Chciałam pocieszyć męża podczas jego podróży służbowej, ale to, co się dowiedziałam, odebrało mi mowę.
Spontaniczna decyzja, aby sprawić przyjemność ukochanemu mężowi podczas kolejnej podróży służbowej, wydawała mi się miłym gestem. Wyobrażałam sobie jego zaskoczoną twarz, ciepłe uściski, może nawet kolację przy świecach. Nigdy nie sądziłam, że ten pozornie romantyczny gest ujawni mi straszną prawdę.

Zawsze ufałam Artemowi. Po siedmiu latach małżeństwa wydawało mi się, że znam go do najdrobniejszych szczegółów – jego nawyki, dziwactwa, nawet sposób, w jaki pije kawę. Jak wszystkie pary, mieliśmy swoje sprzeczki, ale ogólnie życie wydawało się stabilne. Mieliśmy mały dom na przedmieściach, dwa samochody i, jak sądziłam, spokojną, bezpieczną przyszłość.
Powiedział, że jedzie na konferencję do Sankt Petersburga. „Na trzy dni” – rzucił, pakując do walizki granatową marynarkę i koszulę w kratę, którą kiedyś mu kupiłam. „Jeszcze kilka biznesowych kolacji” – dodał, wrzucając do środka wypolerowane buty. Nie zadawałam zbędnych pytań. Po awansie podróże służbowe stały się częstsze i uważałam to za normalne.
Nieoczekiwane odkrycie
Postanowiłam zrobić mu niespodziankę. W ostatniej chwili kupiłam bilet na pociąg i zarezerwowałam pokój na noc. To było szalone i impulsywne, ale między nami już od dawna czuło się pewien dystans. Wyobrażałam sobie, jak będziemy się z tego śmiać podczas kolacji w pokoju hotelowym – mała romantyczna ucieczka od rutyny.

Hotel był drogi, stylowy, ale bez pretensjonalności. Podeszłam do recepcji z uśmiechem. „Dzień dobry, chcę zrobić niespodziankę mężowi. Czy może mi pani podać numer jego pokoju?”. Administrator sprawdził system i odpowiedział: „Już się zameldował. Osiemset czternasty”.
Serce zaczęło mi szaleńczo bić, kiedy weszłam do windy. Wygładziłam sukienkę i zastanawiałam się, jak go powitać, czy żartobliwie krzyknąć „Niespodzianka!”, czy po prostu pocałować w policzek. Zapukałam do drzwi. Kiedy się otworzyły, zamarłam. Na progu stała kobieta.
Prawda wychodzi na jaw
Była w moim wieku, może trochę młodsza. Ciemne włosy swobodnie opadały jej na ramiona, a na sobie miała jeden z tych ogromnych szlafroków, które wydają w hotelach. Zmarszczyła brwi.
„Tak?” – zapytała. Mrugnęłam. „Witam. Szukam Artema”.
Jej twarz stała się kamienna. „Jest pod prysznicem. A pani kim jest?”
„Jestem jego żoną”.
Roześmiała się ostro, bez radości. „Bardzo zabawne”.

„Nie żartuję”.
Patrzyłyśmy na siebie w milczeniu, a atmosfera między nami stała się napięta. W końcu cofnęła się i gestem zaprosiła mnie do środka. „Proszę usiąść”.
„Nie jest pani jego kochanką?” – zapytałam cicho.
Potrząsnęła głową. „Nie. Jestem jego żoną”.
Żadnych krzyków, żadnych histerii. Tylko powolne rozpadanie się iluzji. Opowiedziała mi, że są małżeństwem od trzech lat. Mieszkają razem w centrum Moskwy. Poznali się na imprezie biznesowej i wydawał jej się czarujący, inteligentny, godny zaufania. To ostatnie słowo zabolało szczególnie mocno.
Kiedy był pod prysznicem, zebraliśmy razem daty, urlopy, wymówki. Zbieżności wywoływały mdłości. Potem drzwi łazienki się otworzyły i wyszedł.
Widząc mnie, zamarł.
„Co?” – wyszeptał.
Na początku nikt nic nie mówił. Potem wymamrotał: „To nie jest tak, jak się wydaje”.
Oboje się roześmialiśmy. Nie z radości. Nie z ciepła. Ale z tego smutnego śmiechu, kiedy nie ma się już czego trzymać.

Rozwód był jedynym wyjściem
Wyszłam z hotelu i od razu pojechałam do domu. Wrócił po trzech dniach, dzwoniąc bez przerwy, ale nie odbierałam telefonu. Przez kilka tygodni mieszkałam u najlepszej przyjaciółki, podczas gdy on błagał o spotkanie.
W końcu wróciłam do naszego domu, aby wręczyć mu dokumenty rozwodowe. Wyglądał na wyczerpanego, prawie nie do poznania. Widząc teczkę, od razu wszystko zrozumiał. Jego druga żona również złożyła wniosek o rozwód.
Został z niczym, bez żon, bez domu, bez starannie zbudowanego kłamstwa. Samotny.
