Wiara: siła, która łączy serca i dusze

Wszystko było u nich proste, jak w podręczniku: uczyli się razem od pierwszej klasy, a w dziesiątej zakochali się w sobie. Ich miłość kwitła przez ostatnie dwa lata szkoły, ciesząc wszystkich wokół, ponieważ oboje byli piękni, a ich uczucia czyste i wzniosłe. Wszyscy byli przekonani: po szkole wezmą ślub, to tylko kwestia czasu. Dima i Olya.

Wiara Dimy w tę przyszłość była silna jak przysięga pioniera. A Olia nie wątpiła w to, tak samo jak w to, że zegar wybije północ w Nowy Rok.

Ja, ich wychowawca, też ich lubiłem. Oboje. Dima był skupiony, wytrwale dążący do celu. Marzył o zostaniu prawnikiem, dlatego w szkole szczególnie pilnie uczył się historii i wiedzy o społeczeństwie. Olia marzyła o zostaniu „największą rosyjską pisarką wszech czasów”, tak o niej mówił Dima. Pisała niekończące się powieści rycerskie, których pierwszym czytelnikiem był on. Drugim byłem ja, ponieważ uczyłem ich literatury i języka rosyjskiego.

W jej powieściach było wszystko: miłość aż do bólu, dla której Ona wyrzekała się wszystkich dóbr, a On walczył ze wszystkimi, którzy chcieli ich rozdzielić. Były zamki, mosty nad przepaściami, złe matki i tyrani ojcowie, którzy kształtowali szczęście dzieci według własnego uznania. Ale pod koniec „czary się rozpadły” i niespodziewanie, w finale, Ona ginęła. Albo On. Prawda zwyciężała, ale zawsze z opóźnieniem, pozostawiając gorycz.

Pomimo tych bujnych historii, ja i Dima wierzyliśmy w Olę. On, ponieważ jego serce na zawsze przywiązało się do niej. Ja, ponieważ przez jej ozdobne wersy przebijały się zaskakująco trafne słowa. Czasami całe obrazy:

„Zeszłoroczne liście chrzęściły pod stopami jak cienki lód”.
„Kloberki mnichów unosiły się nad tłumem niczym cukrowe głowy grzechu”.
„Drzwi ciężko się otworzyły i dom ponownie pogrążył się w porannej drzemce”.

Wszystko kiedyś się kończy. Skończyła się też szkoła.

Ola dostała się do Instytutu Literatury, uczyła się u samego Woznesenskiego. Kilka razy zapraszała mnie na seminaria, gdzie widziałem na żywo mojego przyjaciela Jewtuszenkę. Uczyła się łatwo, publikowała już od pierwszego roku. Byłem z niej dumny. W końcu to ja ją „odkryłem i wychowałem”.

A Dima był dumny tylko z niej. Po każdej jej publikacji przybiegał do mnie do szkoły, wiercił się na krześle, podpowiadał, które akapity przeczytać, na co zwrócić uwagę. Potem patrzył mi w oczy i pytał: „No i jak?”. W tym pytaniu było wszystko: zachwyt, zazdrość o krytykę, uwielbienie wszystkiego, czym żyje młoda dusza.

Ale matka Dimy nie polubiła Oli. Nie wiem dlaczego. Robiła wszystko, aby ich rozdzielić, ale subtelnie, niezauważalnie. Nie wzywała mnie do sojuszu, wiedząc, że nie poprę jej. Ale była dla mnie przesadnie miła, jakby proponowała herbatę z dżemem, miodem i cukierkami, aż do mdłości.

W końcu wyszło tak, jak chciała: Dima wyjechał do Anglii, aby studiować prawo. Olia przyszła do mnie z „spojrzeniem czarownicy” i powiedziała, że teraz ma nawet lepszą umowę z wydawnictwem, a w instytucie narosły jej długi.

Oni studiowali. On na zachód, ona na wschód od Paryża, jak żartowała Olia, odwiedzając mnie coraz rzadziej. Dima pisał jeszcze rzadziej, życie w Anglii wydawało mu się nudne.

A rok później Olia przyszła z zaproszeniem na swoje wesele. Z kolegą ze studiów, poetą. Patrzyła tak, że pytania były zbędne. Nie pytałem.

W tym miejscu warto zacytować Szołochowa:

„Słowiki przestały śpiewać, pszenica przestała szumieć, bezimienna rzeka ucichła. I to wszystko”.

Kolejna miłość przeminęła. Po raz kolejny „przeważył rozsądek dorosłych”.

Ola przestała przychodzić. Dima też.

A wczoraj wychodzę ze szkoły, maj, słońce, ciepło. Podchodzi do mnie Dima, dorosły, ale rozpoznawalny:

Witam. Czekałem na pana. Tak, wszystko w porządku. Jestem żonaty, mam dwie córki. A praca? Mam własną firmę. A Olia? Jej mąż zmarł. Dziewięć dni temu. Jest sama z córką. Pojedźmy do niej.

Spojrzał tak, że pytania były zbędne. Nie pytałem. Tak właśnie wygląda życie.