Uważaj, dokąd się spieszysz, kurczaku – rzuca za mną mój były mąż w korytarzu biura, nie podejrzewając, że jestem teraz żoną jego dyrektora generalnego.
Jego ramię jest tak samo kościste i ostre jak pięć lat temu. Do nosa uderza zapach taniego wody kolońskiej zmieszanej z potem i stęchłym dymem tytoniowym.
Prawie upadam, a ciężka teczka z dokumentami dla Wiktora wyślizguje mi się z rąk i uderza głucho o dywan.
Oleg mnie nie rozpoznaje. Dla niego jestem tylko kolejną anonimową pracownicą, która przeszkadza mu dotrzeć do dystrybutora wody.
Rzuca na mnie pogardliwe spojrzenie od stóp do głów, zatrzymuje się na moich butach i krzywi usta.
Zatrudniliście wszystkich, burczy i bez przeprosin odchodzi dalej.

Stoję, patrząc na jego plecy. Nowa fryzura, drogie okulary w cienkich oprawkach i nienaganny garnitur, dobrany przez Wiktora, stają się moim idealnym kamuflażem. Ja się zmieniłam. A on nie. Ta sama garbata postawa, ten sam rozłożysty chód, ta sama aura wiecznego niezadowolenia i zazdrości wobec świata.
W środku nagle robi się zimniej i coś pęka. Nie z powodu urazy, ale z powodu ostrego, niemal mdłego uczucia déjà vu.
Torba na kółkach, wytrzymuje do 30 kg! Wytrzymała, wodoodporna, przechodnia. Opóźnia wypadanie włosów. Ten sam tonik z rozmarynem i tlenem! Marzcie, dążcie, osiągajcie! Otwarte stanowiska pracy z konkurencyjnym wynagrodzeniem! W Moskwie niszowe zapachy z 30% zniżką!
Głos Olega, rozkazujący, poniżający ton, na chwilę przenosi mnie z powrotem do naszej maleńkiej, wiecznie zadymionej kuchni, gdzie zwinięta w kłębek słucham jego nowych wyrzutów.
Palce, które automatycznie podniosły teczkę, zaciskają się z bólu na gładkiej skórze. Biorę głęboki wdech, czując zapach drogiej skóry i ledwo wyczuwalne perfumy, a nie stęchły zapach przeszłości. Ten zapach przenosi mnie z powrotem do rzeczywistości. Prostuję się, podnoszę głowę i powoli idę za nim, nie po to, żeby odpowiedzieć, ale żeby popatrzeć.

Oleg podchodzi do biurka Larisy, sekretarki mojego męża Wiktora Siergiejewicza. Opiera się o blat, zaglądając do jej monitora.
Larosia, słoneczko, szef na miejscu? Trzeba pilnie podpisać raport, bo inaczej cała ekipa zostanie bez premii. Przez biurokrację.
Uśmiecha się do niej tym samym pewnym siebie uśmiechem, który dobrze znam. Uśmiechem, który pojawia się, gdy potrzebuje czegoś od ludzi, których uważa za nieco lepszych od siebie. Larisa, miła, uważna Larisa, podnosi na niego wzrok.
Wiktor Siergiejewicz jest zajęty. Ma spotkanie.
Daj spokój, jakie spotkanie w porze lunchu? Oleg nie daje za wygraną. Powiedz, że to Ławrow. On wie, że jestem poważnym facetem, nie będę cię niepotrzebnie niepokoił.
Zatrzymuję się kilka kroków za nim, przy ścianie z panoramicznymi oknami, za którymi rozciąga się miasto. Moje miasto. Mój nowy świat.
Oleg mnie nie zauważa. Jest zbyt pochłonięty swoją drobną grą. Nawet nie domyśla się, kto stoi za jego plecami.

Nie tylko była żona, którą kiedyś wyrzucił z jedną walizką. Ale nowa żona jego dyrektora generalnego.
Kobieta, która jednym słowem może zdecydować, czy otrzyma premię, czy nie.
Patrzę na jego tani garnitur, znoszone buty i to, jak wygodnie próbuje spojrzeć Larice w oczy.
Nie czuję ani odrobiny litości. Tylko zimne, dźwięczne zainteresowanie badacza, który ogląda pod mikroskopem nieprzyjemnego owada.
Odwraca się, żeby odejść, i nasze spojrzenia się spotykają. Tym razem nie odwracam wzroku. Patrzę prosto, spokojnie, lekko unosząc kąciki ust.
W jego oczach pojawia się rozpoznanie, a potem zdziwienie. Marszczy brwi, próbując sobie przypomnieć, ale nie może.
Odpędza mnie jak irytującą muchę i wraca do swojego działu, do swojego małego świata, gdzie nadal uważa się za pana sytuacji.
Wyjmuję telefon.
Kochanie, mówię, kiedy Wiktor odbiera słuchawkę. Mam do ciebie małą prośbę dotyczącą jednego z twoich pracowników. Nie, nie trzeba go zwalniać. To zbyt proste.
Następnego dnia w dziale logistyki dla Olega Ławrowa zaczyna się ciche, osobiste piekło.

Jako „najbardziej obiecującego” przenoszą go do nowego pilotażowego projektu porównywania dokumentów archiwalnych z pięciu lat. Praca jest monotonna, wymaga maksymalnej koncentracji. Wszystko, czego Oleg nienawidzi i czego nie umie.
Jego bezpośredni przełożony, starszy i wybredny Piotr Semenowicz, który otrzymał od dyrektora generalnego niejasne, ale surowe polecenie „sprawdź Lavrowa na wytrzymałość”, zabiera się do pracy z entuzjazmem.
Siedzę w kawiarni na najwyższym piętrze, kiedy słyszę, jak dwie dziewczyny z księgowości szepczą.
Siemionowicz znowu dzisiaj przed wszystkimi zbeształ Ławrowa. Nie wpisał tego do listu przewozowego, a Siemionowicz przez pół godziny pouczał go o interpunkcji w transporcie międzynarodowym.
On kompletnie oszalał. Krzyczy na wszystkich, mówi, że go naciskają.
Tydzień później „przypadkowo” spotykam go przy windzie. Wygląda okropnie. Jest zmęczony, zły, ma oczy czerwone od braku snu.
Winda podjeżdża. Drzwi się otwierają. Wchodzę. Oleg idzie za mną.
Te windy ciągle się psują, syczy w pustkę. Jak wszystko w tej firmie. Pracują tu tylko idioci.
Naciskam przycisk mojego piętra.
Czasami problem nie leży w windzie, mówię cicho. A w pasażerze, który nie wie, na które piętro chce jechać.

On gwałtownie odwraca głowę. Tym razem uważnie przygląda się mojej twarzy.
Co powiedziałaś?
Mówię, że na niektóre piętra potrzebna jest specjalna przepustka, uśmiecham się do niego. A ty, jak się wydaje, jej nie masz.
Drzwi windy się otwierają. Wychodzę, zostawiając go w kabinie. Patrzy za mną, a ja czuję to spojrzenie.
W jego spojrzeniu nie ma już pogardy. Jest w nim zagubienie. I strach. Zaczyna domyślać się.
Przez tydzień szuka, szaleńczo, jak opętany. Próbuje wyciągnąć informacje od Larissy, ale ona tylko chłodno wzrusza ramionami. Przegląda stronę internetową firmy, wchodzi na stronę kierownictwa i tam widzi moje zdjęcie. Obok stoi Wiktor. Jego żona. Ta, którą popchnął w korytarzu.
Rano przychodzi do pracy blady, milcząco siada za biurkiem, nie wita się. Jego pilotażowy projekt przeradza się w stały obowiązek. Semenowicz wymaga codziennych raportów. Błędy piętrzą się jak śnieg.
Po miesiącu jego brygada zostaje rozwiązana. Proponują mu degradację do magazyniera. Odmawia. Składa wypowiedzenie z własnej woli.

W ostatnim dniu pracy widzę go w holu. Stoi przy szybie, z torbą w ręku, zgarbiony. Nie zauważa mnie.
Przechodzę obok. Powoli. W drogich butach, w nienagannym garniturze, z teczką pod pachą.
Miłego dnia, Oleg, mówię cicho. Nie zapomnij oddać przepustki.
Wzdryga się. Odwraca się. Patrzy. Rozpoznaje mnie.
I po raz pierwszy w życiu nie znajduje słów.
Uśmiecham się. I idę dalej.
