To nie ja zdecydowałam!

Zabrzmiał dzwonek przy drzwiach wejściowych i Zlata, wzdrygając się, oderwała wzrok od starych albumów. Nie spodziewała się gości.

Kto tam? – zawołała, podchodząc do drzwi.
Otwórz, córeczko, to ja! – rozległ się dźwięczny głos matki, jakby była o dwadzieścia lat młodsza od siebie.

Zlata zatrzasnęła zamek i wpuściła Annę Pietrowną. Ta, jak zwykle, wyglądała nienagannie: ciemnoniebieski płaszcz, biały szalik, schludna fryzura. Na jej twarzy nie było ani jednej zmarszczki, mimo że miała sześćdziesiąt pięć lat.

– Mamo, co się stało? Widziałyśmy się przecież zaledwie trzy dni temu – Zlata przeczesała dłonią niesforne kosmyki włosów.
– A co, musi się wydarzyć jakaś tragedia, żeby odwiedzić własną córkę? – Anna Pietrowna weszła do pokoju, rozglądając się z domową swobodą. – Przeglądasz zdjęcia? Co to za pudła? Czyżbyś zamierzała się przeprowadzać?

Zlata westchnęła. Planowała powiedzieć mamie o przeprowadzce nieco później, kiedy wszystko zostanie ostatecznie ustalone.

Tak, zaproponowano mi przeniesienie do Nowosybirska z awansem – powiedziała, próbując ukryć wzruszenie.

– Do Nowosybirska? – zmarszczyła brwi matka. – A co ze mną? A co z Konstantinem i dziećmi? Wiesz przecież, że Milana i Paweł nie poradzą sobie bez ciebie. Kto będzie ich odbierał ze szkoły, kiedy Konstantin będzie w pracy?

Zlata zacisnęła usta. Matka martwiła się nie o córkę, ale o starszego syna.

– Konstantin sobie poradzi, ma żonę, a jeśli będzie trzeba, zatrudni nianię, dobrze zarabia – powiedziała Zlata, udając, że szuka czegoś w pudełku ze zdjęciami.

Zlatka, co ty wygadujesz! – Anna Pietrowna machnęła rękami. – Jaka niania zastąpi własną ciocię? Dzieci cię uwielbiają. I dokąd ty sama pojedziesz? Nie masz już dwudziestu lat, żeby skakać z miejsca na miejsce.

Mam trzydzieści siedem lat, a nie dziewięćdziesiąt – głos Zlaty stał się ostrzejszy. I jadę. Decyzja podjęta.

Anna Pietrowna opadła na fotel, zakrywając twarz dłońmi.

Za co mnie spotyka taka kara? Ojciec nie dożył, a ty mnie porzucasz.

Zlata zamknęła oczy i cicho policzyła do dziesięciu, tak jak robiła to od dzieciństwa, aby się uspokoić.

Mamo, zaparzę herbatę, a potem spokojnie wszystko omówimy – zaproponowała, próbując rozładować napięcie.

„Jaka herbata!” – oburzyła się matka. „Serce mi w gardle, a ty proponujesz herbatę? Czy pomyślałaś, jak to wpłynie na Konstantina? On i tak poświęca się całkowicie rodzinie.

A czy ktoś myśli o mnie?” – zapytała cicho Zlata, ale matka była pochłonięta płaczem.

A co powiem Marinie? Po szkole od razu pobiegnie do ciebie! A Paweł? Bez ciebie nie chce odrobić ani jednej lekcji!

Zlata uśmiechnęła się smutno. Kiedyś marzyła o własnych dzieciach, ale wszystko potoczyło się inaczej: mąż, z którym spędziła prawie dziesięć lat, odszedł do innej. Minęły trzy lata, ale nie nawiązała nowych relacji – cały swój wolny czas poświęcała rodzinie brata. Milana i Paweł naprawdę kochali ciocię, a ona odwzajemniała tę miłość, ale czasami wydawało się, że żyje cudzym życiem.

„Zróbmy tak” – Zlata próbowała znaleźć kompromis. „Będę przyjeżdżać na każde święta i spędzać tu wszystkie wakacje”.

Święta! – prychnęła matka. Kto będzie odbierał dzieci w środy, kiedy Nastia będzie na siłowni? Kto będzie się nimi opiekował, kiedy Konstantin z żoną pójdą do teatru?

Przypomniała sobie niedawną sytuację: Zlata wzięła wolne w pracy, żeby posiedzieć z siostrzeńcami, kiedy Konstantin i Nastia świętowali rocznicę ślubu. Wieczorem zadzwoniła matka.

Svetik, wszystko w porządku? Konstantin powiedział, że mogą się zatrzymać. – zapytała matka.
Wszystko dobrze, dzieci śpią – odpowiedziała Zlata. A gdzie one są?
Nastia pojechała do domu, a Konstantin wpadł do przyjaciół. Rzadko ma okazję odpocząć, niech się trochę rozerwie – powiedział głos w słuchawce.

Ta rozmowa pozostawiła niesmak. Zlata zrezygnowała z życia osobistego, aby brat mógł się „rozerwać”, a jego żona odpocząć od dzieci.

– Mamo – przerwała strumień łez – wyjeżdżam za dwa tygodnie. I nie ma o czym dyskutować.

Anna Pietrowna zacisnęła usta, wstała i kierując się w stronę wyjścia, rzuciła:

– Zadzwoń sama do Konstantina i powiedz, że porzucasz jego i dzieci.
– Nikogo nie porzucam! – krzyknęła Zlata. – Po prostu chcę żyć własnym życiem!
– W twoim wieku jest już za późno, żeby coś zaczynać – odparła matka. – Ale jeśli przedkładasz karierę nad rodzinę, to proszę bardzo. Tylko potem nie narzekaj, że zostałaś sama.

Drzwi zatrzasnęły się. Zlata upadła na podłogę wśród pudeł i zapłakała tak, jak dawno nie płakała.

W biurze dużej firmy budowlanej przywitał ją kierownik działu kadr – szczupły mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu.

To imponujące, Zlato Iliniczno. Potrzebujemy takich specjalistów. Kiedy będzie Pani mogła zacząć pracę? – zapytał.
Za miesiąc – odpowiedziała. Muszę załatwić sprawy w poprzednim miejscu i zadomowić się tutaj.
To rozsądne. Znalazła Pani już mieszkanie? – dopytał.
Na razie wynajęłam mieszkanie, a potem pomyślę o zakupie – skinęła głową.
Witamy w zespole! – wyciągnął rękę.

Wychodząc na ulicę, Zlata głęboko wdychała mroźne powietrze. Nowosybirsk przywitał ją śniegiem i orzeźwiającym chłodem. Po błotnistym listopadzie w rodzinnym mieście taka pogoda wydawała się darem. Na sercu zrobiło się lżej, choć rozstanie z rodziną było trudne.

Kostantyn, dowiedziawszy się o jej wyjeździe, wpadł w histerię.

Nie możesz tak z nami postępować! – krzyczał, chodząc po kuchni. Jesteśmy przecież rodziną! Mama nie jest już młoda, dzieci przyzwyczaiły się do ciebie! Jesteś egoistką!

Zlata słuchała w milczeniu, wspominając, jak kiedyś podziwiała swojego brata-obrońcę. On zawsze był dumą mamy, a ona pozostawała w cieniu. I nagle zdała sobie sprawę, że przez trzydzieści siedem lat ani razu nie słyszała, żeby brat zapytał, czego ona sama pragnie.

– Konstantynowie – powiedziała cicho – czy choć raz zastanawiałeś się, czego ja chcę?
Zamarł, nie rozumiejąc. – Wyjeżdżam nie dlatego, że przestałam was kochać – kontynuowała, patrząc w jego zdezorientowane oczy. – Wyjeżdżam, żeby w końcu zacząć żyć. A wy sobie poradzicie. Wszyscy jesteście silni. Po prostu nie mogę już dłużej być tą, na której wszystko się opiera.

Spuścił wzrok, zacisnął pięści, ale nic nie odpowiedział.

Tydzień później stała na peronie, trzymając w dłoni bilet do miejsca, gdzie nikt nie znał jej jako „cioci Złaty”, „córki Anny Pietrownej” ani „siostry Konstantyna”. Tam była po prostu Zlatą. Swojego życia. Swojego wyboru.

Mróz muskał jej policzki, wiatr rozwiewał włosy, a ona po raz pierwszy od dawna poczuła, że oddycha swobodnie.