Krewni męża poniżali mnie za biedę, nie wiedząc, że jestem wnuczką miliardera — a teraz robię sobie z nich…

Dzisiaj zapisuję w dzienniku historię, która nauczyła mnie wielu rzeczy.

Krewni męża poniżali mnie za biedę, nie podejrzewając nawet, że jestem wnuczką miliardera i po prostu przeprowadzam na nich eksperyment.

„Sereżienka, mój Boże, w co ona się znowu ubrała?” – głos Tamary Pietrownej brzmiał słodko-jadliwie, bez cienia zakłopotania. „Ta sukienka jest najwyraźniej z pchlego targu. Taką samą widziałam w zeszłą sobotę u handlarza. Co najwyżej pięćset rubli”.

W milczeniu poprawiłam kołnierzyk mojej niebieskiej sukienki, prostej i niedrogiej. Tak jak wszystko, co nosiłam. Było to jednym z warunków okrutnej umowy z moim dziadkiem.

Siergiej, mój mąż, nerwowo zakaszlał i odwrócił wzrok.

„Mamo, wystarczy. Sukienka jest w porządku”.

„W porządku?” – wrzasnęła jego siostra Katerina, dolewając oliwy do ognia. „Sierż, twoja żona ma gust jak… Cóż, czego można oczekiwać od sieroty z prowincji?”.

Spojrzała na mnie z pogardą, zatrzymując wzrok na moich chudych nadgarstkach. W jej oczach widać było słabo skrywaną radość.

„Przynajmniej załóż bransoletkę. Ach, ale przecież nie masz żadnej”.

Powoli podniosłam na nią wzrok. Spokojne, niemal lodowate, jakbym oglądała eksponat pod szkłem.

W myślach zrobiłam notatkę: Obiekt 2 Katerina. Poziom agresji: wysoki. Motywacja: zazdrość, dążenie do dominacji poprzez poniżanie.

To było jak obserwowanie stada drapieżników. Ciekawe. I całkowicie przewidywalne.

Tamara Petrovna westchnęła teatralnie i opadła obok mnie na kanapę, kładąc mi ciężko rękę na ramieniu. Pachniała tanim lakierem do włosów i smażonymi ziemniakami.

„Aneczka, nie jesteśmy twoimi wrogami. Chcemy dla ciebie jak najlepiej. Po prostu nasz syn jest człowiekiem na wysokim stanowisku, szefem, szanowaną osobą. A ty, no cóż, sama rozumiesz”.

Zamilkła, czekając na łzy, wymówki, drżenie w głosie. Na próżno. Ja tylko patrzyłam.

Gdzie jest Siergiej, w którym się zakochałam? Pewny siebie, dowcipny, wolny? Teraz przed mną siedział tylko cień, marionetka w rękach matki i siostry.

„Mam pomysł!” Twarz teściowej rozjaśniła się inspiracją. „Zostały ci kolczyki mamy, prawda? Z kamyczkami? Prawie ich nie nosisz. Sprzedajmy je”.

Siergiej zakaszlał, jakby zakrztusił się powietrzem.

„Mamo, mówisz poważnie? To są wspomnienia”.

„Jakie wspomnienie?” Tamara Petrowna machnęła ręką. „Wspomnienie biedy? Przynajmniej coś z tego będzie. Za uzyskane pieniądze kupimy Ani kilka porządnych rzeczy. I nowy grill na daczę. Wszystko na plus”.

Katerina natychmiast podchwyciła:

„Oczywiście! Te kolczyki wyglądają na niej jak uprząż na kucyku”.

Nie rozumiały, że poniżały nie mnie, ale siebie. Swoją małostkowość, chciwość, duchową nędzę.

Patrzyłam na ich twarze, zniekształcone samozadowoleniem. Każde słowo, każdy gest jak z podręcznika. Idealnie pasowały do mojej hipotezy.

Eksperyment przebiegał zgodnie z planem.

„Dobrze” – powiedziałam cicho.

W pokoju zapadła cisza. Nawet Siergiej spojrzał na mnie ze zdziwieniem.

„Co to znaczy »dobrze«?” – zapytała teściowa.

„Zgadzam się je sprzedać” – pozwoliłam sobie na lekki uśmiech. „Jeśli to konieczne dla rodziny”.

Tamara Petrowna i Katerina spojrzały na siebie. Na chwilę w ich oczach pojawiło się wahanie, ale szybko zniknęło w euforii zwycięstwa. Ponownie pomyliły moją strategię z uległością.

Dla mnie nie były one rodziną, a figurami na szachownicy. I właśnie wykonały ruch prosto w pułapkę.

Następnego dnia teściowa zaciągnęła mnie do lombardu. Katerina szła obok, jak widz na przedstawieniu. Siergiej milcząco prowadził samochód, a jego twarz była ponura. Próbował protestować, ale matka przerwała mu:

„Nie przeszkadzaj! Nie widzisz, że ona chodzi jak żebraczka?”.

Lombard okazał się ciasnym pokoikiem z kratami w oknach i zapachem starego metalu. Rzeczoznawca, mężczyzna o zmęczonych oczach, leniwie wziął aksamitne pudełeczko.

Długo oglądał kolczyki przez lupę. Tamara Petrowna niecierpliwie stukała paznokciem w ladę.

„No i co? To złoto, prawda? Kamienie błyszczą. Da pan dwadzieścia?”

Rzeczoznawca prychnął.

„Złoto, tak, próba 585. Ale kamienie to cyrkonie. Tania robota. Pięć tysięcy. I to z litości”.

Twarz teściowej wydłużyła się. Katerina prychnęła z rozczarowaniem:

„Pięć? Myślałam, że przynajmniej starczy na buty”.

Zrobiłam dokładnie to, czego ode mnie oczekiwali. Pochyliłam się i nieśmiało powiedziałam:

„Może nie warto? To przecież pamiątka. A pięć tysięcy to tak mało. Może sprawdzimy w innym lombardzie?”.

Był to wyrachowany ruch, fałszywy kompromis skazany na porażkę.

„Zamknij się, Anya!” – warknęła Tamara Petrowna. „Co ty w tym rozumiesz? Specjalista powiedział pięć, to znaczy pięć!”

Katerina zgodziła się:

„Dokładnie! Bo inaczej będziesz nas woził po mieście i dostaniesz jeszcze mniej. Zawsze wszystko psujesz swoim uporem”.

Siergiej ponownie próbował się wtrącić:

„Mamo, może pójdziemy do jubilera?”.

„Zamknij się!” – odparła siostra. „Co, jesteś pod jej pantoflem? My decydujemy, co jest najlepsze dla rodziny!”

Dostali pieniądze. I podzielili je sobie na ulicy. Trzy tysiące dla Tamary Petrownej: „Na grill i sadzonki”. Dwa tysiące dla Kateriny: „Na pilny manicure”.

„A mi na bluzki?” – zapytałam cicho, nadal odgrywając swoją rolę.

Katerina głośno roześmiała mi się w twarz:

„Och, Anya, nie śmiesz mnie. Za te grosze tylko w second handzie”.

Wyszły zadowolone, zostawiając mnie z mężem. Siergiej wyglądał na załamanego. Nie bronił ani mojej pamięci, ani mnie. Kolejny punkt w jego osobistej kartotece.

„Przepraszam” – mruknął, wpatrując się w ziemię.

„Nie ma sprawy” – delikatnie wzięłam go pod ramię. „Rozumiem. To twoja rodzina”.

Ale prawdziwy cios czekał mnie wieczorem. Po powrocie do domu zobaczyłam, że szafka jest pusta. Nie było laptopa. Zwykłego na pierwszy rzut oka, ale w rzeczywistości zabezpieczonego potrójnym szyfrowaniem. Mojego klucza do informacji, planów, kontroli.

Serce na chwilę zamarło. Ale twarz pozostała spokojna. Usiadłam na skraju łóżka, powoli rozpięłam mankiet i wyjęłam cienki chip ukryty pod skórą. Duplikat. Wszystko szło zgodnie z planem, nawet ich zdrada.

Trzy dni po kradzieży laptopa zadzwonił do mnie prywatny detektyw:

„Znalazłem. Sprzedają go na tajnym aukcji. Zaszyfrowany nośnik. Kupujący jest anonimowy, ale ślad prowadzi do firmy „Vestron”, kontrolowanej przez twojego ojczyma”.

Nie wiedział, że czekałam na ten telefon.

Następnego ranka weszłam do sali konferencyjnej siedziby Galantis w czarnym garniturze, z dyktafonem w kieszeni i uśmiechem wnuczki założyciela imperium.

„Dzień dobry” – powiedziałam, patrząc na przerażone twarze Tamary, Kateriny i Siergieja, wezwanych na „dochodzenie służbowe”. „Pozwólcie, że się przedstawię: Anna Wiktorowna Karpowa. Współwłaścicielka holdingu. I wasza ostatnia szansa, aby pozostać w tym świecie bez konsekwencji”.

Nie rozpoznali mnie.

I dobrze.