W dniu, w którym skończyłem osiemnaście lat, matka wyrzuciła mnie na zimny korytarz. Przez długie lata wędrowałem po niekończących się zaułkach Rosji, aż los zaprowadził mnie z powrotem do tego samego domu, gdzie w starym piecu znalazłem skrytkę, w której przechowywała swoją lodowatą tajemnicę.
Luda Pietrowna zawsze czuła się obca we własnych czterech ścianach. Matka, Natalia Iwanowna, oddawała się starszym córkom, Zoji i Polinie, obdarzając je czułością i ciepłem niczym słońce w czerwcowy wieczór. Ta niesprawiedliwość gryzła jej serce, ale Ludia milczała, starając się zadowolić matkę, mając nadzieję, że choć trochę zbliży się do jej miłości.
Nie waż się nawet marzyć o wspólnym życiu! Mieszkanie dostaną siostry. Dla mnie jesteś jak wilcze szczenię, od samego dzieciństwa. Mieszkaj, gdzie chcesz! rzuciła, wypychając Ludę na zimny próg tego samego osiemnastego dnia.

Luda próbowała zaprotestować, wyjaśnić, że to niesprawiedliwe. Zoya była tylko trzy lata starsza, a Polina pięć. Obie ukończyły uniwersytet, opłacony przez matkę, i nie musiały spieszyć się z usamodzielnieniem. A Luda przez cały czas pozostawała „zbędna”. Nawet starając się być „dobrą”, otrzymywała jedynie powierzchowne uczucie, jeśli można to tak nazwać. Jedynym, który traktował ją z życzliwością, był dziadek Wasilij. Przyjął do domu swoją ciężarną córkę, kiedy jej mąż zniknął bez śladu.
Może mama boi się o siostrę? Mówią, że jestem do niej bardzo podobna, pomyślała Luda, próbując znaleźć wyjaśnienie dla chłodu matki. Kilka razy próbowała szczerze porozmawiać z Natalią, ale każda rozmowa kończyła się kłótnią lub histerią.
Dziadek był dla niej oparciem. Najlepsze wspomnienia Ludi związane są z wioską nad rzeką Oka, gdzie spędzali letnie wakacje: praca w ogrodzie, dojenie krów, pieczenie ciast – wszystko po to, aby opóźnić powrót do domu, gdzie każdego dnia spotykała ją pogarda i wyrzuty.
Dziadku, dlaczego nikt mnie nie kocha? Co jest ze mną nie tak? – często szeptała, powstrzymując łzy.
Bardzo cię kocham – odpowiadał, nie wspominając o matce ani siostrach.
Mała Luda chciała wierzyć w jego słowa, ale w wieku dziesięciu lat dziadek zmarł i od tego czasu rodzina stała się jeszcze bardziej surowa. Siostry znęcały się nad nią, a matka zawsze stawała po ich stronie.
Od tego dnia Luda nie dostała już żadnych nowych rzeczy, tylko „przerobione” sukienki od Zoji i Poliny. Ubierały ją w starą sukienkę i mówiły:

Jaki modny top! Zamiataj podłogę, Ludo, rób, co trzeba!
Jeśli matka kupowała słodycze, siostry zjadały wszystko, zostawiając tylko opakowania:
No, głuptasie, zbieraj opakowania!
Żadna z nich nie została wyrzucona z domu, a Luda dorastała jako „wilcze szczenię”, zawsze prosząc o miłość tych, którzy ją wyśmiewali. Im bardziej się starała, tym bardziej ją odrzucali.
Kiedy matka wyrzuciła ją w dniu urodzin, Luda znalazła pracę jako sanitariuszka w szpitalu w małym miasteczku Kostroma. Praca stała się jej nawykiem i chociaż pensja była skromna, kilka tysięcy rubli, nikt już jej nie potępiał.
Pracodawca zaproponował jej stypendium na naukę chirurgii, ponieważ w prowincji bardzo brakowało specjalistów. Ludia wykazała się talentem, ratując pacjentów, a w wieku dwudziestu siedmiu lat nie miała już bliskich krewnych. Jej życie sprowadzało się do pracy, a samotność nie opuszczała jej, dopóki mieszkała w akademiku, tak jak wcześniej.

Rzadkie odwiedziny matki i sióstr stały się jej nawykiem: w ich mieszkaniu zawsze pachniało tytoniem i plotkami, a Luda siedziała na parapecie i płakała.
Pewnego razu podszedł do niej starszy sanitariusz Grigorij:
Dlaczego płaczesz, piękna?
Co to za „piękna”? Nie ośmielaj się mnie drażnić – odpowiedziała cicho Luda.
Widziała w sobie tylko szarą myszkę, ale przed trzydziestką jej włosy stały się jasnorude, oczy błękitne, a nos zgrabny. Grigorij, zauważając ją, powiedział:
Jesteś naprawdę piękna! Doceniaj siebie, nie spuszczaj głowy. Jesteś przyszłą chirurgiem, twoje życie jest w porządku.
To była ich pierwsza prawdziwa rozmowa. Luda otworzyła się, opowiedziała o swoim bólu.
Zadzwoń do Dmitrija Aleksiejewicza, tego pacjenta, którego uratowałaś. On ma dobre podejście do ludzi, ma wiele kontaktów, podpowiedział Grisha.
Dziękuję, Grzeszku, spróbuję, odpowiedziała.
A jeśli się nie uda, możesz za mnie wyjść. Mam mieszkanie, nie będę cię krzywdził, dodał żartobliwie.

Luda zarumieniła się, rozumiejąc, że on mówi poważnie. Widział w niej nie biedną sierotę, ale kobietę zasługującą na miłość.
Tego samego wieczoru zadzwoniła do Dmitrija Aleksiejewicza:
Tu Ludia, chirurg. Zostawił mi pan numer i powiedział, że mogę się zgłosić, jeśli będzie jakiś problem.
Luda! Cześć! Jak fajnie, że zadzwoniłaś! Spotkajmy się, napijmy się herbaty, pogadajmy, odpowiedział ciepło.
Następnego dnia, będąc na urlopie, Luda przyszła do niego. Otwarcie opowiedziała o swoim życiu i zapytała, czy nie zna kogoś, kto potrzebuje pomocy.
Rozumiesz, Ludo, przyzwyczaiłem się do ciężkiej pracy, ale teraz jest mi ciężko, przyznał. Mogę załatwić ci pracę w prywatnej klinice i zapewnić mieszkanie. Bez ciebie nie dałbym rady.
Przyznał, że jego krewni przychodzą tylko ze względu na mieszkanie.
Po dwóch latach między Ludą i Grigorijem zrodził się romans, a Dmitrij Aleksiejewicz coraz częściej interweniował, radząc jej, żeby nie przywiązywała się do Grziska:

To dobry chłopak, ale słaby, zbyt podatny na wpływy.
Luda już zdecydowała się wyjść za mąż i, ku jej zaskoczeniu, była w ciąży. Stała przy oknie w swoim nowym mieszkaniu, tym samym, które dał jej Dmitrij Aleksiejewicz, i patrzyła na padający śnieg. Położyła dłoń na miękkim, zaokrąglonym brzuchu, w którym poruszało się życie, ciepłe i kapryśne. W drzwi zapukał cicho Grigorij z filiżanką herbaty w dłoniach i niepokojem w oczach.
Nie ma się czego bać, powiedziała, uśmiechając się po raz pierwszy od czasu, odkąd sięgała pamięcią. Zostaję. Nie dla ciebie. Dla niej. Dla siebie.
Po tygodniu wróciła do starego mieszkania, gdzie kiedyś stała na progu w grudniowym wietrze. Matka leżała w łóżku, siwa i chuda, siostry siedziały przy łóżku w milczeniu.
Zabierzcie swoje mieszkanie, powiedziała spokojnie Luda. Nie potrzebuję go.
Odwróciła się i wyszła, nie oglądając się za siebie. W kieszeni płaszcza leżał list od dziadka Wasilija, znaleziony w skrytce, z pożółkłymi wierszami, w których napisał: „Jesteś dobra, kochana. Po prostu nie pasujesz do ich świata. Jesteś stworzona dla kogoś innego”.
Na ulicy padał śnieg. Luda szła przed siebie, powoli, ale pewnie, jak osoba, która w końcu odnalazła swój dom w sobie.
