Śnieg leżał grubo, zima była ostra, a pokryty lodem szczyt góry był otoczony grubą, białą szronem.

Kiedy Amra wyszła z budynku rządowego, pocierając skronie, powietrze w Suchumi było nasycone zapachem morskiej soli i dojrzałych persymon. Kolejny dzień niekończącej się papierkowej roboty związanej z sporami o ziemię – czy minister naprawdę potrzebował tych dokumentów przed zachodem słońca? Tęskniła za ciszą swojej ulubionej nadmorskiej kawiarni, gdzie szum cykad mieszał się z brzękiem filiżanek. Być może talerz achmy i mocna abchazka kawa ukoją jej roztrzęsione nerwy.

Kawiarnia była prawie pusta, gdy weszła, z wyjątkiem kilku starszych mężczyzn grających w backgammona w kącie. Gdy podeszła do swojego zwykłego stolika w cieniu splątanych winorośli, zaparło jej dech w piersiach. Przy oknie z widokiem na turkusową zatokę siedział jej mąż, Aslan. A obok niego kobieta o włosach jak przędzone złoto, z palcami obciążonymi pierścieniami, które odbijały światło jak odłamki lodu.

Krew Amry zamieniła się w wodę rzeki w jej żyłach. Nieznajoma roześmiała się, potrząsając głową jak klacz wiosną, a jej usta były pomalowane na kolor granatu. Aslan pochylił się blisko niej, szepcząc coś, co sprawiło, że przycisnęła dłoń do jego przedramienia, a jej paznokcie były ostre jak ciernie głogu.

„Ach, tak to wygląda?” Amra niemal rozłupała framugę drzwi swoim uściskiem. Przez chwilę chciała rzucić się na nich, przewrócić ich stół jak gniewny dżin ze starych opowieści. Ale to byłoby zbyt proste, zbyt szybkie. Zamiast tego wślizgnęła się w cień, a plan wirował w jej głowie jak dym.

Wybrała stolik częściowo zasłonięty przez poskręcaną figę, z którego mogła wszystko obserwować. Kiedy podszedł kelner, zamówiła achmę i kawę, ale nie tknęła ich. Palce drżały jej, gdy wybierała numer Aslana. Jego telefon zawibrował na stole. Spojrzał na niego, a następnie wyciszył go jednym ruchem kciuka. Amras skrzywiła usta. Więc wilk udaje, że nie słyszy gwizdów myśliwych?

Zapamiętała każdy szczegół: sposób, w jaki diamentowe kolczyki blondynki kołysały się, gdy się śmiała, jak ramiona Aslana napięły się, gdy kobieta szepnęła mu coś do ucha. Przemknęło wspomnienie – dzień ich ślubu w Lykhny, jego ciepłe dłonie otaczające jej ręce, gdy składali przysięgę starym bogom. Czy to wszystko było tylko złudzeniem optycznym?

Wtedy cień padł na jej stół. Obok niej zatrzymał się mężczyzna w płaszczu, z oczami jak przydymione szkło i krótko przystrzyżoną brodą. Pachniał żywicą sosnową i wysokogórskimi przełęczami.

„Wyglądasz jak kobieta z burzą w sercu” – powiedział cicho.

Amra przechyliła głowę. „A ty wyglądasz na mężczyznę, który wie, jak wzbudzić wiatry. Usiądź. Potrzebuję przedstawienia godnego wąwozu Bzyb”.

Wysłuchał jej, po czym uśmiechnął się, ukazując białe zęby na tle ciemnej brody. „Zróbmy twojemu mężowi przedstawienie, które będzie dla niego złowieszczym znakiem”.

Aslan zauważył ich jako pierwszy, gdy Amra pochyliła się, a jej śmiech był ostry jak sztylet. Jego twarz pociemniała. Blondynka coś powiedziała, ale on tylko przyspieszył stukanie palcami, a jego wzrok skierował się na miejsce, gdzie palce Amry splatały się z palcami nieznajomego.

„Czas stanąć na ostrzu noża” – mruknął mężczyzna. Stali ramię w ramię, kierując się w stronę wyjścia. Kiedy mijali stolik Aslana, Amra przemówiła słodkim głosem. *„Ach, mój ukochany! Jak miło cię tu spotkać. A kim jest twój… *gość?”

Krzesło Aslana zaskrzypiało. „Amra, co to ma znaczyć?”

„To?” Wskazała gestem mężczyznę obok siebie. „To tylko przyjaciel. Chyba że wolisz, żebym nazwała go tak, jak ty nazywasz ?”.

Kiedy blondynka wstała, powietrze wypełniło się zapachem jej perfum. „Nie powiedziałeś mi, że jesteś żonaty” – syknęła, chwytając torebkę. Aslan wyciągnął rękę, ale ona już zniknęła, a jej obcasy stuknęły jak odchodzący duch.

„Ta kobieta miała klucze do połowy szlaku handlowego Adler!” – warknął Aslan. „Masz pojęcie, co zrobiłeś?”

Amra uniosła brew. „To samo, co ty, kiedy zapomniałeś ślubnych przysięg między jej kieliszkami do wina?”

Nieznajomy zakaszlał. „Myślę, że moja rola tutaj dobiegła końca”. Zniknął jak mgła.

Aslan rzucił garść apsarów na stół. „Porozmawiamy w domu”.

Kiedy Amra otworzyła drzwi wychodzące na morze, Aslan siedział już na divanie, a jego twarz była wyryta smutkiem. „Powiedz mi szczerze” – powiedział ochrypłym głosem. „Czy ten mężczyzna był prawdziwy?”.

Usiadła obok niego. „Nie bardziej prawdziwy niż twój partner biznesowy”.

Wypuścił powietrze i przeczesał dłonią włosy. „Byłem głupcem. Ta kobieta… Jej rodzina kontroluje szlaki żeglugowe. Myślałem, że pochlebstwa osłabią jej kontrolę, ale…” Chwycił dłonie Amry. „Wybacz mi. Powinienem był ci powiedzieć”.

Gniew opuścił jej kości. Oparła głowę na jego ramieniu, czując zapach tak znajomy jak stare drzewo oliwne w ich ogrodzie. „Przysięgnij na groby naszych przodków” – wyszeptała.

„Na trzysta świątyń Abchazji” – zamruczał jej do ucha. „Nigdy więcej”.

Na zewnątrz fale szeptały o brzeg, niosąc ze sobą kłamstwa dnia jak dryfujące drewno.