Alena Petrovna, proszę sprawdzić, kto jest w korytarzu. Nie? W takim razie proszę włączyć czajnik i udać się do recepcji po listę wezwań, prosi Lidia, gdy ostatni pacjent opuszcza gabinet.
Lidia już zaznaczyła wizytę w karcie, wypiła filiżankę herbaty z ciastkiem, a pielęgniarka jeszcze nie wróciła. Kiedy zamierza zadzwonić do recepcji, pojawia się Złata, młoda kobieta o czarnych, błyszczących oczach i ciemnych włosach opadających do pasa.

Alena Petrowna, w recepcji dzisiaj prawdziwa burza! Jedna pani zrobiła awanturę, opowiada podekscytowana Złata. Spóźniła się na wizytę i zażądała, żeby ją natychmiast przyjęto. Krzyczała, obrażała wszystkich, po prostu koszmar.
I co? Ty też musiałaś coś zrobić? pyta spokojnie Aliona Pietrowna. Kogoś przyjęto?
Nie, oczywiście. Spóźniła się pół godziny, a doktor Kniaziev już wyszedł na wizyty. Alla Filippovna przeniosła jej wizytę na jutro, mówi pielęgniarka z wyrazem winy na twarzy.
A dlaczego do nas? Przecież miała wizytę u Kniazieva, prawda? I dlaczego wyszedł tak wcześnie? pyta niezadowolona Alena Petrovna.
Doktor Kniaziev od jutra jest na urlopie – odpowiada nieco urażona Złata. Ostrzegłam ją, że jeśli jeszcze raz się spóźni, nie przyjmiemy jej.
Rozumiem. Ile jest dzisiaj wizyt?
Jak zwykle, wzdychając, Złata kładzie przed Aleną listę pacjentów z adresami.

Alena zaczyna czytać, wpisywać numery porządkowe, układać trasę, aby zaoszczędzić czas na drodze.
Nie pracowałabym ani jednego dnia po przejściu na emeryturę. Następnego dnia zrezygnowałabym z pracy – mówi z marzeniami w głosie Złata. Wtedy w końcu mogłabym się wyspać.
Masz dwóch synów. Kiedy przejdziesz na emeryturę, będą już dorośli, ożenią się i dadzą ci wnuki. Nie będzie już czasu na spanie, zauważa Alena. A mąż wkrótce też przejdzie na emeryturę i będziecie siedzieć w domu jak dwie gorzkie rzodkiewki. Ciekawe, które z was pierwsze rzuci wszystko i wróci do pracy? uśmiecha się.
Ma pani rację, Alena Petrowna, wzdycha Złata. Za trzy dni jedziemy na wakacje, a pod koniec już będziemy mieli siebie dość, więc czekamy na powrót do pracy. Uważam, że należy odpoczywać osobno. Co o tym sądzisz?
Więc po co jedziecie razem na wakacje? Co przeszkadza każdemu odpoczywać samemu? pyta Alena.
A co z chłopcami? Nie dam sobie rady sama z nimi, wyjaśnia Złata. Nie można zostawić męża samego.
No dobrze, muszę już iść, mówi Alena, wstając, podchodzi do szafy i zaczyna się ubierać. Specjalnie kupuje luźną odzież wierzchnią, aby założyć ją bezpośrednio na szlafrok.

Po sprawdzeniu, czy zabrała wszystko, wychodzi z gabinetu. Na ulicy robi się już ciemno. Alena energicznie idzie pod pierwszy adres, wciąż rozmyślając nad słowami Złoty. W młodości też nie rozumiała, po co emeryci podejmują dodatkową pracę, a kiedy odchodzą z głównej pracy, zaczynają chodzić do przychodni i sklepów, jakby to była praca. W przyszłym roku ona również zostanie emerytką, ale nie pozwala sobie myśleć o rzuceniu pracy. Jest jeszcze pełna sił i nie chce siedzieć sama w domu. Tacy niewdzięczni pacjenci, jak ta pani w rejestracji, spotykają się rzadziej niż wdzięczni. Przez lata pracy Aliona Pietrowna nawiązała z wieloma z nich przyjacielskie relacje. Jak sobie poradzą bez niej? Co robić w domu? Kręcić się po pokojach lub chodzić po sklepach?
Alena często rozmyśla, gdy jedzie na wezwania, a czas mija szybciej. W szkole marzyła o zostaniu chirurgiem.
Podjeżdżając pod budynek, wchodzi po wąskich schodach na trzecie piętro. Często odwiedza Borisa Sergeevicha Skryabina, samotnego, inteligentnego starszego pana. Ma on cały bukiet chorób przewlekłych.
Otworzył drzwi, nie czekając, aż Alena się rozbierze, i wpuścił ją do pokoju. Często bywała w tym mieszkaniu, wie, gdzie co się znajduje. Od razu kieruje się do łazienki, aby umyć ręce.

Co się stało, Borys Siergiejewicz? – pyta, wchodząc.
Nie gniewaj się, córko, zaczyna z wyrzutem sumienia, chociaż Alena nie jest już młodą absolwentką instytutu medycznego. Wszystko w porządku, po prostu skończyły się tabletki, a ja nie przygotowałem się. Proszę wypisać receptę. Bolą mnie nogi, a do przychodni nie mam siły iść.
Nie martw się. Skoro już tu jesteś, zmierzymy ci ciśnienie – mówi, wyjmując ciśnieniomierz. Jest trochę za wysokie – zauważa Alena po chwili.
Nie piłem przez trzy dni, skończyły mi się tabletki – przyznaje starszy pan.
Zaraz wypiszę receptę. Dzieci nie chcą pana przyjąć? Trudno jest samotnie w takim wieku.
Zapraszają, ale ja nie chcę. Po co im przeszkadzać? – odpowiada.
Oto recepta, zapisałam swój prywatny numer. Nie zgub go, zadzwoń, jeśli będzie potrzebny. Zgadzasz się?

Dziękuję, córko. Herbatę? – pyta pośpiesznie Skryabin.
Następnym razem koniecznie wypijemy herbatę razem, Borys Siergiejewicz. A teraz muszę już iść – Alena wstaje i kieruje się do przedpokoju. Kiedy już się ubrała, starszy pan wychodzi.
Szkoda jej takich samotnych starszych ludzi. Jej też jest ciężko samotnie, a o nich Alena wzdycha. Coś dzisiaj dużo wzdycham, przekroczyłam limit wdechów, myśli, schodząc po schodach.
Następny na liście jest Igor Nikolaevich Golikov, 28 lat.
Co się z nim stało? zastanawia się. Nigdy wcześniej nie była u niego na wezwaniu. Zazwyczaj zapamiętuje swoich pacjentów, a adresy pamięta dokładnie. Znowu nieobecny?
Młody człowiek zadzwonił, skarżąc się na wysoką temperaturę, ból gardła i osłabienie, ale wyglądał na całkowicie zdrowego. Na stoliku przy kanapie stał termometr wskazujący wysoką temperaturę. Alena poprosiła o ponowne zmierzenie temperatury, lekko potrząsnęła urządzeniem i wynik był w normie. Pacjent powiedział, że wziął leki i nie chce czekać cały dzień, aż przyjedzie lekarz. Następnie próbował przekonać ją, aby wystawiła zwolnienie lekarskie bez badania, oferując nawet pieniądze. Okazało się, że przyjechała do niego dziewczyna z innego miasta i nie chciał się z nią rozstać, więc udawał chorego. Kiedy Alena odmówiła wystawienia zwolnienia, zaczął ją obrażać, a ona szybko wyszła.

Tacy „pacjenci” zapadają w pamięć na długo. Na ulicy zrobiło się już zupełnie ciemno, a w świetle latarni zawisły lekkie obłoczki mroźnego oddechu. Alena wsunęła ręce głębiej w kieszenie płaszcza, przyciskając torbę z narzędziami. Kolejne wezwanie dotyczyło starego pięciopiętrowego budynku na obrzeżach miasta. Wiatr uginał nagie gałęzie topoli, a gdzieś w oddali szczekał pies. Zatrzymała się, nasłuchując: w ciszy wyraźnie biło serce miasta, odległe kroki, buczenie transformatora, wycie wiatru w przewodach. A w jej piersi, cicho i równomiernie, biło jej własne serce, żywe, uparte, jak samo życie.
