Czasami wydaje się, że w końcu wszystko się ustabilizowało: praca szła gładko, koledzy okazywali szacunek, pacjenci zwracali się do mnie po imieniu. I tu życie serwuje nam nowy zwrot akcji, który sprawia, że chce się tylko westchnąć: „Po co znowu?”.
Po „Eksternaturze”, gdzie Warwara stawiała pierwsze kroki w rosyjskiej medycynie, i „Doktorze, mam mdłości!”, gdzie codzienność lekarza zamieniła się w absurdalny maraton zmęczenia, nadszedł czas na nowy rozdział „Królowa na kontrakt”. A przed nami „Rezydentura”, gdzie medycyna ma swoje zasady: surowe, ale uczciwe, czasem nawet zabawne.

Tę historię można czytać osobno, można zacząć od niej, nawet jeśli nie znacie poprzednich rozdziałów.
„W kinie wszystko jest proste: adwokat idzie do końca, sędzia jest mądry i sprawiedliwy, dobro triumfuje. W życiu tak nie jest”. Gorzkie wspomnienia ogarnęły Warwarę po wieczornym obejrzeniu z mężem kolejnego amerykańskiego hitu.
Po kilku latach pracy jako terapeutka w Centrum Zdrowia w Nowosybirsku w końcu poczuła się na swoim miejscu. Pacjenci znali ją z imienia, koledzy szanowali, a świadczenia były doskonałe jak na rosyjskie standardy.
Aż do tego dnia, kiedy dyrektor, przechodząc w pośpiechu obok, rzucił:
Sprzedają nas. Wszystko się pogorszy. Radzę szukać pracy.
Kilka godzin później przyjaciółka przyniosła zaproszenie na wykład do centrum doktora Andrieja Attarowa, znanego kardiologa i właściciela połowy budynków przy głównej ulicy Moskwy. Wszystko odbywało się w jego francuskiej restauracji, z harfistką, winem i kolacją.
„Starannie wybiera nowych lekarzy” – mrugnęła przyjaciółka. „I wszystko odpisze od podatków”.
Wieczór okazał się idealny: wykład na wysokim poziomie, wykwintne jedzenie, muzyka. A potem pierwsze spotkanie: elegancki garnitur, złota oprawka okularów, pewny siebie uśmiech. I zaproszenie na rozmowę kwalifikacyjną.
Wynagrodzenie nie jest oszałamiające, ale premie są świetne – powiedział łagodnie, machając czekiem na czterdzieści tysięcy rubli. Dwa tygodnie urlopu, czasem soboty. Ale mamy zgrany zespół. Będziesz u mnie królową.
W umowie niepokoił ją jedynie punkt o zakazie konkurencji: pięć lat i dwadzieścia cztery kilometry.
Standard, machnął ręką przez słuchawkę. Zrobimy dziesięć. I tak nie będziesz chciała odejść.

Uwierzyła. Uwierzyła w panoramiczne okna, kominek w gabinecie i aromatyczną kawę z turki, przyniesioną przez uprzejmą sekretarkę. Uwierzyła w czek z kwotą, która wtedy wydawała się ogromna. Uwierzyła, bo bardzo chciała, żeby wszystko było jak w bajce.
Pierwsze miesiące były jak spełnienie marzeń: własny gabinet, zielony dziedziniec za oknem, osobista asystentka medyczna, koledzy, z którymi można omówić trudnego pacjenta. Ale wkrótce okazało się, że terapeuci są potrzebni Attarowowi jako maszyny do wystawiania skierowań do jego ośrodków. Premie zależały nie od jakości leczenia, ale od liczby zleconych badań.
Kulminacją było polecenie skierowania szesnastolatka na pełne badania kardiologiczne, który według Warwary miał po prostu naciągnięty mięsień. Jego matka, widząc domniemaną diagnozę na skierowaniu, omal nie zemdlała.
W powietrzu wisiało napięcie: ciągła kontrola, inwigilacja, nagłe zwolnienia. I pewnego dnia, niczym koło ratunkowe, Elena, przyjaciółka jeszcze z czasów stażu, zaproponowała, żebyśmy razem otworzyły klinikę.
Znam starszą panią lekarz, która sprzedaje swoją praktykę za niewielką kwotę. Przyprowadzimy własnych pacjentów.
Nie możemy, mamy klauzulę o zakazie konkurencji.
Mówią, że sąd i tak tego nie uzna – odparła pewnie Elena.
Warwara po raz pierwszy od dawna poczuła smak wolności. Sama nigdy by się na to nie zdecydowała. Zaczęły planować, zanim Elena zniknęła. Wróciła już do biura Attarowa z propozycją, której nie mogła odrzucić: własny gabinet, własni pacjenci. Jedyny warunek – nie zabierać ze sobą Warwary.
Chcesz, dodam dziesięć tysięcy? – zapytał Attarow tym samym głosem, nazywając ją „królową”.
– Odchodzę – odpowiedziała, ledwo powstrzymując gniew i urazę.

– No to zobaczysz, że pożałujesz. Pozwę cię, jeśli coś! – wycedził za nią przez zaciśnięte usta.
Wezwany natychmiast ochroniarz wyprowadził ją jak przestępczynię. Gabinet pozostał za nią: regały z podręcznikami, obraz namalowany przez męża, lampka stołowa z domu. Udało się zabrać tylko to, co zmieściło się w rękach. W samochodzie rozpłakała się.
Potem nastąpiły długie poszukiwania lokalu, spotkania z wynajmującymi, listy wyposażenia. Kiedy wydawało się, że wszystko się wali, zadzwoniły byłe asystentki:
Doktorze W., jesteśmy z panią.
Dzięki nim klinika została otwarta. Pacjenci sami ją odnajdywali, mimo plotek, że „zmarła” lub „wyjechała do Europy”. A przecież do starej siedziby było zaledwie dziewięć i pół kilometra. Pół kilometra to nic, prawda? Wkrótce jednak nadeszło pismo od prawników Attarowa.
Proces okazał się powolny, uciążliwy, jak przedłużająca się grypa: rachunki na setki rubli za każdą rozmowę telefoniczną, stosy dokumentów, świadkowie-pacjenci. Warwara wracała do domu po spotkaniach z prawnikami wyczerpana jak szmatka i po raz pierwszy zaczęła wierzyć, że „bajka” Attarowa naprawdę może zakończyć się jej całkowitą klęską.
I oto ogłoszenie wyroku.
Sędzia, ziewając i przeglądając dokumenty, oświadczył:
Nie widzę problemu. Radius pozostawić, okres skrócić do roku.
To wszystko. Wszystkie miesiące walki, wydane tysiące, bezsenne noce w jednym krótkim „nie widzę problemu”.

Ponownie otworzyła gabinet w nowym miejscu, z dala od przepełnionych dzielnic. Pacjentów było nawet więcej. I oto, kiedy wydawało się, że przeszłość pozostała za nią, zadzwonił telefon.
To doktor Attarow. Jak się ma moja królowa? Mam nadzieję, że nie masz mi za złe? Podpiszesz dokument na nowe badanie MRI? Potrzebuję podpisów lekarzy.
Na chwilę serce jej się ścisnęło. Chciała rzucić słuchawkę. Chciała powiedzieć wszystko, co o nim myśli. Ale Warwara wzięła głęboki oddech i odpowiedziała spokojnie, niemal z uśmiechem:
Wszystko w porządku, doktorze Attarow. I dziękuję. Pan mnie zahartował.
Odłożywszy słuchawkę, zrozumiała: tak, zahartował. Tak bardzo, że teraz nie potrzebuje już koron.
