Nie mogę ci wybaczyć!

Nie wybaczę ci! – powiedział Yuri zdystansowanym głosem i odłożył słuchawkę. Po drugiej stronie linii rudowłosa piękność Zlata szlochała, osuwając się po ścianie na podłogę i szepcząc o swoim błędzie. Yuri jej nie słyszał.

Kiedyś Złata była dumą klasy i szkoły. Świetnie się uczyła, po maturze przepowiadano jej świetlaną przyszłość na Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym, a następnie karierę naukową. Przed fatalnym spotkaniem z Wiktorem wierzyła, że jej życie potoczy się tak, jak mówią wszyscy wokół.

Matka Zloty wyszła za mąż dość późno, zbliżając się do trzydziestki. Nie spieszyła się z zawarciem związku małżeńskiego, ale jej ostatni adorator, Igor, okazał się uparty. Przez pięć lat zabiegał o względy kapryśnej piękności Ludmiły, aż w końcu zgodziła się na ślub. Igor udowodnił, że był wart swoich wysiłków, organizując wystawne przyjęcie weselne i kupując niewielką daczę pod Moskwą, gdzie Ludmiła od razu poczuła się jak pani domu. Nie miała teściowej, która zmarła kilka lat przed poznaniem Igora przez przyszłą żonę.

Igor poznał swoją przyszłą żonę dzięki ogłoszeniu w gazecie „Prawda” . Po bliższym poznaniu postanowili się pobrać i przenieść do Kazania, gdzie Igor nie miał krewnych, którzy mogliby narzucać częste wizyty.

Na początku Ludmiła nie mogła zajść w ciążę. Dwie próby zakończyły się poronieniem, ale za trzecim razem urodziła się Złata. Jej przenikliwe niebieskie oczy, zadarty nosek i piegi urzekły wszystkich. Gęste rude włosy z miedzianym odcieniem stały się dumą rodziców. Igor przypomniał sobie swoją zmarłą matkę, która miała takie same włosy, i wierzył, że jej piękno przejawia się w córce.

Najbardziej zaskakująca była przemiana Ludmiły. Kobieta, która uważała, że świat kręci się wokół niej, stała się troskliwą mamą i kochającą żoną. Igor wracał do czystego, przytulnego domu, gdzie czekała na niego piękna żona i niespokojna córka.

Pewnego dnia Ludmiła zauważyła, że w takim domu nie da się wygodnie mieszkać z dzieckiem. Igor milczał, ale po pół roku przeniósł rodzinę do nowego pięciopiętrowego domu prawie w centrum Kazani. Mieszkania stały się bardziej przestronne, szczególnie podobała się kuchnia i salon:

Teraz jest gdzie się rozgościć. Złotka będzie miała więcej miejsca do zabawy, bo na podwórku jest tyle dzieci.

I rzeczywiście, Złotka szybko przyciągnęła uwagę rówieśników. Chłopcy rzucali się do jej balkonu, krzycząc:

Złotka, wychodź, pobawimy się!
Złotka, kupię ci lody!

Matki chichotały:

Oto dziewczynka hałasuje, jakby nie było innych.

Idąc do pierwszej klasy szkoły naprzeciwko domu, Złata już trzeciego dnia nauki wróciła niezadowolona.

Nauczycielka posadziła mnie obok chłopca. Jest cichy i nie pozwala zajrzeć do piórnika.

Jak ma na imię? – zapytał ojciec z uśmiechem.

Witia. Głupie imię, a on jeszcze i głupek – prychnęła Złata.

Ludmiła, sądząc, że takie relacje przerodzą się w silną miłość, obserwowała córkę. Pod koniec roku Złata odmówiła zmiany miejsca przy ławce i cały czas siedzieli przy jednej ławce, zmieniając tylko miejsca. Nauczyciele żartowali, nazywając ich „parą”, ale Złata nie zwracała na to uwagi. Witia już jej się podobał i nie chciała, żeby był z inną dziewczyną.

W dziewiątej klasie Wiacia po raz pierwszy wyznał Złacie miłość i ją pocałował. Ona oszalała z radości, ale będąc pewna siebie, ogłosiła koleżankom, że będą razem na zawsze, jak w melodramatach.

Ich związek nie był jednak bezchmurny. Złata często sprawdzała granice, sprawiała, że Wiacia denerwował się z zazdrości, doprowadzała go do kłótni. Jego matka wzdychała:

Nie zwiąż się z nią, jest zbyt kapryśna. Nie da ci spokoju.

Złata taka nie jest, sprzeciwiał się syn. Ona tylko udaje, a tak naprawdę mnie kocha.

Matka tylko kręciła głową, rozumiejąc, że im bardziej Złata będzie mu dokuczać, tym szybciej odejdzie. Wity odziedziczył charakter po ojcu, który również nie znosił powtarzających się pytań, potrafił zbywać i odsyłać, czego doświadczyła na własnej skórze matka Wity. Dlatego została bez męża, który oświadczył, że nie będzie dłużej znosił jej kaprysów.

Witia tracił rozum, gdy widział Zlatę w dobrym nastroju. Jej uśmiech sprawiał, że wszystko zamierało, pozostawały tylko jej figlarne oczy.

Ale Zlata nie była aniołem. Czasami zamykała przed nim drzwi, mówiąc, że ma go dość, wyśmiewała go przed koleżankami, doprowadzając Witę do szału. Mógł ją wysłać „w różne znane kierunki”, a potem przysięgał, że jej wybacza.

Złata niejednokrotnie przepraszała za swoje wybryki. Dzika zazdrość często prowadziła do kłótni, ale po maturze spotykali się ponownie, przysięgali sobie wieczną miłość i spacerowali brzegiem rzeki, podziwiając zachód słońca.

Pewnego razu Wiacia powiedział:

Boję się, że mogę cię stracić. Może spotkasz kogoś lepszego.

Nie mów bzdur, odpowiedziała Złata. Kto może być lepszy? Niedługo razem pójdziemy na studia. Na jaki wydział chcesz iść?

Jeszcze nie zdecydowałem – przyznał. Nie chcę się uczyć, wolę pracować, żeby mieć prawdziwe pieniądze.

A gdzie pójdziesz? – zapytała szyderczo Złata. Bez wykształcenia i zawodu. Będziesz całe życie komuś służył.

Komu? – zapytał, marszcząc brwi.

Przynajmniej przede mną, odpowiedziała. Ja zdobędę dyplom, zrobię karierę naukową, a ty będziesz sprzedawał owoce na targu?

Witia wpadł w gniew, nazywając ją „mamro”. Złata chwyciła go za rękę, ale on odepchnął ją i odszedł, nie oglądając się za siebie. Ona została, gryząc wargi.

Po co to wszystko powiedziałam? – złościła się, dzwoniąc do Wity, ale on nie odbierał. Obraza wzięła górę.

No to poszedł, powiedziała Złata, kierując się do domu. Będę miała dziesięciu takich „Witków” na uniwersytecie.

Jednak los postanowił inaczej: w tym roku Złata nie dostała się na studia. Postanowiła, aby dokuczyć Witorowi, który zniknął, pójść do klubu nocnego:

Niech wie, że świat nie kręci się wokół niego. Po pół roku Witya wrócił z dyplomem technikum i pracą na budowie. Szukał jej wszędzie, ale Zlata nie odbierała telefonów, jakby zniknęła. A w klubie tańczyła przy głośnych basach, śmiała się z obcymi chłopakami, piła koktajle i udawała, że jest jej dobrze. Ale nocami, w ciemności swojego pokoju, płakała, ściskając starą fotografię – on, ona, zachód słońca, brzeg rzeki. I pewnego razu, budząc się na dźwięk telefonu, rozpoznała jego głos.
„Wybacz”, powiedział. „Wszystko zrozumiałem”.

Ale nie była w stanie odebrać telefonu. Odebrał go Jurij, jej narzeczony, i powiedział:
„Ona nie wybaczy”. Jurij położył telefon na stole i powoli przesunął dłonią po twarzy, jakby zmywał z niej ostatnie ślady dawno minionych uczuć. Za oknem padał zimny jesienny deszcz, zmywając z parapetu kurz i resztki letnich wspomnień. Złata, wciąż ściskając telefon, patrzyła w sufit, czując, jak coś w niej pękło na zawsze. A w głowie rozbrzmiewał głos Wity, cichy, zmęczony, tak jak wtedy, nad rzeką, kiedy po raz pierwszy powiedział: „Kocham cię”.