Minęło siedem długich lat, odkąd ziemia przyjęła ciało Aminy. Siedem lat ciszy, dźwięczącej w uszach głośniej niż jakakolwiek muzyka, i samotności, która wżarła się w ściany domu jak zapach dymu z paleniska. Aslan, którego wszyscy nazywali Aslanowiczem, pozostał sam w wieku sześćdziesięciu trzech lat. Nie był stary, ale też nie młody, jakby zawisł między dwoma brzegami: za nim burzliwe, pełne miłości życie, przed nim tylko ciche, pozbawione radości upływanie czasu ku nieuchronnemu finałowi.

Bóg nie pozbawił go zdrowia, jego ciało, hartowane pracą na roli, wciąż miało siłę, ale dusza była złamana i pusta. Amina umierała długo i boleśnie, a on opiekował się nią aż do ostatniego tchnienia, do ostatniej cichej łzy na wychudzonej policzku. I oto odeszła, zostawiając go samego na całym świecie. Bóg nie dał im dzieci, więc żyli dusza w duszy, w swoim małym świecie, ograniczonym rodzinnym wsią.

Przyzwyczaił się, że Amina była słońcem jego małej planety. Była ciepłem, które ogrzewało dom, światłem, które wypełniało go przytulnością. Jej ręce gotowały najsmaczniejszą adżikę, piekły chaczapuri z tak puszystym ciastem, że rozpływało się w ustach. Zarządzała gospodarstwem: krową, kurami, corocznie cielakiem na tuczu, aby zimą mieć własne, aromatyczne mięso. Ogród był jej królestwem, gdzie panowały równe rzędy kukurydzy, fasoli i ziemniaków. Jego męska praca sprowadzała się do orki, kopania grządek i naprawy wszystkiego, co się zepsuło. On był zewnętrznym obwodem obrony, ona duszą i sercem ich fortecy.

Człowiek przyzwyczaja się do wszystkiego. Aslanowicz przyzwyczaił się do ciszy. Na początku była ona przytłaczająca, dzwoniła w uszach, sprawiając, że drżał przy każdym skrzypnięciu desek. Potem stała się tłem. Nudno? Tak. Nie do zniesienia pustka? Oczywiście. Ale gdzie się podziać? Taka jest wola losu, nie można się jej przeciwstawić.

Miejscowe kobiety oczywiście nie mogły oderwać od niego wzroku. Aslan był przystojnym mężczyzną, gospodarnym, miał pełen dom, a do tego nie miał potomstwa, co w wiosce uważano za niemal wygraną na loterii. Wysyłano mu swaty, same mu podpowiadały, niektóre, jeszcze dość młode, wprost proponowały „założenie rodziny”. Ale on wszystkich odsyłał, odprawiał jak irytujące muchy.

„Tęsknię za moją Aminką” – tłumaczył współmieszkańcom, patrząc gdzieś ponad ich głowami, w pustkę. „Ona stamtąd, z nieba, wszystko widzi. Pewnie nie pochwaliłaby, gdybym sprowadził do domu nową gospodynię. Nie chce, żeby jej pamięć przyćmiła tu obca kobieta”.

A tak naprawdę, w ciszy swoich myśli rozumował inaczej: „Aby żyć razem, potrzebna jest choćby iskra. Choćby odrobina sympatii. A jej nie ma. I ja, widocznie, jeszcze nie dojrzałem. Dusza nie odeszła, nie stopniała”.

Po śmierci żony sprzedał krowę. Gdzie można było znaleźć tyle mleka? Dobra krowa dawała po wiadrze rano i wieczorem. Sprzedał ją do sąsiedniej wsi, ściskając się w środku z bólu, jakby zdradził kolejne żywe stworzenie związane z Aminą. Ale latem nadal trzymał byczka lub jałówkę na mięso. Tak właśnie żył: swoje mięso, swoje jajka, mleko kupował od sąsiadów lub przyjmował jako jałmużnę od sąsiadki Zulejki, która patrzyła na niego z cichym współczuciem.

Aslanowicz kulał. Dawno temu, w młodości, nieposłuszny koń złamał mu nogę. Kość zrosła się krzywo, ale nie miał czasu się tym przejmować, bo miał dużo roboty. Kulejąc, stał się częścią niego, a w ostatnich latach pojawiła się rzeźbiona, dębowa laska, prezent od Aminy. Nikt już nie zwracał uwagi na jego niepewny chód, jakby tak miało być.

Tego dnia siedział sam przy stole i nalewał do głębokiego talerza świeżo ugotowaną zupę. Lato było upalne, powietrze topiło się nad ziemią. Drzwi do przedsionka były szeroko otwarte, wpuszczając leniwe strumienie rozgrzanego powietrza. Nagle cień zasłonił prostokąt słońca na podłodze.

Cześć, Aslanowicz! Przyszedłem do ciebie! Drzwi są otwarte, więc wszedłem bez pytania! Głośny jak dzwon głos Rusłana, sąsiada z dwóch podwórek dalej, rozbrzmiał w pokoju. Rusłan był znacznie młodszy, pełen niewykorzystanej energii i swoich własnych, niezrozumiałych dla Aslana planów.

Cześć, mruknął gospodarz. Chcesz zupy? Prosto z kuchenki. Posiekaj zieloną cebulę, nie będziesz miał czasu się wykręcić. No dalej, dla towarzystwa.

Oczywiście, że chcę! Uwielbiam twoją zupę! Chociaż jest upał, gorące dania zawsze sprawiają radość. Potem się ochłodzimy!

Zjadając zupę, Rusłan spoglądał spod byka na Aslanowicza.

Myślę sobie, Aslanowicz, że czas się ożenić. Nie przystoi carowi stać przy kuchence. Kobieta ugotowałaby ci zupę, pościeliła łóżko i no, sam rozumiesz.

Chcesz mi być swatem? uśmiechnął się Aslan. Wypatrzyłeś sobie narzeczoną?

A co, to źle? Jak długo można chodzić w roli gorzkiego wdowca? Jesteś przystojnym mężczyzną, mógłbyś już żyć szczęśliwie z jakąś pięknością!

Nie wystarczy, żeby kobieta po prostu była, powiedział cicho, ale stanowczo Aslan. Trzeba, żeby dusza pasowała do duszy. Żeby milcząco się rozumieli. Żeby spojrzenie i wszystko było jasne.

Oj, dusza-a-a! Rusłan machnął ręką. Przecież masz już ponad siedemdziesiąt lat! Jaka tam dusza? W twoim wieku najważniejsze jest, żeby ktoś był przy tobie, żeby cię pilnował, podawał herbatę, jeśli coś. Pomyśl o przyszłości!

Przyszłości? Aslan odłożył łyżkę i spojrzał prosto na sąsiada. Uważasz, że jestem już zupełnie zniedołężniały i do niczego się nie nadaję? Że na pierwsze wezwanie muszę się z kimkolwiek związać? Nie, Rusłan. Nadal mam siłę wybierać. I będę żył tak, jak chcę.

Nie o to mi chodziło! Obraziłem cię? Rusłan zaczął się denerwować. Chcę ci tylko dobrze! Dlatego zacząłem tę rozmowę. Mam jedną ciotkę, Fatimę. Mieszka w sąsiedniej okolicy, w wiosce Atschida. To kobieta z charakterem! Nie jest jeszcze stara, ale jest bardzo gospodarna. Hoduje świnie, gęsi, krowy. Jest też bardzo przystojna i wysoka. Ma na imię Fatima! Niedawno ją odwiedziłem. Żywa, energiczna, ale zupełnie sama. Może wpadniemy do niej? Poznasz ją… Po długiej ciszy Aslan westchnął, spojrzał na zdjęcie Aminy na ścianie i cicho powiedział: „Nie, Rusłan, moje serce należy już do innej i nic nie sprawi, że to się zmieni”.