Trzy poranki w tygodniu
Moja mama była niezwykle dobra i cicho uparta. Żyliśmy skromnie: mama pracowała jako opiekunka w przedszkolu, a tata jako kierowca. Pieniędzy zawsze brakowało, ale słowo „bieda” nie pojawiało się w naszym domu. Mama zastępowała wszystko swoją troską.

Pewnego dnia tata nie wrócił do domu. W trolejbusie źle się poczuł i zemdlał. Ludzie uznali, że jest pijanym kierowcą, więc wraz z konduktorem wysadzili go na końcu trasy pod drzewem. Karetkę wezwano dopiero pod koniec zmiany. Lekarze dziwili się potem, że w ogóle przeżył. Od tamtej pory nie doszedł do siebie, jakby jego serce stąpało ostrożnie, bojąc się potknąć. A mama tylko powtarzała:
Dzięki Bogu, że żyje. To znaczy, że będziemy go chronić.
Zawsze znajdowała takie słowa: „Straciłaś rzecz, to znaczy, że Bóg zabrał rzecz, a nie zdrowie”. Jej proste zdania kładły się na duszy jak świeży obrus na stole.
Kiedy wyjechałam na studia do Moskwy, zaczęło się nasze małe cudowne trzy poranki w tygodniu. Autobus odjeżdżał o szóstej. Mama wstawała przed świtem. W kuchni paliła się lampka, czajnik szumiał, a za oknem panował przenikliwy mróz. Rozkładała na stole swoją cichą matematykę miłości: kasza gryczana do pojemnika, kotlety do emaliowanej miseczki, winegret do słoika, kompot do butelki, kilka pierogów „na przekąskę”, jabłko, sól w papierku „na wszelki wypadek”. Wszystko zawijała w czysty ręcznik, „żeby ciepło nie uciekło”, i wkładała do tej samej niebieskiej torby w kratkę, w której słoiki brzęczały jak dzwoneczki.
Mamo, nie musisz, powiedziałam wieczorem przez telefon. Dam sobie radę sama.
Ja też dam sobie radę, śmiała się. Niech lepiej zmęczą się moje ręce, niż twoje serce tęsknotą za domem.
O szóstej rano autobus westchnął i odjechał, a dwie godziny później zadzwonił dzwonek:
Córeczko, otwórz, jestem przy drzwiach.

I zjadłyśmy śniadanie. Zamknęłam oczy, jak w dzieciństwie. A potem przez cały dzień pojemniki, słoiki, „to na obiad”, „to na wypadek, gdybyś zgłodniała”, „a to zostaw koleżance”. I tak trzy razy w tygodniu. Jeśli nagle nie przyjeżdżała, dąsałam się, jakby ukradła mi kawałek szczęścia.
„Obiecałaś” – mruknęłam do słuchawki.
„Przepraszam, kochanie. Autobus się zepsuł. Przyjadę jutro”.
Szybko wyszłam za mąż. Rodziców nie było na ślubie.
„A co z tatą? Trudno mu jechać” – powiedziała ostrożnie mama.
W takim razie przyjedziemy do was i będziemy świętować – odcięłam i zmieniłam temat. Dopiero po latach zrozumiałam: ona chciała być blisko. Chciała zobaczyć mnie w sukni nie na zdjęciu, ale na żywo.
Tata odszedł pierwszy. Mama jakby zgasła, jak dom bez żarówki. Znajdowałam tylko suche słowa:
Mamo, nie zadręczaj się. On od dawna chorował. To było nieuniknione.
Mama kiwała głową i przyjeżdżała jeszcze częściej, teraz już z małymi słoiczkami puree „dla wnuków”.
Mamo, skąd ta woda? – pytałam.
Z kranu. Najczystsza. Gotuję ją.
Pewnego razu mąż powiedział:
Nie będziemy tego jeść. Kto wie, gdzie ona to kupiła. Dzieciom tym bardziej nie wolno.
Ale to przecież mama.
Tym bardziej. Nie obrażaj jej, po prostu podziękuj i tyle.

Nie powiedziałam „wszystko”. Uśmiechnęłam się, wzięłam torbę, a potem ją wyrzuciłam. Cicho, żeby puszki nie brzęczały. Oddałam puste naczynia i powiedziałam: „Mamo, było bardzo smaczne”, a ona odpowiedziała lekko:
„Dzięki Bogu, że ci smakowało”. Następnym razem spróbuję inaczej, może wyjdzie jeszcze lepiej.
Mama nigdy mnie nie krytykowała. Przyjeżdżała, przywoziła jedzenie, siadała i słuchała. A ja narzekałam: praca jest ciężka, dzieci marudzą, mąż nie pomaga, jestem śmiertelnie zmęczona.
Chciałabym gdzieś wyjechać we dwoje, wzdychałam. Ale nie mam z kim zostawić dzieci.
Mama podniosła na mnie wzrok i cicho powiedziała:
Jak to nie masz z kim? A ja? Mogłabym się nimi zająć.
Wypchnęłam, jakby to był żart:
Mamo, daj spokój! My sami ledwo dajemy radę, a ty? Gdzie ty się wybierasz?
Mama zamilkła. Tylko uśmiechnęła się swoim cichym uśmiechem. I jak zawsze zmieniła temat:
No dobrze, najważniejsze, że jesteście razem. A ja ugotuję wam zupkę, żeby wam było łatwiej.
A potem mama odeszła.
Cisza. Nikt nie przyjechał, nikt nie przywiózł prezentów. Tylko pustka. Płakałam, a w uszach rozbrzmiewał mój własny głos, obcy, okrutny: „Nie dręcz się, to było nieuniknione”. Mąż i dzieci powtarzali:
Po co się tak zamartwiać? Przecież ona przeżyła swoje
A ja nie mogłam znaleźć sobie miejsca.

Przyjechałam do jej mieszkania. W kuchni było czysto jak na sali operacyjnej. Obrus bez jednej plamki. Na stołku leżał złożony ręcznik, „ten sam”. W wiadrze była woda nabrana jej rękami. W pokoju było schludne łóżko, a przy wezgłowiu Biblia z postrzępionymi rogami, okulary, notes, długopis, chusteczka. Dotknęłam chusteczki i poczułam się, jakbym dotknęła jej dłoni.
Usiadłam na łóżku i powiedziałam do pustki, jakby stała przy drzwiach z torbą:
Mamo, wybacz mi. Za to, że nie pozwoliłam ci przyjść na ślub. Za to, że nie doceniałam twojej troski. Za to, że wyrzucałam twoje jedzenie. Za to, że nie wierzyłam, że poradzisz sobie z dziećmi. Za to, że „i tak mamy wystarczająco dużo spotkań”. Wybacz mi wszystko, czego nie zjadłam, nie wysłuchałam, nie dokończyłam.
I nagle wydawało mi się, że z kuchni dochodzi szept czajnika. I głos mamy, tak samo wyraźny jak dawniej:
Córeczko, co ty robisz? Nie płacz. Najważniejsze, że żyjesz. I dzieci żyją. Ja i tak wszystko wiem. Widzę, jak kochasz.
Miłość można nosić w niebieskiej torbie w kratkę. Można ją zawinąć w ręcznik, żeby się nie zgubiła. Można ją przynosić trzy razy w tygodniu o świcie i ani razu nie narzekać. Można ją przyjąć, a można nie zauważyć
Odkąd gotuję kaszę, na stole zawsze leży czyste ręcznik. Stawiam pustą talerz dla mamowych kotletów, których już nie będzie. I szepczę:
Mamusiu, kocham cię. Bardzo. I tak bardzo mi cię brakuje.

Wiem, że tam, gdzie ona teraz jest, jest jej ciepło. A jeśli rano słyszę delikatne pukanie, jakby ktoś ostrożnie pukał do drzwi, nie otwieram. Po prostu nalewam gorącą herbatę do filiżanki, stawiam ją na parapecie i mówię:
Mamo, usiądź, odpocznij. Sama wszystko posprzątam.
Potem zdejmuję z wieszaka niebieską torbę w kratkę, gładką od prania, i przyciskam ją do piersi.
Już, mamo, szepczę. Już przygotuję. Dla ciebie.
