Ostatni plon
— Nie pozwolę ci tego zrobić, Griszka! Tylko po moim trupie! — zawołała Anna Wasiljewna, zastępując przejście do ogrodu.
— Zejdź z drogi, mamo! Decyzja już zapadła. Jutro przyjadą maszyny i wszystko tu zrównają z ziemią. Umowa jest podpisana — westchnął ciężko Grigorij, nie patrząc starej w oczy.
— Jakie umowy? Kto dał ci prawo rozporządzać ziemią, którą twój ojciec uprawiał czterdzieści lat? Na której ja co wiosnę garbiłam plecy? — pomarszczone dłonie zacisnęły się w pięści, a wiatr potargał siwe kosmyki.
— Nie dramatyzuj. Nie jesteś już w wieku, żeby grzebać w ziemi. I komu potrzebne są twoje ogórki i pomidory? W sklepie wszystko można kupić — Grigorij sięgnął do furtki, lecz matka znów zagrodziła drogę.
— W sklepie? — prychnęła pogardliwie Anna Wasiljewna. — To nie jedzenie, tylko chemia! Twój ojciec w grobie by się przewrócił od takich słów!

Kłótnia pod starą jabłonią, uginającą się od dojrzałych owoców, przerodziła się w długą sprzeczkę. Wokół rozciągały się grządki pomidorów, dojrzewające dynie i wysokie krzewy malin. Powietrze było nasycone zapachem ziół i jabłek. Nad wsią Kuźminka wisiało gęste, granatowe niebo, a nieliczne chmury powoli sunęły nad cichymi chatami.
Grigorij, wysoki mężczyzna z pierwszą siwizną na skroniach, czuł, jak w nim narasta irytacja. Przyjechał z Suzdala z jasnym planem: sprzedać działkę deweloperowi za trzy miliony rubli i przenieść matkę do mieszkania w mieście. Dom jego dzieciństwa dawno popadł w ruinę, dach przeciekał, a matce z każdym rokiem trudniej było prowadzić gospodarstwo. Ale staruszka nie chciała nawet słyszeć o przeprowadzce.
— Mamo, bądź rozsądna. Masz siedemdziesiąt dwa lata, a pracujesz jakby od tego zależało życie — próbował ją przekonać.
— Bo zależy — odpowiedziała cicho Anna Wasiljewna, łagodniejąc. — To jest moje życie. Co będę robić w twoim mieszkaniu? Siedzieć przed telewizorem? Uduszę się tam.
— Nikt się nie udusi — zdjął okulary i zmęczony potarł nasadę nosa. — Będziesz z nami. Pokój już gotowy. A wnuczka codziennie pyta, kiedy babcia przyjedzie.
— Wasilisa, oczywiście, moje złotko… — uśmiechnęła się staruszka i jej twarz na chwilę rozjaśniała. — Ale domu nie zostawię. Tu wszystko jest moje, wszystko bliskie. Każdy kąt pamięta twojego ojca.

Grigorij westchnął. Matka była uparta jak zawsze. Spieranie się z nią było stratą sił, ale nie mógł też zostawić jej samej w rozpadającym się domu. Dom opieki odpadał — uznałaby to za zdradę. Mieszkanie w mieście jej nie cieszyło. A życie na wsi w jej wieku stawało się coraz trudniejsze.
— Przynajmniej pomóż mi zebrać ostatni plon — poprosiła nagle matka, zmieniając ton. — W tym roku jabłonie obrodziły jak nigdy. Szkoda byłoby je zostawić.
Zgodził się, licząc, że przy pracy jeszcze raz porozmawiają o przeprowadzce. Poszli do szopy po kosze i drabinę.
— Pamiętasz, jak ojciec kazał ci co rano podlewać te jabłonie? — zapytała Anna Wasiljewna, podchodząc do drzewa. — Jak się wtedy złościłeś. A teraz widzisz owoce? Antonówki, twoje ulubione.
— Pamiętam — odpowiedział niechętnie Grigorij, czując, jak coś ściska go w gardle. — Ale to było dawno, mamo. Czasy się zmieniają.
— Czasy się zmieniają, a ludzie pozostają tacy sami — powiedziała filozoficznie staruszka, podając mu wytarty kosz. — Nie zapominaj o swoich korzeniach.
Słońce powoli chowało się za horyzontem, barwiąc niebo na czerwono. Pracowali ramię w ramię, zbierając dorodne jabłka. Grigorij co jakiś czas spoglądał na pomarszczone dłonie matki, na zmęczoną twarz z głębokimi bruzdami. Ale w jej oczach wciąż palił się ten sam uparty ogień co w młodości.
— Twój ojciec mówił, że ziemia jest żywa — przerwała ciszę Anna Wasiljewna. — Ona wszystko czuje i wszystko pamięta. Jeśli ją kochasz, ona ci to odda.

— Mamo… — postawił kosz na ziemi i spojrzał jej w oczy. — Sprzedałem działkę nie dla pieniędzy. Martwię się o ciebie. Jesteś tu sama, bez pomocy, bez lekarza. Co będzie, jeśli coś się stanie?
— Nic mi się nie stanie — machnęła ręką staruszka. — Wasilisa z sąsiedztwa codziennie zagląda. A Pietrowna z drugiej strony drogi zawsze pomoże. My jeszcze ciebie przeżyjemy!
— Wasilisa ma siedemdziesiąt lat, a Pietrowna ledwo chodzi. Jaką one mogą być pomocą?
— Nie obrażaj staruch! — oburzyła się Anna Wasiljewna. — Jeszcze mamy siłę! Wczoraj Wasilisa przyniosła mi cały miednicę malin. A Pietrowna takie pierogi piecze, że palce lizać!
Grigorij pokręcił głową. Matka żyła w swoim świecie — gdzie sąsiadki są zawsze młode, gdzie ogród daje lepsze jedzenie niż sklep, gdzie przeszłość znaczy więcej niż przyszłość. Jak jej wytłumaczyć, że chce ją tylko ochronić? Że za każdym razem, gdy wraca do Suzdala, nie może spać, wyobrażając sobie, że poślizgnie się na oblodzonych schodach albo przewróci się w ogrodzie?
— Wiesz, dziś dzwoniła do mnie twoja żona — powiedziała nagle Anna Wasiljewna, układając jabłka w koszu.
— Tamara? — zdziwił się Grigorij. — Po co?
— Prosiła, żebym wpłynęła na ciebie. Powiedziała, że jesteś wykończony pracą. Martwi się o ciebie.
Uśmiechnął się gorzko. Tamara zawsze stawała po stronie matki, nawet gdy się sprzeczali.
— Zaproponowała też, żebyś z Wasilisą przyjeżdżał do mnie na całe lato — dodała staruszka.
— Niech przyjeżdżają… — powiedział cicho Grigorij.

I nagle, patrząc na pełne kosze, na siwe włosy matki poruszane wieczornym wiatrem, na jabłka nagrzane ostatnim słońcem, poczuł, jak coś w nim puszcza.
— Jutro odwołam sprzedaż — powiedział stanowczo. — A teraz… pomogę ci wszystko przerobić. Na zimę.
Anna Wasiljewna nic nie odpowiedziała. Tylko skinęła głową, a ciepłe łzy powoli spłynęły po jej policzkach.
Nad Kuźminką powoli zapadał zmierzch, a w domu, gdzie dawno nie zapalano światła tak wcześnie, zaczął się unosić zapach świeżych pierogów.
