„Lód jest cienki, jego powierzchnia jest śliska i kiedy na niego wejdziesz, poślizgniesz się” – powiedział, a potem zaczął śpiewać nową piosenkę.

Amina siedziała przy biurku, kiedy ktoś zapukał. Beslan wszedł do pokoju, rozglądając się, jakby widział go po raz pierwszy.

„Mogę wejść?” – zapytał, choć jego stopy już przekroczyły próg.

Skinęła głową, nie podnosząc wzroku. Dom pozostawiła jej ciotka Razheta – trzy pokoje, przestronne, z promieniami słońca wpadającymi przez okna. Jeden z pokoi był jej sanktuarium, gdzie mogła pracować w spokoju.

– Posłuchaj – zaczął Beslan, siadając na skraju sofy. – Moi rodzice ciągle narzekają na hałas w Suchumi.

Amina w końcu się odwróciła. Dziesięć lat małżeństwa nauczyło ją rozpoznawać ton jego głosu. Ten brzmiał niepewnie.

– Matka mówi, że nie może spać, bo w nocy jest zbyt głośno. Ojca bolą stawy, gdy wchodzi po schodach w starym bloku. Czynsz też ciągle rośnie.

„Rozumiem” – odparła krótko, ponownie zwracając się w stronę ekranu.

Jednak on poruszał ten temat codziennie. Jednego wieczoru chodziło o tłumy na targu, innego o zapach spalin. Zawsze wracał do ich zmagań.

„Oni po prostu chcą spokoju” – mruknął podczas kolacji. „Cichego miejsca, które mogliby nazwać domem”.

Amina przeżuwała powoli. Beslan nigdy nie był tak rozmowny. Coś wydawało się wyuczone.

„Co sugerujesz?” – zapytała ostrożnie.

„Jeszcze nic” – wzruszył ramionami. „Po prostu o nich myślę”.

Kilka dni później zatrzymał się w jej biurze, udając, że szuka dokumentów, a potem po prostu stał tam, patrząc na ściany.

„Dobra przestrzeń” – zauważył. „Dużo światła”.

Amina odłożyła długopis. Jego spojrzenie było wyrachowane.

„Tak. Mi odpowiada”.

„Możesz pracować w sypialni” – zaproponował. „Postaw tam biurko”.

Serce jej zamarło.

„Dlaczego? Ten pokój jest w porządku”.

Wymamrotał coś o wolnej przestrzeni, ale ona zauważyła, jak przygląda się pokoju, jakby już planował, gdzie umieścić rzeczy swoich rodziców.

„Może posprzątaj ten pokój” – powiedział nagle kilka dni później. „Tak tylko pomyślałem”.

Zatrzymała oddech.

„Dlaczego?”.

„Dla gości” – odpowiedział zbyt szybko.

Ale ona zrozumiała. Skargi jego rodziców, jego kontrole – elementy planu, który powstał bez niej.

„Beslan” – powiedziała spokojnym tonem. „Mów jasno”.

Spojrzał przez okno, milcząc zbyt długo. Podjął decyzję. Bez niej.

– Moi rodzice potrzebują spokoju – powiedział w końcu.

– A moje biuro?

– To wolna przestrzeń – odparł. – Rodzina jest najważniejsza.

Wolna. Jej praca, jej schronienie – zredukowane do „wolnej przestrzeni”.

– To jest mój dom – rzuciła ostro. – Nigdy się na to nie zgodziłam.

„Jesteśmy rodziną” – nalegał, czując narastającą frustrację. „Odmówisz im?”.

Rodzina. Słowo użyte, by ją uciszyć. Odwróciła się, chwytając się parapetu.

„A jeśli powiem nie?”.

„Nie bądź samolubna” – szydził. „Oni są w podeszłym wieku”.

Samolubna. Za to, że chciała, by jej głos został wysłuchany. Za to, że wierzyła, iż dom wymaga dwóch zgód, a nie jednej.

„Zdecydowałeś bez mnie” – powiedziała.

„Przesadzasz”.

Wtedy zobaczyła w nim nieznajomego, który postrzegał ją jako przeszkodę, a nie partnerkę.

Następnego ranka wszedł do kuchni jak człowiek wydający rozkazy.

„Opróżnij pokój. Moi rodzice wprowadzają się w przyszłym tygodniu”.

Żadnych dyskusji. Żadnej niej. Filiżanka zadrżała w jej dłoni.

„Jesteś głuchy?” syknęła. „Powiedziałam nie!”

„Gdzie indziej mają się podziać?” zapytał.

„To nie moja sprawa. Zdradziłeś nas”.

„Zdradziłem?” Roześmiał się zimno. „To jest obowiązek”.

Obowiązek. Łańcuch owinięty ładnymi słowami. Wstała, a krzesło zgrzytnęło głośno o podłogę. „W takim razie możesz wypełniać swój obowiązek sam”. Jej głos był spokojny, choć ręce drżały. Podeszła do sypialni, wyciągnęła walizkę i zaczęła się pakować. Beslan patrzył z progu z półotwartymi ustami, jakby nie wierzył, że naprawdę to zrobi. Zamknęła walizkę, zarzuciła płaszcz na ramię i zatrzymała się na chwilę, by powiedzieć: „To był mój dom. Nie masz prawa go oddawać”. Następnie wyszła na korytarz i zamknęła za sobą drzwi, a kliknięcie zatrzasku zabrzmiało jak ostatnie uderzenie serca.