Odmawiając kopania ogrodu na działce teściowej, natychmiast stałam się wrogiem numer jeden w rodzinie.

Dmitrij, obiecałeś, że jedziemy grillować szaszłyki. Dlaczego w bagażniku są trzy worki sadzeniaków i jakiś zardzewiały kultywator, od którego w całym samochodzie czuć benzyną?

Aglaia patrzy podejrzliwie na męża, który trzyma kierownicę, jakby prowadził bolid Formuły 1, a nie rodzinne kombi po wyboistej wiejskiej drodze. Dmitrij nerwowo dziobie policzek, naciska pedał i omija kolejną kałużę mętnej wiosennej wody.

Aglaia, nie zaczynaj. Mama poprosiła tylko, żebyśmy przywieźli. Ona sama tam powoli kopie, sprawia jej to radość. Wyładujemy, rozłożymy grill, upieczemy mięso. Marynowałem karkówkę, tak jak lubisz, z cebulą i kefirem. Odpoczniemy, posłuchamy ptaków.

Agla odwraca się do okna. Za szybą widoczne są ponure, szare pola, jeszcze nie wyschnięte po zimie, pochylone ogrodzenia ogródków działkowych „Energetyk” i niskie chmury wiszące nad głową. W jej wnętrzu narasta przeczucie. Zbyt dobrze zna swoją teściową, Zinaidę Petrowna: dla tej kobiety słowo „odpoczynek” jest przekleństwem, a bezczynność powoduje ból porównywalny z atakiem rwy kulszowej.

Domek letniskowy Zinaidy Petrownej wita szczekanie sąsiedzkiego psa i zapach spróchniałych liści. Przy bramie, opierając się na trzonku łopaty, stoi sama gospodyni w wyblakłych spodniach dresowych, starej kurtce przewiązanej sznurkiem i kaloszach na wełnianych skarpetkach. Jej spojrzenie jest zdecydowane, jak u dowódcy przed bitwą.

W końcu! – wykrzykuje, otwierając skrzypiącą bramę. Myślałam już, że przyjedziecie dopiero na obiad. Słońce wysoko, ziemia wysycha, a oni śpią! Podjedź samochodem do szopy, tam łatwiej będzie rozładować.

Dmitrij spokojnie wjeżdża samochodem na podwórze. Aglaia wychodzi, drżąc z zimna, w jasnych dżinsach, nowych białych tenisówkach i lekkiej kurtce. Ma starannie ułożone włosy, a na paznokciach manicure „francuska róża”, wykonany wczoraj na majowe święta.

„Dzień dobry, Zinaida Petrowna”, grzecznie wita ją Aglaia, wyjmując z salonu torbę z produktami. „Jak się pani miewa?

Teściowa rzuca na synową spojrzenie, w którym miesza się litość i pogarda, zatrzymując się na białych tenisówkach.

Zdrowie odpowiednie do wieku, mruczy. A ty, Aglaia, wyglądasz jak z wybiegu. To nie jest wybieg, tylko praca. Weź w szopie stare buty i moją wojskową kurtkę, bo się pobrudzisz.

Po co? – dziwi się Aglaia. Chcemy tylko upiec szaszłyki i zaczerpnąć świeżego powietrza. Będę stała przy grillu, tam jest czysto.

Zinaida Petrowna warczy jak rozgniewana kaczka.

Jaki szaszłyk? Jakie powietrze? Jest maj! Sześć arów nie jest zaoranych, ziemniaki już wyrosły, mają pięć centymetrów, trzeba je pilnie sadzić! Sąsiadka Weronika już wszystko posadziła, a my jesteśmy jak ostatni leniwcy. Dmitrij, bierz łopatę, a ty, Aglaia, przebierz się i idź rozbijać grudki grabiami. Potem będziesz kopać dołki.

Dmitrij, wyładowując ziemniaki, spogląda winnie na żonę, rozumiejąc, że zaraz będzie burza, i z góry chowa głowę w ramiona.

Mamo, przecież się umawialiśmy, że przyjechaliśmy odpocząć, tydzień był ciężki – mamrocze.

Odpoczniesz w zaświatach! – przerywa mu matka. A póki żyjesz, zajmuj się ziemią. Ziemniaki same się nie posadzą. Chcesz głodować zimą? Sklepowe są pełne chemii, trucizny. A nasze są nasze, naturalne, bez GMO!

Podaje synowi łopatę, a przed Aglą rzuca zardzewiałe grabie.

Do dzieła. Ja w międzyczasie przygotuję grządki pod marchewkę.

Dmitrij wzdycha ciężko, zdejmuje kurtkę, pozostając w starej koszulce, i kieruje się do ogrodu. Zawsze poddaje się naciskom matki; to jego nawyk z dzieciństwa – łatwiej to zrobić, niż słuchać pouczeń.

Aglaia zostaje przy samochodzie, patrząc na grabie leżące przy jej śnieżnobiałych tenisówkach, potem na męża, który już wbił łopatę w ciężką, wilgotną ziemię, i na teściową, obserwującą wszystko jak sęp.

W Aglai coś pęka. Przez pięć lat małżeństwa starała się być dobrą synową: woziła Zinaidę Petrowną do lekarzy, dawała jej multicookery, znosiła jej rady dotyczące barszczu i prasowania koszul, jeździła na daczę po jagody, mimo alergii na użądlenia os. Ale dzisiaj miarka się przebrała. Przypomniała sobie, jak wczoraj do dziewiątej wieczorem siedziała w biurze, zamykając kwartał, jak marzyła, żeby po prostu posiedzieć w ciszy przy kominku, jak zapisała się na manicure, żeby poczuć się kobietą, a nie koniem.

Nie, głośno oświadcza Aglaia.

Dmitrij zamiera, ręka na łopacie. Zinaida Petrowna powoli się odwraca, unosi brwi, jakby przygotowując się do ukrycia się pod chustką.

Co powiedziałaś? pyta, nie wierząc własnym uszom.

Powiedziałam „nie”, Zinaida Petrowna. Nie będę kopać, nie będę rozbijać grudek i robić dołków. Przyjechałam odpocząć. Dmitrij ci pomoże, skoro obiecał, a ja się wycofam.

Czy ty jesteś przy zdrowych zmysłach? – zapytała zdyszana teściowa. Cała rodzina pracuje, a ona będzie siedzieć jak pani? Boi się pobrudzić swoje białe rączki?

Dokładnie, spokojnie kiwa głową Agława. Zapłaciłam trzy tysiące za manicure, a mam tylko jedną plecy. Ziemniaki możemy kupić jesienią, dziesięć worków, bez oczek, będzie taniej niż leczenie przepuklin.

Kupić?! – wrzeszczy Zinaida Petrowna, jakby kruki wzbiły się z brzozy. Pieniądze? To przecież nasze! Praca uszlachetnia! Więc jestem leniwą, białoręką? Oddałaś mojego syna w niewolę, a sama siedzisz na szyi?

Jestem głównym księgowym, odpowiada Agława. I zarabiam, ośmielę się zauważyć, więcej niż twój syn. Na pewno nie siedzę na szyi. Jeśli chodzi o niewolnictwo, Dmitrij jest dorosłym człowiekiem, sam dokonuje wyborów. Jeśli chce kopać, niech kopie. A ja pójdę poczytać.

Agława otwiera bagażnik, wyjmuje składane krzesło, koc i powieść. Demonstratywnie mija teściową, wybiera słoneczny kącik na trawniku i rozkłada się tam. Zakłada okulary przeciwsłoneczne, otwiera książkę i pogrąża się w lekturze.

Nad domkiem letniskowym panuje cisza, przerywana jedynie ciężkim sapaniem Zinaidy Petrownej.

Dmitrij! – w końcu ryczy. Słyszałeś, co wygaduje twoja żona? Jesteś mężczyzną czy szmatą? Rozkazuj jej!

Dmitrij ociera pot, patrzy na niewzruszoną Aglawę, potem na rozgniewaną matkę.

Mamo, ona naprawdę jest zmęczona. Ja to zrobię. Szybko. To tylko trzy arki pod ziemniaki.

Trzy?! Sześć! Jeszcze za szopą oczyściłam działkę! Kop! A z tą królową porozmawiam później. Zorganizuję jej „odpoczynek”.

Praca nabiera tempa. Dmitrij, sapiąc, przewraca ziemię. Zinaida Pietrowna, zapominając o rwie kulszowej, biegnie po działce, wbijając ziemniaki w ziemię z furią, jakby to były osikowe kołki w sercu wampira, i głośno, żeby słyszeli sąsiedzi, komentuje:

Och, synku, ciężko ci! Jesteś moim jedynym pracownikiem! Nie poszczęściło ci się z żoną! Petrowowie mają złotą synową, która prowadzi traktor, doi krowę, a nasza to miejska panna!

Aglava przewraca stronę, nie obchodzi jej to. Słowo „nie” wydaje się magiczne, wyzwalające. Słońce grzeje, ptaki śpiewają, a narzekania teściowej zlewają się z hałasem w tle.

Minęły dwie godziny. Dmitrij jest przemoczony, koszulka pociemniała, twarz zaczerwieniła się. Zazdrości żonie, która popija wodę mineralną z pięknej butelki.

Dmitrij, przerwa na papierosa! rozkazuje matka. Idź, napij się kompotu. Nakryłam na werandzie.

Dmitrij kieruje się do domu. Agława pozostaje w fotelu. Zinaida Pietrowna wychodzi na ganek z kubkiem, demonstratywnie odwracając się od synowej.

Mamo, a Agława też chce się napić? pyta cicho Dmitrij.

Ma swoje zapasy – odpowiada głośno matka. Jest niezależna. Niech pije wodę z kałuży, skoro nie chce pracować. Kto nie pracuje, ten nie je! To Lenin tak powiedział!

Agława uśmiecha się. W jej torbie były nie tylko produkty spożywcze, ale także kanapki, owoce i termos z kawą. Wyjmuje jabłko i chrupiąc, odgryza kawałek.

Zinaida Pietrowna omal nie zakrztusiła się swoim kompotem.

W porze obiadu na działkę zagląda sąsiadka, babcia Walentyna. Jest ona lokalnym „punktem informacyjnym” i sędzią obyczajowym w jednej osobie.

Cześć, Zinaida! – krzyczy, wychylając się przez płot. Sadzacie? Niech Bóg wam pomoże! Och, a dlaczego Dmitrij sam się garbi? A gdzie jest młoda? Była chora?

Zinaida Pietrowna prostuje się, chwytając się za talię.

Och, Valia, nawet nie pytaj! Mam nieszczęście, a nie synową. Tam siedzi, opala się! Dba o manicure! My z synem harujemy, a ona czyta książki. Co za wstyd!

Walentyna przenosi wzrok na Aglawę.

Co ty? Naprawdę siedzi. No cóż. A ja myślałam, że młodzież powinna pomagać. W ich wieku

Dzień dobry, Walentyno Iwanowna! – woła głośno Agława, nie wstając. Piękna pogoda, prawda? Nie sadzicie ziemniaków? Słyszałam, że zasialiście trawnik? Bardzo po europejsku!

Baba Valya jest zawstydzona. W tym roku oddała ogród Uzbekom, a sama zasadziła kwiaty, ponieważ dzieci jej nie puszczały.

Cóż, zdrowie już nie to samo, mruknęła.

Właśnie dbam o swoje zdrowie! wtrąciła Agława. Zinaida Pietrowna również otrzymała propozycję wynajęcia kultywatora, ale jest ona kobietą heroiczną i potrzebuje wyzwań!

Zinaida Pietrowna zaczerwieniła się, jej próba publicznego potępienia synowej nie powiodła się.

„Idź stąd, Valia, nie przeszkadzaj w pracy!” – ryknęła. „A ty, Dmitrij, nie stój jak słup! Zostały jeszcze trzy grządki!”.

O czwartej po południu pole bitwy zostało zaorane i obsiane. Dmitrij wygląda, jakby przejechał po nim walec; ręce mu drżą, nogi się uginają. Upadł na ławkę przy domu i zamknął oczy.

No proszę, to co innego! Zinaida Pietrowna z zadowoleniem wyciera ręce, choć sama ledwo stoi. Teraz dusza jest spokojna. Zaraz, synku, rozpalam łaźnię, wykąpiesz się, a potem zasiądziesz do stołu z kremem z pokrzywy.

Mamo, co to za zupa? Chcieliśmy szaszłyki, jęknął Dmitrij.

Przeżyjesz bez szaszłyka! Mięso jest szkodliwe w nocy. A pokrzywa zawiera witaminy. A kto będzie smażył mięso? Ledwo żyjesz, a ja nie ufam grillowi, on spali dom.

Agława zamyka książkę, wstaje, przeciąga się. Wygląda na wypoczętą, świeżą i nieskazitelną.

Dmitrij, zbieraj się, mówi. Jedziemy do domu.

Dokąd?! pyta teściowa. Nie ma mowy! Już wszystko przygotowałam! Jutro trzeba przerzedzić marchewkę, przesadzić truskawki!

Dmitrij jutro nie wstanie, stwierdza Agława, profesjonalnie patrząc na męża. Ma już plecy jak deska. Jeśli nie wyjedziemy teraz i nie posmaruję go maścią, w poniedziałek nie pójdzie do pracy, a nikt nie zapłaci za zwolnienie lekarskie. A waszą hipotekę, Zinaida Petrowna, za remont dachu będziemy musieli spłacić my.

Jak śmiesz rozkazywać! – oburza się matka, zasłaniając przejście do samochodu. Synku, powiedz jej!

Dmitrij otwiera oczy, w których widać wszechświatową tęsknotę. Patrzy na brudne ręce, na czerwoną twarz matki pełną złości i na spokojną żonę pachnącą drogimi perfumami, a nie obornikiem.

Mamo, naprawdę nie mogę – mówi ochrypłym głosem. Plecy mnie bolą. Jedziemy.

Zdrajca! – wykrzykuje matka. Pod pantoflem! Wymieniłeś matkę na tę pomalowaną lalkę! Dopóki kopiesz, ona rządzi. Jak tylko przestaniesz, będzie samotną staruszką bez zajęcia.

Nie będziemy, uśmiecha się Agława. Wszystkiego dobrego, Zinaida Petrowna. Proszę się panem.

Siada za kierownicą, ponieważ Dmitrij nie może prowadzić. Ledwo wspina się na fotel pasażera, jęcząc przy każdym ruchu.

Przez całą drogę milczą. Dmitrij patrzy przez okno, a Aglawa pewnie prowadzi samochód, ciesząc się muzyką.

Jesteś teraz wrogiem numer jeden – w końcu przerywa milczenie Dmitrij, gdy wjeżdżają do miasta.

Wiem – odpowiada spokojnie Aglawa. Ale odpoczęłam. A ty?

A ja milczę, pocierając biodro. Czuję się jak idiota. Agla, masz maść? Tę z jadem węża?

Tak, posmaruję się w domu.

Słuchaj, zwraca się do niej. Miałaś rację. Po co nam te ziemniaki? Benzyna, nerwy, zdrowie. Worek jesienią kosztuje pięćset rubli. Dzisiaj spaliliśmy benzynę za dwa tysiące. Do tego marnuje się marynowane mięso.

Mięso się nie zmarnuje, mruga Agława. Upieczemy je w domu na grillu elektrycznym. A ziemniaki Dmitrijowi mama nie potrzebuje ziemniaków. Ona potrzebuje twojego posłuszeństwa, władzy. Dopóki kopiesz, ona jest dowódcą. Kiedy przestaniesz, będzie po prostu samotną staruszką bez zajęcia.

To okrutne, zauważa on.

Ale prawdziwe, odpowiada ona. Następnym razem, kiedy zadzwoni w sprawie dachu, powiedz, że jesteście zajęci lub że masz alergię na łopaty. Umowa stoi?

Dmitrij wzdycha, ale w tym westchnieniu słychać ulgę.

Umowa stoi. Nie pojadę tam więcej. A oni, uśmiechając się, odjeżdżają wiejską drogą, pozostawiając za sobą jedynie szum wiatru nad polem.