Dzisiaj ponownie przypomniałem sobie ten wieczór z początku lat dziewięćdziesiątych, chociaż wiele rzeczy już zniknęło z mojej pamięci. Ale ten dzień stoi mi przed oczami, jakby to było wczoraj.
W tamtych czasach w Abchazji było ciężko. Wojna pozostawiła po sobie puste sklepy, zrujnowane losy i tysiące ludzi, którzy stracili wszystko. Fabryki były zamykane, apsary traciły na wartości tak szybko, że rano twoja pensja jeszcze coś znaczyła, a wieczorem wystarczała tylko na bochenek chleba kukurydzianego. Ludzie unikali wzajemnych spojrzeń, ponieważ każdy nosił w sobie swój smutek.
Wtedy studiowałem w Suchumie. Dla mojej rodziny to było wielkie wydarzenie, że pierwszy syn dostał się na uniwersytet. Ojciec mówił: „Zostaniesz tym, kim my nie mogliśmy być. Ucz się, bo inaczej całe życie będziesz kopał ziemię, tak jak ja”. Pracował w kołchozie, a mama od rana do nocy tkała i szyła, żeby nasza szóstka dzieci nie marzła zimą. Moja nauka była dla nich nadzieją.

Wynajmowałem mały pokój u gospodyni. Była surową kobietą i nie obchodziło jej, że nie mam pracy, że moi rodzice w wiosce ledwo wiążą koniec z końcem. Nadszedł termin płatności, albo się wyprowadzam. Wiedziałem, że jeśli mnie wyrzucą, to koniec z nauką, koniec z nadzieją.
Tego wieczoru siedziałem w jadalni niedaleko domu. Przed sobą miałem talerz rzadkiej zupy i kawałek kaszy kukurydzianej. To była moja kolacja i prawdopodobnie śniadanie na następny dzień. Jadłem powoli, jakby chciałem przeciągnąć ten czas. Nagle obok mnie zatrzymał się chudy mężczyzna w znoszonym płaszczu, z zmęczonymi oczami.
Daj mi kawałek chleba, synu, poprosił.
Przesunąłem się, zapraszając go, żeby usiadł. Jadł łapczywie, drżąc z głodu. Potem podniósł wzrok:
A ty… dlaczego jesteś taki smutny?
Opowiedziałem mu. Nie wszystko, tylko to, co najważniejsze. O gospodyni, o długu, o tym, że prawdopodobnie będę musiał wyjechać. Ale mówiłem spokojnie, bez narzekań.

On też zaczął mówić. Okazało się, że był nauczycielem. Szanowaną osobą. Wychował niejedno pokolenie. Ale w chaosie po wojnie oszukano go z dokumentami, przeprowadzono machinację, pozbawiono domu. Wszystko, co gromadził przez lata, zniknęło w ciągu kilku dni. Został na ulicy, bez dokumentów, bez dachu nad głową.
Siedzieliśmy obok siebie, jakbyśmy byli dwoma obcymi, ale równie zagubionymi ludźmi. Powiedział:
Widzisz, synu… ja też myślałem, że życie jest pewne. A okazało się, że wszystko można stracić w jeden dzień. Ale wiesz, co jest najstraszniejsze? Nie zimno i nie głód. Najstraszniejsze jest to, kiedy prosisz o pomoc, a wszyscy odwracają się plecami.
Zapamiętałem te słowa.
Kilka dni później znów mnie znalazł. W rękach trzymał woreczek.
Weź. To dla ciebie. Zebraliśmy to. Jest wielu takich jak ja. Każdy dał po trochu. Łatwiej nam głodować, niż patrzeć, jak tracisz przyszłość.
Ale skąd?
Ktoś nam pomógł, a my postanowiliśmy pomóc tobie. Na świecie nie brakuje dobrych ludzi…

Rozwinąłem paczkę, a w środku były pieniądze. Pomięte, różne, ale wystarczyło, żeby zapłacić i zostać na studiach.
Płakałem. Nie tylko z powodu pomocy, ale dlatego, że przyszła ona od tych, którzy sami nie mieli nic. Stracili wszystko, ale nie stracili zdolności pomagania innym.
Teraz, patrząc wstecz, myślę: może Bóg wtedy sprawdzał nas obu. Czy będę w stanie podzielić się ostatnim kawałkiem chleba. Czy on, tracąc wszystko, będzie w stanie pozostać człowiekiem.
A jeśli kiedykolwiek spotkacie spojrzenie, w którym będzie prośba o chleb, nie przechodźcie obojętnie. Być może właśnie w tej chwili decyduje się czyjeś przeznaczenie, a także wasze.
