Przy grobie bogata kobieta usłyszała pytanie od bezdomnego: „Ty też znałaś moją mamę?”. Upadła nieprzytomna.

Dla większości cmentarz jest miejscem żałoby, pożegnania, końca. Dla Alchasa stał się domem. Nie w dosłownym sensie: nie miał dachu nad głową, chyba że stara krypta, do której schodził tylko podczas najsurowszych mrozów. Ale duszą czuł się tu jak w domu.

Ciszę przerywały tylko głosy ptaków i rzadkie lamenty żałobników. Tutaj nikt nie patrzył na niego z góry, nie prześladował go, nie wskazywał palcem na jego znoszone ubranie. Zmarłym było to obojętne, a w tym tkwiła dziwna, uspokajająca sprawiedliwość.

Alchas obudził się z zimna na kartonie, który służył mu za łóżko, osiadła rosa. Mgła wisiała nad grobami, jakby chroniąc je przed światem. Usiadł, przetarł oczy i rozejrzał się po swoim królestwie krzyży, kamiennych płyt porośniętych mchem.

Jego poranek zaczynał się nie od herbaty, ale od obchodu. Trzeba było sprawdzić, czy wieńce nie zostały naruszone, czy kwiaty nie są porozrzucane. Jego jedynym przyjacielem był stary strażnik Batal, siwy, zrzędliwy, ale o dobrych oczach.

Znowu tu, jak kamień? rozległ się ochrypły głos z budki strażnika. Wejdź, jest gorący herbata.

Zaraz, Batal – odpowiedział Alchas, nie odrywając się od swojej pracy.

Skierował się do skromnego grobu w odległym kącie. Prosta płyta z napisem: „Amra Akhba. 1965-2010”. Bez zdjęć, bez słów. Ale dla Alchasa było to święte miejsce. Tutaj spoczywała jego matka.

Prawie nie pamiętał jej twarzy ani głosu. Jego pamięć zaczynała się od sierocińca, od państwowych murów. Odeszła wcześnie. Ale przy jej grobie czuł ciepło, jakby ktoś niewidzialny był obok. Jakby nadal się nim opiekowała. Mama. Amra.

Wyrywał chwasty, wycierał kamień, poprawiał bukiet polnych kwiatów. Rozmawiał z nią o pogodzie, o krukach, o tym, że Batal dał mu chleb. Narzekał, dziękował, prosił o ochronę. Wierzył, że ona go słyszy. Dla świata był nikim. Ale tutaj był synem.

Dzień mijał jak zwykle. Alchas pomógł Batalowi pomalować ogrodzenie, dostał miskę gorącej zupy i wrócił do grobu. Siedział, opowiadał o tym, jak słońce przebiło się przez mgłę, gdy nagle usłyszał odgłos silnika.

Do bramy podjechał czarny samochód. Wysiadła z niego kobieta. Aksamitne płaszcze, nienaganna fryzura, twarz pełna godności nawet w żałobie. W rękach ogromny bukiet białych lilii.

Alhas skulił się, ale ona szła prosto do niego. Prosto do grobu jego matki.

Serce mu się ścisnęło. Uklękła, nie zwracając uwagi na brud na drogich ubraniach. Bezgłośne łzy spływały po jej policzkach.

Przepraszam – powiedział cicho Alchas. Pani do niej?

Podniosła na niego wzrok, mokre, wstrząśnięte oczy.

Tak.

Ty też znałeś moją mamę? – zapytał z dziecięcą szczerością.

Zamarła, spojrzała na jego podarte ubranie, wychudzoną twarz. Potem ponownie spojrzała na napis: „Amra Akhba”.

W jej oczach pojawiło się zrozumienie. Gwałtownie wciągnęła powietrze, zbladła i zaczęła upadać. Alchas zdążył ją złapać.

Batal! Batal, pomóż!

Starzec podbiegł i od razu wszystko zrozumiał.

Zabierz ją do budki!

Razem położyli ją na starej kanapie. Batal przyłożył jej do nosa amoniak. Jęknęła i otworzyła oczy. Spojrzała na Alchasa.

Długo patrzyła, jakby szukała w jego rysach czegoś znajomego. Potem wyciągnęła rękę i wyszeptała:

Jak długo cię szukałam

Wymienili spojrzenia z Batalem. Kobieta podniosła się i wzięła szklankę wody.

Nazywam się Nazywam się Asida, powiedziała, a trzydzieści lat temu twoja prawdziwa matka, ja, została oszukana przez kobietę, która tu leży.