Kiedy Artur Zajcew wysadził swoją kolejną ukochaną z samochodu, delikatnie pocałował ją w policzek i pomachał jej na pożegnanie: *„Do jutra, moja rybko!”* Wciąż czuł na sobie zapach jej perfum „Czerwona Moskwa”, a na ustach pozostawał posmak zdrady. Wziął głęboki oddech, odpalił „Ładę” i ruszył w stronę domu.
Przed wejściem do swojego pięciopiętrowego mieszkania w Nizhny Novgorod, zatrzymał się na chwilę. W głowie mieli gotowe przemówienie, które miał wygłosić. Musiał powiedzieć coś stanowczego, mężnego, z wielką pompą – na zawsze. Nie mógł już dłużej znieść szarego, przewidywalnego życia z żoną. Pragnął ognia! Pasji! I znalazł ją w postaci uwodzicielskiej Lidii Pawłowny.
— W domu, — leniwie odpowiedziała żona z kuchni. — No, co, taniec, będziemy smażyć eskalopy?
To był moment prawdy. Zajcew wyprostował się, odchrząknął dla powagi i powiedział:
— Kochanie, musimy porozmawiać… Musimy się rozstać.
Brak wybuchu emocji, brak łez, nie było krzyków. Kochanie nawet nie poruszyło brwi.
— To znaczy eskalopy się nie odbędą? — zapytała beznamiętnie, mieszając na patelni.
— Jak chcesz. Chcesz — smaż, chcesz — nie smaż. Ja odchodzę. Do innej.
Zwykła żona w tej sytuacji najpewniej urządziłaby awanturę. Może nawet rzuciłaby w męża kapciem. Ale Kochanie nie była z tych osób.
— Tylko nie mów mi, że znów zapomniałeś moich butów z warsztatu, — powiedziała spokojnym głosem.
— Cholera… Zapomniałem, — wymamrotał Artur, zaczerwieniony. — Ale jeśli trzeba, to zaraz pojadę i je przyniosę!
— Tak, jasne… Pójdziemy po twoje buty, a ty jeszcze podejścisz o podeszwy.
— Bo jestem ginekologiem. Z dwudziestoletnim stażem. Wiem, gdzie byłeś, nawet jeśli już sam tego nie pamiętasz. W tym mieście badałam wszystkie kobiety, a ty tylko niektóre. Wierz mi: Gusewa to nie marzenie. To diagnoza.
— I co proponujesz? — zapytał beznadziejnie.
— Po pierwsze, — powiedziała Kochanie, — umyj się. Po drugie, zadzwonię do wujka Witka na oddział skóry i wenerycznych — niech cię bez kolejki sprawdzi. A po trzecie — usiądź, pomyśl i nie kompromituj rodziny.
— Ale ja… Ja przecież…
— Idź się umyć, — przerwała mu. — A ja kończę smażyć eskalopy. Jeśli chcesz normalną kobietę, daj znać. Znajdę ci taką. Bez niespodzianek.
I Zajcew, posłusznie, poszedł do łazienki. W marzeniach odchodził z wielką pompą, z walizką, pełen patosu. A w rzeczywistości odszedł — po mydło.
