wielu lat poczułam spokój. Nikt nie lamentuje, nie tupie kapciami, nie narzeka na wiadomości, nie walczy z moimi serialami.

I zrozumiałam: wcale nie jest strasznie. Wręcz przeciwnie, jest zaskakująco spokojnie, a nawet przyjemnie.
Zostały pieniądze Siergiej zawsze powtarzał, że „każdy płaci za siebie”, chociaż lubił sprawiać sobie przyjemność czerwonymi rybkami. Mam mnóstwo czasu. I gdzie on teraz jest, cały mój!
Nie zapisałam się na automatyczne „rękodzieło”, jak radzą blogerzy, ale poszłam na zajęcia taneczne.

Zumba! Tańczę, śmieję się wśród równie energicznych kobiet. Nikt nie narzeka: „Luda, po co się wygłupiasz, siedź w domu”.
Obcięłam włosy na krótko, rozjaśniłam je. Kupiłam dżinsy, które według niego „sprawią, że włosy staną dymem”. I zabawnie, ból pleców minął. Najwyraźniej Siergiej bardzo długo „siedział” mi na karku, nie dając mi odetchnąć.

Spotkanie po pół roku
Po pół roku przypomniałam sobie o nim tylko z przyzwyczajenia, przeglądając stare zdjęcia. Pewnego dnia poszłam do „Guliwera” kupić nowe buty do tańca i nagle usłyszałam piskliwy głos:
Serioża, no dalej, szybciej! Spóźnimy się na film! I nie zapomnij popcornu!

Odwróciłam się i oto ona, Marina. Pędzi przed nim jak pociąg: nie ma w niej nic ognistego, po prostu kobieta po piątej operacji plastycznej, z gładkim czołem i ustami jak pierogi, w kolorowym kombinezonie i niewyobrażalnych szpilkach.
Siergiej drepcze za nią, schudły, wyciągnięty, w podartych modnych dżinsach, tak że jego żylaki na nogach szczególnie „cieszą oko”. W jednej ręce trzyma torby, w drugiej pudełko po pizzy i jeszcze coś.

Marina, usiądźmy chociaż, nie mogę oddychać… mruknął przygnębiony, ledwo łapiąc oddech.
Jakie tam zadyszka, Sergei?! Sam mówiłeś, że jesteś sportowcem! Nie przynoś mi wstydu!
W tym momencie jego wzrok padł na mnie.
A ja stoję wypoczęta po treningu, z rumieńcem na twarzy, w nowym płaszczu i fajnych tenisówkach.

Uśmiecham się. Wewnątrz wszystko jest spokojne.
Patrzył tak, jakby wrzucono go w środku zimy do dziury w lodzie i czekał, że podskoczę i go uratuję. Nawet zrobił krok w moim kierunku…
Sierż! krzyknęła Marina. Ogluchłeś, czy co?!

Wzdrygnął się, wymamrotał coś i poszedł za nią, mijając mnie, zgarbiony w trzy części.
A ja obserwowałam tę scenę i ledwo powstrzymałam się, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Nie ze złośliwości, ale z ulgi.
Chciałeś namiętności, oto masz namiętność. Tylko że teraz ona wyciska go do cna.

Myślał, że młoda da mu młodość, a młodość trzeba szukać w sobie, a nie w tanim wodzie kolońskiej i podartych dżinsach.
Chciał żony, a nie babci. A teraz nie ma ani jednej, ani drugiej.
I kto teraz jest zmęczonym dziadkiem obok roztrzepanej wnuczki?