SZCZĘŚCIE DLA ANNY
Anna od dawna myślała o tym, żeby wziąć dziecko z domu dziecka. Po sześciu latach małżeństwa, które nie przyniosło dzieci, mąż odszedł do innej, młodszej i bardziej sukcesywnej kobiety. Anna jakby straciła siły, nie miała już energii, żeby szukać kogoś, kto będzie z nią „w radości i w smutku”. Nie, wystarczy. Decyzja była ostateczna. Jeśli już ma dawać ciepło duszy, to temu, kto naprawdę tego potrzebuje.
I tak zaczęła działać. Załatwiła dokumenty w organach opieki społecznej. Pozostało tylko znaleźć chłopca, który zostanie jej synem, jej kontynuacją, i obdarzyć go całą czułością, którą gromadziła przez trzydzieści osiem lat.
Nie chciała brać niemowlęcia, bo bała się, że nie da sobie rady. Nie była już w wieku, w którym kobieta jest gotowa nie spać po nocach, kołysać dziecko i przewijać je. Dlatego pojechała do domu dziecka po trzy-pięcioletnie dziecko, które stanie się jej rodzinne.
W tramwaju denerwowała się jak przed pierwszą randką i nawet nie zauważyła, jak rozkwitła wiosna – lekka, chłodna, z oślepiającym słońcem.
Wagon skrzypiał na zakrętach, a Anna myślała o chłopcu, który już jest na świecie, ale jeszcze nie wie, że los przygotował dla niego mamę.

Za oknem kłębiło się życie: samochody, spieszący się ludzie. Nikt nie domyślał się, że Anna jedzie po swoje szczęście. Odwróciła się do okna, ale nic nie widziała, tylko uśmiechała się do przyszłego syna, którego spotka za kilka minut.
Oto przystanek „Dom dziecka”. Następny „Żłobek”.
Wysiadła i zobaczyła stary dwór z obrzuconymi tynkiem kolumnami, niegdyś białymi, a teraz jakby zamaskowanymi pod sprzęt wojskowy.
Ochroniarz wskazał gabinet kierowniczki. Okazała się starszą kobietą w rozciągniętej bluzce, z niechlujnymi włosami, ale z mądrymi, dobrymi oczami. Wyglądała na osobę na swoim miejscu.
No to co, idziemy wybierać? – zapytała kierowniczka, wstając.
Anna posłusznie poszła za nią długim korytarzem z niebieskimi panelami.
Młodsza grupa jest teraz w sali zabaw – wyjaśniła, pchając drzwi.
Około piętnaścioro dzieci bawiło się na dywanie lub grzebało w zabawkach. Wychowawczyni coś pisała przy oknie, od czasu do czasu spoglądając na dzieci.
Gdy tylko dorośli weszli, maluchy rzuciły się do nich, obejmując ich nogi i podnosząc głowy:

To moja mama! Przyszła po mnie!
Nie, to ja jestem jej synem! Rozpoznałem ją!
Weźcie mnie, jestem grzeczna!
Kierowniczka rozkojarzona głaskała je po głowach, szepcząc Annie krótkie charakterystyki. Ta była zdezorientowana, chciała zabrać wszystkie dzieci.
Ale jej wzrok padł na chłopca siedzącego przy oknie. Nie podszedł, tylko odwrócił się, obserwując widok, który najwyraźniej był dla niego czymś zwyczajnym.
Anna podeszła do niego i położyła mu rękę na głowie.
Spod dłoni wyglądały wąskie, lekko skośne oczy o nieokreślonym kolorze, pasujące do kości policzkowych, szerokiego nosa i jasnych, ledwo widocznych brwi. Zupełnie nie taki, jakim go sobie wyobrażała.
I tak mnie nie weźmiecie, powiedział cicho.
Ale jego oczy łapczywie śledziły jej twarz, jakby błagając o coś przeciwnego.
Dlaczego tak uważasz, mały? – zapytała Anna, nie cofając ręki.

Ponieważ mam katar i często choruję. Mam też młodszą siostrę, Lizkę. Jest mała, chodzi do żłobka. Codziennie do niej biegam, głaszczę ją po głowie, żeby nie zapomniała, że ma brata. Mam na imię Misha i bez Lizki nigdzie się nie ruszam.
I natychmiast, jakby na potwierdzenie, z jego nosa wypłynęła smark.
W tym momencie Anna zrozumiała, że całe życie czekała na spotkanie z zasmarkanym Miszą, który często choruje, i jego siostrzyczką Lizą, której jeszcze nie widziała, ale już pokochała.
Lekcja: Szczęście nie przychodzi tak, jak się tego oczekuje. Przychodzi w postaci tego, kto najbardziej cię potrzebuje.
