Przez trzy soboty z rzędu żona wychodziła „do pracy”. To, czego się dowiedziałem, wstrząsnęło mną do głębi duszy.

Wpis do dziennika

Przez trzy soboty z rzędu żona wychodziła „do pracy”. To, co zobaczyłem, wywróciło wszystko do góry nogami.

Znowu się spóźnisz? Staram się mówić spokojnie, ale głos zdradza moje emocje.

Olga zamiera z torbą w ręku. Odwraca się powoli, jakby chciała zyskać na czasie.

Tak, projekt się pali. Szef wariuje, wszyscy panikują.

W sobotę? Trzeci tydzień z rzędu?

Sierż, co z tobą, zachowujesz się jak dziecko. Praca to praca.

Całuje mnie szybko w policzek, formalnie, jak sąsiadkę. Pachnie nie jej perfumami. Czymś dziecięcym, waniliowym. Krzywię się.

Olga, może porozmawiamy?

Wieczorem. Wszystko wieczorem, dobrze?

Drzwi się zamykają. Stoję w przedpokoju, zaciskając pięści. Trzecia sobota. Trzecia przeklęta sobota, kiedy żona wychodzi rano i wraca obca, milcząca.

Mam dość. Chwytam kluczyki do samochodu.

Olga wychodzi z klatki, ogląda się za siebie. Schylam się w salonie, stoję za gazelą. Siada do taksówki. Odpalam silnik.

Jedziemy długo. Nie do biura, to jasne od razu. Do jakiegoś sypialni na obrzeżach. Serce wali jak szalone. Zaraz zobaczę. Zaraz wszystko stanie na swoim miejscu.

Olga wysiada przy obskurnym pięciopiętrowym budynku. Parkuję z boku i idę za nią. Wchodzi do klatki. Czekam, liczę piętra. Trzecie. Okno po lewej stronie.

Pół godziny nic. Potem pojawia się znowu. Ale nie sama.

Z wózkiem.

Prawie upadam. Wózek? Dziecko? Nie mamy dzieci, tylko planowaliśmy, zanim zaczęły się te soboty.

Dziecko płacze. Olga kołysze wózek, coś mamrocze. Wygląda na zdezorientowaną. Z klatki wychodzi dziewczyna, młodsza siostra Olgi, Katia. Ta sama kapryśna Katia, która w wieku dwudziestu pięciu lat była już dwukrotnie mężatką i tyle samo razy rozwiodła się.

Ol, dzięki! Szybko, na dwie godziny!

Katia, mówiłaś, że na godzinę!

No proszę! Naprawdę muszę!

Katia ucieka, zostawiając siostrę z płaczącym dzieckiem. Olga bezradnie pcha wózek.

Odchodzę za róg, opieram się o ścianę. Więc to nie kochanek. Więc to bratanek. Ale dlaczego w tajemnicy? Dlaczego kłamstwo?

Wracam do samochodu, pędzę do domu. Muszę zdążyć przed żoną. Muszę pomyśleć.

W domu biegam po pokojach. Mógłbym po prostu zapytać: „Ol, gdzie byłaś?”. Ale wiem, że skłamałaby. Tak jak ja sam kłamię.

Bo ja też mam sekret.

Anna. Księgowa z sąsiedniego działu. Nic poważnego, tylko rozmowy po pracy, kawa, czasem kino. Słucha moich opowieści o sprzęcie, śmieje się z żartów, patrzy z zainteresowaniem. Tak jak kiedyś patrzyła Olga. Zanim nasze życie zamieniło się w „kup chleb”, „zapłać rachunek”, „znowu skarpetki na podłodze”.

Z Anią jest łatwo. Przypomina mi Olgę, którą pokochałem osiem lat temu. Wesołą, beztroską, gotową słuchać moich wywodów o serwerach i ustawieniach.

Klucz w zamku. Drżę, chwytam pilota, włączam telewizor.

Cześć, Olga zagląda do pokoju. Co, siedziałeś w domu cały dzień?

Tak. Nie chciało mi się nigdzie iść.

Ona idzie do kuchni. Słyszę, jak leci woda, brzęczy naczynia. Idę za nią.

Olga stoi przy zlewie, myje filiżankę. Ramiona opuszczone, pod oczami siniaki. Na bluzce plama przypominająca dziecięcą papkę.

Olga.

Co?

Jesteś zmęczona.

Ona odwraca się, patrzy ze zdziwieniem.

Tak. Jestem zmęczona.

Może gdzieś pójdziemy? Do tej gruzińskiej restauracji, w której byliśmy w zeszłym roku?

Serż, jestem wyczerpana. Zamówmy po prostu sushi?

Kiwam głową. Patrzę, jak przegląda telefon, szukając dostawy. Ręce jej drżą.

Ol, co się dzieje?

W jakim sensie?

Jesteś inna. Już od miesiąca.

Zamarła. Telefon upada na stół.

To tylko praca, Sierż. Dużo pracy.

W sobotę?

Tak! W sobotę! Przestań mnie wypytywać!

Głos jej się załamuje. Zaraz się rozpłacze. Podchodzę, obejmuję ją. Ona się napina, potem rozluźnia, chowa twarz w moim ramieniu.

Przepraszam. Jestem po prostu bardzo zmęczona.

Pachnie pudrem i czymś kwaśnym, pewnie dziecko zwymiotowało. Głaszczę ją po plecach, czuję, jak bije jej serce.

Ol, jeśli coś się stało, powiedz. Nie jestem obcym.

Odsuwają się, ociera oczy.

Wszystko w porządku. Naprawdę. Po prostu ciężki okres. Niedługo minie.

Sushi przywożą za godzinę. Jemy w milczeniu. Potem Olga idzie pod prysznic, a ja zostaję w kuchni, przyglądając się ostygniętym rolkom.

Mógłbym powiedzieć: „Ol, widziałem cię z wózkiem. To twój siostrzeniec?”. Ale wtedy musiałbym przyznać, że ją śledziłem. A potem ona zapytałaby: „A ty? Gdzie spędzasz piątkowe wieczory?”.

A co mam odpowiedzieć? Że siedzę w kawiarni z inną kobietą? Że mówię jej to, czego od dawna nie mówię żonie? Że czasami myślę: a co, jeśli…

Telefon wibruje. SMS od Ani: „Zobaczymy się jutro? Chcę pokazać ten serial”.

Usuwam wiadomość. Nie. Dość tego.

Olga wychodzi z łazienki w szlafroku, z mokrymi włosami. Siada obok.

Sierż, jutro nigdzie nie jedziemy. Po prostu zostaniemy w domu. We dwoje.

A praca?

Do diabła z pracą.

Uśmiecham się. Kiedy ostatnio tak mówiła?

Dobrze. Zostaniemy w domu.

Bierze mnie za rękę. Jej palce są zimne, mimo gorącego prysznica.

Coś straciliśmy, prawda?

Co?

Nas. Straciliśmy nas.

Ściskam jej dłoń.

Znajdziemy.

Rano budzimy się późno. Olga smaży serniki po raz pierwszy od roku. Ja parzę kawę, kroję owoce. Jemy śniadanie na balkonie, mimo że jest już chłodno.

Pamiętasz, jak jedliśmy śniadanie w Petersburgu? – pyta Olga. W tej maleńkiej kawiarni nad kanałem?

Gdzie prawie wylałaś kawę na turystę?

Nie prawie! Sam się naraził!

Śmiejemy się. Jak dawno to było?

Dzień mija dziwnie. Jakbyśmy znów byli młodzi. Oglądamy film, obejmując się. Przeglądamy stary album ze zdjęciami, zakurzony, zapomniany na półce. Olga kładzie głowę na moim ramieniu.
Serioż, pamiętasz, jak poszliśmy nad jezioro i upuściłeś namiot do wody?
To nie ja! To był wiatr!
Śmieje się. Naprawdę. Długo. Ja też się śmieję.
Wieczorem, już w łóżku, szepcze:
Katia już nie poprosi. Powiedziałam.
Milczę. Kiwam głową w ciemności.
A ty? pyta. Ty też już nie pójdziesz?
Pauza. Długa.
Nie, mówię. Już nie pójdę.
Przytula się bliżej.
I może to nie wszystko. Może nie od razu. Ale jutro nie jest piątek.
A to znaczy, że jest szansa.