Idę do Aliny – powiedział mąż, zapinając pasek drogiego szwajcarskiego zegarka, który Lydia podarowała mu z okazji trzydziestej rocznicy ślubu.
Władimir nie patrzył na nią, jego wzrok był skierowany gdzieś w bok, w odbicie w nocnym oknie. Stał tam wysportowany, powściągliwie atrakcyjny mężczyzna. Nie ten, który zmęczony podnosił ze stołka skórzaną teczkę.
Ona ma trzydzieści trzy lata. Ona jest prawdziwa, rozumiesz?

W salonie zawisła lepka, dusząca cisza. Z każdym jego słowem pokój stawał się coraz ciaśniejszy, jak szczęki pułapki.
Po tylu latach tak? Głos Lidii brzmiał głucho i obco.
Władimir w końcu się odwrócił. W jego zimnych oczach nie było cienia skruchy ani odrobiny współczucia, tylko lodowate zmęczenie.
A czego chciałaś? Skandalu z rozbitymi talerzami? Nie jesteśmy już młodzi, Lida. Wszystko musi odbywać się w cywilizowany sposób.
Wszystko przygotował z wyprzedzeniem, każdy ruch był precyzyjny, jakby wielokrotnie ćwiczony.
Wszystko ci zostawiłem. Mieszkanie jest twoje. Samochód jest mój. Wystarczy ci na życie, wszystko przemyślałem.
Z progu spojrzał na Lidię tak, jak patrzy się na rzecz, która straciła wartość.
Spójrz na siebie. Komu jesteś potrzebna w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat?
Nie czekając na odpowiedź, wyszedł, a ciężkie drzwi zatrzasnęły się mocno, bezlitośnie.
Lidia została sama, na środku ogromnego pokoju. Nie płakała. Łzy wydawały jej się wulgarne. W jej wnętrzu stopniowo narastało coś twardego, stalowego.
Ogromna fotografia ślubna sprzed trzydziestu lat wisiała na ścianie: szczęśliwa, młoda, pewna przyszłości para. Bez wahania Lidia zdjęła ciężką ramę. Próbując zanieść ją do schowka, upuściła szkło, które pękło tuż nad jej uśmiechniętą twarzą.
W tym momencie gwałtownie i przenikliwie zadzwonił telefon. Lidia spojrzała najpierw na odłamki, a potem na aparat.

Lidia Siergiejewna? Dzień dobry, dzwonimy z galerii „Dziedzictwo”. Niestety, Władimir Jewgieniewicz zerwał dzisiaj wszystkie umowy najmu i wypłacił środki z naszych kont. Pańska galeria została ogłoszona bankrutem.
Słuchawka zawisła w jej dłoni. Podwójny cios – osobisty i zawodowy. Władimir nie tylko odszedł, ale wykreślił ją ze swojego życia, spalił wszystkie mosty.
Galeria była dla niej czymś więcej niż tylko pracą. Była dzieckiem, noszonym i wychowanym z miłości do sztuki. Władimir kiedyś pomógł jej finansowo, załatwiając wszystko na siebie: „tak jest łatwiej, Lido, nie znasz się na podatkach”. Ufała mu. Zawsze.
W jej sercu zrodziła się pierwsza chęć, aby do niego zadzwonić, spróbować wyjaśnić, że zniszczył nie tylko jej marzenie, ale także życie ludzi, pracowników, artystów.
Sygnały były długie, męczące. W końcu usłyszała obcy, zimny, oficjalny, zdystansowany głos:
Słucham.
Władimir, tu Lida. Co zrobiłeś z galerią? Po co?
Pauza. Wydawało jej się nawet, że po drugiej stronie słuchawki ktoś się śmieje.
Lida, przecież mówiłem, że się o ciebie zatroszczę. Pieniądze są na koncie. A galeria to po prostu nieopłacalny biznes. Banalny projekt, który nie przyniósł zysków. Nic osobistego.

To nie projekt, Włodzimierzu! Tam są ludzie, obrazy, historia!
Najważniejsze słowo to „były”. Prawnicy wszystko załatwią. Nie dzwoń więcej.
Monotonne, krótkie sygnały.
Lidia automatycznie zebrała się i pojechała do galerii z ostatnią nadzieją. Na drzwiach czekała na nią biała kartka: „Zamknięte z przyczyn technicznych”.
W środku było ciemno. Przy wejściu czekali pracownicy: historyk sztuki Masza, administratorka Olia, dozorca Iwan Pietrowicz patrzyli na nią jak na ostatnią szansę.
Lidia Siergiejewna, co się stało? Powiedziano nam, że
Lidia tylko potrząsnęła głową. Ich zakłopotanie stało się dla niej osobistą hańbą. Władimir zniszczył wszystko, co stworzyła.
Wieczorem zadzwoniła ich wspólna przyjaciółka, Wiera.
Lida, trzymaj się. Słyszałam, że twój kompletnie oszalał. Ta Alina nadawałaby się dla niego nawet na córkę! Podobno jest modelką.
Lidia milczała, każde słowo brzmiało jak sól na świeżą ranę. Wyobraziła sobie młodą, bezczelną Alinę: „żywą”.

Powiedział, że nikt mnie nie potrzebuje – szepnęła Lidia.
Bzdura! – oburzyła się Wiera. On po prostu szuka usprawiedliwienia dla swojej podłości.
Ale ziarno już zapuściło korzenie gdzieś w głębi duszy Lidii.
Apoteozą był telefon z nieznanego numeru w nocy. Lidia nie chciała odbierać, ale ręka sama sięgnęła po słuchawkę.
Lidia Siergiejewna? Cienki, lekko szyderczy głos. Tu Alina.
Lidii zesztywniały ręce.
Chciałam tylko powiedzieć, żebyś nie martwiła się o Władimira Jewgieniewicza. Zajmę się nim. Jest tak zmęczony całą pani sztuką. Potrzebuje teraz innego życia.
Każde słowo było jak cios nożem.
I jeszcze jedno – zachichotała rozmówczyni. Obraz młodego artysty o nazwisku na „K”, prawda? Władimir go zabrał. Jedyna rzecz w pani galerii, która była choć trochę warta swojej ceny. Pasuje do mojego nowego wnętrza.
