Zmierzch zapadł nad cichym miasteczkiem Jelec, a pociąg, stukając kołami, zabierał Swietłanę w przeszłość, z której tak długo uciekała. Konduktorka rzuciła na nią szybkie spojrzenie – w jej oczach mignął jakby odgłos starej fotografii lub fragment dawnej rozmowy.
– Górna półka? – zapytała, choć bilet już trzymała w ręku, jakby dając szansę, by rozpocząć rozmowę, poczuć się tu i teraz.
– Tak – odpowiedziała Swietłana cicho. – Miejsce dwadzieścia dwa.
Pociąg był prawie pusty, przesycony zapachem stali, taniej herbaty i obcych losów, ciężkich jak listopadowa breja.
Za oknem pejzaż wydawał się zamglony, jak życie, które jest znajome, ale nieprzewidywalne. Pociąg nie jechał tylko po torach, ale i przez lata, zatrzymując się przy wspomnieniach, które zamknęła na klucz.
Na dolnej półce siedziała dziewczyna, może dwudziestoletnia, w jaskrawo różowych słuchawkach. Kurtka skórzana, zużyte trampki, plecak pełen przypinek. Piła gazowany napój, otwierając nową puszkę z szumem, jakby dźwięk ten dodawał jej sił. Od czasu do czasu zerkała to na Swietłanę, to na okno, jakby próbując odczytać jej historię. Ich spojrzenia się spotkały, a ona uśmiechnęła się – lekkim, ciepłym uśmiechem, pozbawionym fałszu.
– Dokąd się wybierasz? – zapytała, a w jej głosie było coś żywego, prawie zuchwałego, ale przyjaznego.
Swietłana drgnęła. Pytanie było proste, ale zawierało taką szczerość, której chciała unikać, ale nie mogła.
Dziewczyna skinęła głową, a jej oczy ociepliły się. Pochyliła się nieznacznie do przodu, jakby chciała podzielić się z Swietłaną tą ciężkością. Potem wyciągnęła puszkę.
– Chcesz? „Buratino”, słodkie, ale pobudza. W podróży zawsze pomaga, zwłaszcza przy takiej nudzie.
Swietłana nieoczekiwanie zaśmiała się – krótko, ale szczerze, po raz pierwszy od miesięcy. Śmiech przerwał ciszę jak promień słońca przez chmury, a na chwilę poczuła się lżej. Wzięła puszkę, napiła się. Napój był zbyt słodki, ale przypomniał jej dzieciństwo – gorące lato, lemoniada z lodówki i głos matki wołający na kolację.
– Dziękuję – powiedziała. – Naprawdę pomaga.
Zamilkły, ale ta cisza była nieciężka, tylko przyjemna, jak stary koc, w który owijasz się w zimny wieczór. Wagon żył swoim rytmem: ktoś oglądał serial bez słuchawek, a urywki dialogów – „wszystko skończone”, „już nie mogę” – mieszały się z stukotem kół. Ktoś pakował torby, ktoś uspokajał dziecko. Pociąg jechał naprzód, ale każdy miał swoją drogę.
Wieczorem Swietłana wyciągnęła ze swojego plecaka starą fotografię. Krawędzie były pożółkłe, róg naderwany. Na zdjęciu była ona, matka i ich kot Barś. Swietłana miała dziewięć lat, a wtedy wydawało się, że szczęście będzie trwać wiecznie. Barś umarł, gdy Swietłana miała czternaście. Płakała, biegała po pokoju, obwiniała się. Matka usiadła obok, położyła rękę na jej ramieniu i milczały. Tego wieczoru Swietłana po raz pierwszy zobaczyła, jak matka płacze – cicho, bez teatralności, po prostu ludzko.
– Była dobrą osobą? – zapytała dziewczyna, przyglądając się zdjęciu.
Swietłana obróciła zdjęcie w palcach, jakby miało przywrócić ten dzień.
– Była… prawdziwa. Czasem twarda, uparta, ostra. Ale zawsze szczera. I to chyba najważniejsze.
– Chciałabym mieć taką mamę – wymamrotała dziewczyna, odwracając wzrok do ściany, jakby mówiła nie do Swietłany, a do siebie, jakby to było wyznanie szeptane.
Pociąg jechał przez ciemność. Swietłana nie spała, patrzyła w sufit, gdzie migotały odblaski ulicznych latarni. Myślała: może nie powinna była wyjeżdżać tak nagle, może powinna była napisać, zadzwonić. Może jeszcze była szansa, by coś naprawić. Ale życie nie zna jednoznacznych odpowiedzi – tylko pytania, które pozostają bez odpowiedzi. Pod miarowy stukot kół zasnęła, po raz pierwszy od długiego czasu nie chowając się przed wspomnieniami.
