Pięć warunków
Dziennik, 14 września
Jego dwie szwagierki, kobiety dobre, ale hałaśliwe i ociężałe, pojawiły się u mnie jak zwykle, ciężko wzdychając i zaczynając od daleka: o deszczowym lecie, o zbiorach, a potem, jak po nutach, płynnie dotarły do sedna.
Olga, zrozum, nasz Jegor to złoty człowiek! – zaczęła jedna, kładąc na stole przyniesione smakołyki: słoik świeżego miodu i kawałek domowego twarogu. Nie pije, pracuje bez wytchnienia. Dom jest pełen. Ma swój traktor, pasiekę, dwie krowy. Nie jest mu łatwo…
Brakuje kobiecych rąk, bardzo brakuje, podchwyciła druga, spoglądając na moją małą, ale czystą izbę.
W naszej wsi Fiodorowce nawet ogrodzenia wiedziały, że wdowiec z sąsiedniej Jagodnej nie szuka żony, a pracownicę do gospodarstwa, i dlatego ich rozmowy były dla mnie szczególnie nieprzyjemne.
Ach, ma trudny charakter, zgadzała się ciocia Shura, lokalna plotkara, która za każdym razem po odejściu swatów zaglądała, żeby się dowiedzieć, co się dzieje. Ale to nie jest jakiś próżniak. A ty, Ol, masz już czterdzieści dwa lata. Z twoim dumnym charakterem, komu jeszcze jesteś potrzebna?

Milczałam, wycierając talerze ręcznikiem i ukrywając drżące palce. Całe życie poświęciłam temu domowi. Najpierw chorowała matka, którą opiekowałam się do ostatniego dnia jej życia. Potem zachorował ojciec.
Brat Anton pracował na zmianach, wysyłał pieniądze, a cała czarna robota, wszystkie nieprzespane noce spadały na mnie. Nie narzekałam. To przecież mój dom, moje przeznaczenie.
Znałam tu każdą szczelinę, każdy skrzyp desek. A teraz, kiedy nie ma już rodziców, a ja zostałam sama, wszyscy patrzyli na mnie z pogardliwym współczuciem. Stara panna. Bezdomna.
Nie pojadę nigdzie, odcięłam ciotkę Szurę. Niech zatrudni pracownicę i jej zapłaci. A ja nie zatrudniałam się jako robotnica!
O Jegorze i jego pierwszej żonie, cichej Ludmiłowie, w wiosce krążyły ponure plotki. Jedni mówili: „Zmęczył babę pracą na śmierć”. Inni twierdzili, że długo chorowała, a ten Jegor-topór nie znał dobrego słowa, odchodził do gospodarstwa, bo nie rozumiał, jak postępować z żywym człowiekiem. Ale wszyscy byli zgodni co do jednego: życie z nim nie jest łatwe.
Życie lubi złośliwą ironię. Tydzień po wizycie cioci Szury brat Anton wrócił z Moskwy nie sam, przyprowadził do domu Marinę, młodą kobietę o ostrym spojrzeniu i spalonymi, jasnobrązowymi włosami, jakby ze słomy.
Poznaj, Olga, to jest Marina. Moja żona. Teraz będzie tu mieszkać, mruknął zawstydzony.
Marina spojrzała na mnie z góry, jakby na stare meble, których nie szkoda wyrzucić, a które można wepchnąć do schowka.
Pierwsze dni były torturą. Stukała obcasami po moich czystych podłogach, to geranium na oknie przeszkadzało, to zasłony były staromodne, to w domu pachniało starymi rzeczami. Milczałam, zaciskając zęby. Czekałam, aż brat mnie broni. Ale Anton tylko chodził za nią jak cień.

Kulminacja nastąpiła czwartego dnia.
Ola, powiedziała Marina podczas kolacji, szturchając widelcem moje ziemniaki. Zabierz swoje słoiki z ogórkami z piwnicy. Anton obiecał mi, że zrobi tam solarium.
A poza tym… jest nam tu z Antonem ciasno. Dom jest duży, ale nie potrzeba w nim dwóch gospodyń. Może poszukasz sobie kąta?
Spojrzałam na brata. Wpatrywał się w obrus i milczał zdradziecko. Całe życie prowadziłam to gospodarstwo… a teraz szukam kąta.
Drżałam z oburzenia. Nie mówiąc ani słowa, wyszłam na ganek i usiadłam na zimnych schodach.
Wszystko wokół pachniało zgniłym liściem i mokrą ziemią. Stało się tak gorzko i samotnie, że chciało mi się wyć. Ale duma mi na to nie pozwalała.
I wtedy, jakby na zawołanie, pod latarnią pojawił się znajomy samochód Egoora. Powoli podjechał do bramy i zatrzymał się.
Teraz był sam, bez żon. Wyszedł ciężki, ponury, z czujnym spojrzeniem spod czarnych brwi. Patrzył tak, jakby wybierał zwierzę na targu.
No co, Olga? Nawet się nie przywitał, tylko mruknął. Jak długo jeszcze będziesz biegać? Gospodarstwo potrzebuje rąk do pracy.
Jego bezpośredniość i rzeczowy ton działały na mnie teraz prawie jak amoniak.
Wściekłość dusiła mnie na brata, na bezczelną Marinę, na obrzydliwy los. Chcesz służącą, Jegor? – przemknęła mi przez głowę zjadliwa myśl. Będziesz miał niespodziankę.
A jeśli odejdę? – wyrwało mi się niespodziewanie. Głos mi drżał.
Zdziwiony uniósł brwi.
Więc się pakuj, mruknął po chwili. Jutro do urzędu stanu cywilnego.

Wioska westchnęła. Kiedy rano szłam z wytartą walizką do jego samochodu, sąsiadki krzyżowały się i kręciły palcem przy skroni:
Olga oszalała! On ją pogrąży! Szuka sobie pracownicy!
A ja czułam zarówno strach, jak i dumę. Szłam prosto przed siebie, nie zwracając na nikogo uwagi.
Pokażę wam wszystkim, myślałam. Nie będę tu służącą!
W urzędzie stanu cywilnego wszystko przebiegło szybko, zwyczajnie. Bez gości, bez sukienek i tortów. Zabrał mnie do swojego domu w Jagodnej.
Dom Jegora był rzeczywiście bogaty, murowany, dwupiętrowy, otoczony wysokim żelaznym ogrodzeniem. A w środku panowała pustka kawalerskiej nory.
Gruba warstwa kurzu na meblach, zamglone okna, góra nieumytych naczyń, czerstwy chleb, zapach starego barszczu i tytoniu. Wszystko tchnęło pustką.
Jegor rzucił klucze na stół, nie zdejmując butów, i ponuro powiedział:
Rozpakuj się. Niech wszystko będzie gotowe na obiad. Idę do pasieki. Wieczorem rozpal łaźnię.
I wyszedł. Po prostu wyszedł, jakby piętnaście minut temu zatrudnił gospodynię.
Stałam pośrodku brudnej, nieznanej kuchni. Chciałam wszystko rzucić, uciec chociaż do cioci Szury, chociaż na dworzec. Gdziekolwiek, byle nie tutaj, gdzie od razu nie uznano mnie za człowieka.
Ale kiedy spojrzałam na swoje odbicie w mętnym lustrze starego serwantu, zobaczyłam zmęczoną kobietę z wygasłymi oczami. Serce mi zamarło.
Nie, powiedziałam sobie, sama się na to zdecydowałaś. Trzymaj się. Tutaj, Olga, nie ma innego wyjścia.
Nie zaczęłam gotować obiadu. Nie rozpaliłam też pieca w łaźni. Wyjęłam swoją białą haftowaną serwetę i nakryłam stół. Znalazłam czystą zastawę, wypolerowałam kieliszki. Przebrałam się w swoją najlepszą niebieską sukienkę. I usiadłam czekać.

Zrobiło się ciemno, kiedy przyszedł Jegor, zły, z głodnymi oczami. Zatrzymał się w progu, oszołomiony spojrzał na elegancko nakryty stół i na mnie w sukience.
Co to za cyrk? ryknął. Gdzie jedzenie? Dlaczego łaźnia nie jest rozpalona?
Usiądź, Jegor, zaskoczyłam samą siebie. Mój głos był spokojny i stanowczy.
Wypuścił groźnie powietrze, podszedł do stołu, wyglądając jak prawdziwy niedźwiedź.
Szukałeś pracownicy, Jegor Semenowicz? – zaczęłam cicho, żeby każde słowo do niego dotarło. Trzeba było dać ogłoszenie do gazety. A ty się ożeniłeś. Z Olgą Siergiejewną. A nie z pokojówką! A teraz porozmawiamy.
O czym porozmawiamy? – mruknął niezadowolony. Daj mi jeść!
Warunki, Jegor. Teraz ci je przedstawię. Jeśli ci się nie spodobają, zaraz wezmę walizkę i wrócę do
Fiodorowki. A ty znów zostaniesz wdowcem i niech cała okolica się śmieje.
Zamilkł, patrząc ciężkim wzrokiem. Perspektywa kompromitacji przed wsiem powstrzymywała go.
Po pierwsze, powiedziałam, pokazując palec. Nie jestem tu pracownicą, tylko gospodynią. Oznacza to, że robię to, co uważam za stosowne, kiedy uważam to za stosowne. Nie waż się mi rozkazywać. Jeśli poprosisz mnie po ludzku, pomogę, ale jeśli rozkazujesz, nie ruszę nawet palcem!
Patrzył oszołomiony, nie spodziewał się takiej determinacji ze strony kobiety.
Po drugie, kontynuowałam. Pieniądze na gospodarstwo są dostępne dla nas obojga.
Oto cukiernica, postukałam w porcelanę. Tutaj będą leżały ruble na produkty i życie codzienne. Nie zamierzam żebrać u ciebie o chleb i proszek do prania, tłumacząc się za każdego rubla.
Zrujnujesz mnie, uśmiechnął się.
Nie zrujnuję, będę bardziej oszczędna niż ty.

Nie podnoś na mnie głosu. Nigdy. Jeśli krzykniesz, odejdę. Nie znoszę tego od dzieciństwa.
To wszystko? – zapytał zjadliwie, nieco opanowując się.
Nie wszystko – odpowiedziałam spokojnie. Po czwarte, w każdą niedzielę odpoczywam jak normalny człowiek. To znaczy, żadnych sprzątań, prania w niedzielę. W weekendy albo do miasta, albo do lasu na spacer, albo po prostu odpoczywamy jako rodzina.
I ostatnia, piąta rzecz: będę spała w pokoju gościnnym. Dopóki sama nie zdecyduję inaczej.
Siedział w milczeniu, zgrzytał zębami, przyglądał się moim dłoniom. Potem głośno wypuścił powietrze.
A jeśli się nie zgodzę?
Pokazałam mu walizkę stojącą przy drzwiach. Nawet jej nie rozpakowałam.
Spojrzał na moją zniszczoną walizkę, potem na mnie, a potem na swoje zrogowaciałe, brudne ręce.
Jest coś do jedzenia? – zapytał głucho, unikając wzroku.
Jest – odpowiedziałam i wstałam. W lodówce jest kiełbasa i jajka. Patelnia jest w szafce. Sam sobie usmaż. Jestem zmęczona, idę spać.
Wyszłam, zostawiając go w kuchni. Poczułam dreszcz: nagle podniesie się, przewróci stół i wyrzuci mnie. Ale za drzwiami było cicho, słychać było tylko brzęk patelni.
Położyłam się w małym pokoju gościnnym i długo płakałam w poduszkę. „Co ja zrobiłam? Jutro pewnie mnie stąd wyrzuci…”
Ale rano, kiedy wyszłam do kuchni, zobaczyłam kubek z już ostygniętą herbatą i notatkę:
Wyjechałem do pasieki. Pieniądze są w kubku w kredensie. Kup chleb.
Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Czy on zaakceptował warunki? A może to cisza przed burzą?
Tak rozpoczęło się nasze dziwne życie, przypominające spacer po polu minowym. Jegor chodził w milczeniu, czasami warczał, ale natychmiast się zatrzymywał, gdy tylko wskazywałam drzwi. Sprawdzaliśmy się nawzajem.

Uporządkowałam dom na swój sposób. Nie jak niewolnica, ale jak gospodyni. Umyłam okna i dom wypełnił się światłem. Wyprałam pożółkłe zasłony, wyczyściłam kąty.
Przeglądając starą szafę, znalazłam zdjęcia. Była na nich jego pierwsza żona, Ludmiła. Szczupła, o nieśmiałym spojrzeniu. Bardzo mi jej żal zrobiło, więc wszystko złożyłam i schowałam daleko.
Piekłam ciasta, których zapach usuwał ubóstwo. Kiedy siadał do posiłku, siadałam z nim przy stole. Jedliśmy w ciszy, która była przytłaczająca i napięta. Czasami próbował rozkazywać, ale ja spokojnie odpowiadałam:
Jutro ugotuj zupę według własnego gustu.
Po kilku tygodniach zauważyłam zmiany. Brudne buty zostawiał przy progu, kubek mył po sobie. To drobiazg, ale dla niego wyczyn.
Wioska buzowała. Sąsiadki zaglądały przez płot i czekały, aż ogłoszę się nieszczęśliwą.
No i jak, Olga? Wścieka się? szeptały, ale ja tylko tajemniczo się uśmiechałam i odchodziłam.
Przełom nastąpił po miesiącu. Był deszczowy dzień, Jegor majstrował przy traktorze, a potem wrócił do domu wściekły i umazany olejem.
Olya! Krzyczy. Podgrzej wodę! Szybko!
Siedziałam i robiłam na drutach. Powoli podniosłam głowę.
W łaźni jest wrzątek, Jegor, sam rano nastawiłeś kocioł, zapomniałeś?
Nie pouczaj mnie! ryknął. Powiedziałem, podaj mi wodę! Mam biegać po błocie? Jesteś moją żoną, czy kim?
No i proszę, wszystko wyszło na jaw! pomyślałam. Odkładam druty, spokojnie zakładam chustkę.
Gdzie idziesz? – zdziwił się.
Do domu. Albo na dworzec. Ostrzegałam cię, Jegor. Krzycz na bydło w oborze! Nie jestem bydłem.

Chwyciłam za klamkę. Na dworze była noc, lał deszcz.
Stój! – ryknął, a w jego głosie dało się wyczuć strach. Zginiesz!
Lepiej zmoknę, niż będę z chamem – powiedziałam.
I wtedy stało się coś dziwnego. Rzucił się, zatrzasnął drzwi, przycisnął mnie do nich, ale nie uderzył. Po prostu stał, ciężko oddychając, patrzył mi w oczy i nie było w nich gniewu, tylko rozpacz.
Nie odchodź, wykrztusił z trudem. Olia, nie umiem inaczej. Nie nauczyli mnie tego. Ojciec taki był. Ludmiła zawsze milczała. Myślałem, że tak powinno być. A ty… jesteś jak ostry nóż.
Nie ostrz się o mnie, powiedziałam spokojnie. Żyj ze mną naprawdę, nie jestem twoim wrogiem. Pragnę ciepła, ty też. Przestań warczeć.
Przytulił czoło do mojego ramienia i nagle zaczął płakać. Po raz pierwszy położyłam dłoń na jego siwej głowie.
Jestem zmęczony, Olga. Całkiem sam… Wszyscy myślą, że jestem zły, chciwy, a ja po prostu dźwigam to wszystko na sobie, ale dla kogo?
Dzieci wyjechały, dzwonią tylko po pieniądze. Myślałem, że wezmę prostszą babkę, która będzie mi pomagać. A ty?
A ja nie jestem prostsza, po raz pierwszy go objęłam. Idź się umyć. Podgrzeję kolację.
Tego wieczoru po raz pierwszy porozmawialiśmy szczerze. O życiu, o pracy. Wyznał: Ludmiła odeszła nie z powodu pracy, miała chore serce, a on, głupiec, tylko chwalił ją za pracowitość.
Minęło pół roku. Życie zmieniło się nie do poznania. W niedziele naprawdę odpoczywaliśmy: jeździliśmy na targ do centrum regionu, spacerowaliśmy po lesie. Okazało się, że Jegor zna każdą trawkę, każdego ptaka.

Na targu założył nową koszulę, zawiązał nawet krawat i dumnie trzymał mnie pod rękę. Spotkaliśmy ciocię Shurę.
Olya! Ależ ty rozkwitłaś! A Egor Semenovich, spójrz, odmłodniał!
Uśmiechnął się i przytulił mnie jeszcze mocniej.
A to, powiedział głośno. Mam żonę ze złota. Gospodynię i piękność!
Kupił mi białą, drogą chustę z puchu. Sam ją wybrał.
Noś ją, żeby nie zmarzła, mruknął.
Po kilku tygodniach odwiedzili nas goście: brat Anton z żoną Mariną. Ona zasypywała mnie miodowymi komplementami:
Olya, jak się tu urządziłaś! Pałac, a nie dom! A Jegor Siemionowicz to przystojny mężczyzna!
A ona sama rozgląda się z zazdrością.
Anton mówi, że nie ma pracy. Może zamieszkamy u was? Jest dużo miejsca.
Jegor, który do tej pory milczał, głośno postawił filiżankę.
Jest dużo miejsca, ale nie dla was, odciął stanowczo. Przez was moja żona prawie wyszła na ulicę, szukała kąta. Znalazła. Tutaj jest jej dom. A wasz kąt jest w Fiodorowce. Żegnajcie.
Marina zniknęła jak wiatr! Anton mruknął coś i pociągnął ją za sobą.
Kiedy drzwi za nimi zatrzasnęły się, Jegor podszedł i wziął moją rękę w swoją ogromną dłoń.
Nie pozwolę nikomu ci tu krzywdzić. Nigdy więcej.
Tak właśnie żyjemy. Nie ma łagodnego charakteru, czasami narzeka. Ale teraz wiem: kiedy zaczyna krzyczeć, spokojnie przypominam:

Jegor, warunek numer trzy…
I ten zdrowy, przerażający dla wszystkich mężczyzna macha ręką i idzie nastawić czajnik.
Ponieważ szacunek jest o wiele ważniejszy niż darmowa pracownica. Nawet na kamienistej glebie może wyrosnąć miłość, jeśli w porę wypleni się chwasty urazy i ustali się właściwe warunki.
Była to umowa zawarta w gniewie i rozpaczy, ale ostatecznie przyniosła mi spokój ducha. I wydaje mi się, że wygrałam nie spór, ale prawdziwe szczęście.
Oto moja historia, żywa, rosyjska. Może komuś się spodoba.
