Jeśli jutro nie zabierzesz syna do ojca, wyrzucę was obu z domu! Nie chcę waszych płaczków i krzyków w nocy! Rozumiesz mnie?
Te słowa uderzyły Veronikę jak gwałtowny podmuch wiatru, paląc jej policzki mocniej niż zwykły uścisk dłoni. Siedziała na skraju wspólnego łóżka, plecami do Stepana, kołysząc chorego, wzburzonego Kiryła, który spał, ale nadal ciężko oddychał. Trzyletni chłopiec ciężko oddychał, pot spływał mu po czole, a z piersi dochodziły przerywane, żałosne szlochy – nie histeryczne, ale bolesny płacz chorego dziecka. Temperatura nie spadała, pomimo leku podanego godzinę temu. Veronica poczuła dłonią, jak gorące jest jego maleńkie ciało, a jej serce ścisnęło się z bezsilności i niepokoju. Po jej stronie, na połowie łóżka, mąż wiercił się, zgrzytając zębami.
Wiedziała, że nie śpi. Słyszała jego zirytowane, syczące oddechy, gwałtowne ruchy, gdy przewracał materac. Trwało to już od godziny, odkąd temperatura Kiryła ponownie wzrosła i zaczął płakać przez sen. Stepan milczał, ale w pokoju czuło się, jakby powietrze drżało od powstrzymywanej wściekłości. Veronika próbowała stłumić krzyki, przytulając syna mocniej i szepcząc niespójne słowa uspokojenia, ale gorączka i ból nie pozwalały mu się uspokoić.

I nagle wybuch. On nie tylko powiedział: on warknął, wyskakując z łóżka tak gwałtownie, że sprężyny zaskrzypiały w proteście. Weronika wzdrygnęła się i odwróciła. Stepan stał na środku pokoju, oświetlony słabym światłem lampki nocnej, wysoki, napięty jak naciągnięta struna. Jego zwykle przystojna twarz wykrzywiła się z gniewu, oczy błyszczały jak błyskawica. W ręku trzymał poduszkę, którą właśnie zerwał z łóżka.
Nie zdążył nic powiedzieć, rzucił poduszką w przeciwległą ścianę. Głuchy łomot, poduszka spadła na podłogę, tworząc bezkształtną kupę. Gest był tak nieoczekiwany, że Weronika zamarła. Czy to był ten sam Stas, który pół roku temu podnosił Kiryła na ramiona w parku, śmiał się z jego niezdarnych prób rzucania piłką do kosza, cierpliwie czytał mu tę samą książkę o traktorze dziesiątki razy? Ten sam, który przed ślubem przysięgał, że Kirill jest dla niego jak własny syn, że zawsze marzył o chłopcu i jest gotowy zostać ojcem? Trzy miesiące oficjalnego małżeństwa zniszczyły tę idyllę, jakby jej nigdy nie było. Maska kochającego ojczyma i troskliwego męża opadła, odsłaniając brudne, egoistyczne jądro.
Stepan podszedł do łóżka, pochylając się nad nim, a jego cień padał na Veronikę i dziecko, ogromny i groźny.
Pytałem, czy mnie rozumiesz? syknął, ściszając głos do szeptu, od którego Veronika zadrżała. Dość tych nocnych koncertów! Pracuję, potrzebuję odpoczynku, a nie waszego wycia! Jutro! I nie chcę tu widzieć jego twarzy! Zabierz go do ojca, niech się nim zajmie!
Veronika podniosła na niego wzrok. Szok ustąpił, ustępując miejsca zimnemu, dźwięczemu oburzeniu. Przytuliła syna mocniej, jakby próbując chronić go nie tylko przed chorobą, ale także przed falą nienawiści płynącą od mężczyzny, który niedawno przysięgał kochać ich oboje.

Stas, czy ty oszalałeś? – zapytała, powstrzymując głos. Jaki ojciec? Wiesz przecież, że Igor mieszka w Nowosybirsku, tysiąc kilometrów stąd, widział Kirilla tylko raz, kiedy ten miał miesiąc. Płaci alimenty nieregularnie, po kłótniach. Nie obchodzi go to, wiesz o tym! Gdzie mam go zabrać? Zwłaszcza teraz, kiedy jest chory!
Mówiła to, co było już wielokrotnie omawiane przed ślubem. Stepan zawsze kiwał głową, współczująco wzdychał, nazywał Igora nieodpowiedzialnym draniem i obiecywał, że nigdy nie będzie taki, że Kirill jest jego synem. Wszystko to zniknęło.
To nie mój problem! – przerwał mu Stepan bez cienia współczucia, tylko z zimną irytacją. Nie obchodzi mnie, gdzie mieszka jego tata i czego chce. Martwi mnie tylko to, że nie mogę spać we własnym domu z powodu twojego dziecka! Ty, jako matka, rozwiąż ten problem. Jeśli chcesz tu mieszkać, pozbądź się go. Rano zbierz jego rzeczy i wyślij go do ojca, babci, do domu dziecka, gdziekolwiek! Ale nie ma go już tutaj!
Patrzył z góry, szczęki zaciśnięte, oczy pełne wyniosłej pogardy, którą Weronika coraz częściej dostrzegała w ostatnich tygodniach. A teraz obiektem jego odrazy stał się jej chory, bezradny syn, a także ona sama.
Słowa „dom dziecka gdziekolwiek” zawisły w pokoju jak trująca mgła. W oczach Weroniki nie było już zmieszania. W jej wnętrzu zapłonął zimny, gwałtowny ogień. Pomysł wysłania dziecka do domu dziecka, ponieważ przeszkadzało jej w spaniu, przeszył ją jak nóż.
Zaczęła ona i ku swojemu zdziwieniu jej głos brzmiał równo, bez drżenia, tylko z lodowatymi nutami, które sprawiły, że Stepan lekko skrzywił się. Naprawdę tak powiedziałeś? O domu dziecka?

Zawahał się, nie spodziewając się tak spokojnej, niemal stalowej reakcji. Ale szybko się opanował, zakładając maskę słusznego gniewu.
I co z tego? – prychnął, krzyżując ręce. Po prostu proponuję różne opcje. Jeśli nie potrafisz sama poradzić sobie z dzieckiem, może znajdą się ludzie, którzy będą w stanie to zrobić? Nie muszę się z tym godzić każdego wieczoru! Ożeniłem się z tobą, a nie z twoimi „potomkami”.
„Potomkami”. Te słowa przeszyły Veronikę do głębi duszy. Wcześniej nazywał go „Kirill”, „synku”, „naszym chłopcem”. Teraz „potomkiem”. Nie chcąc budzić śpiącego Kirilla, wstała z łóżka, każdy ruch był przemyślany, pełen determinacji.
Wiesz, Stas, powiedziała, stojąc przed nim, patrząc mu prosto w oczy, prawie na równi, uważam, że największym błędem w moim życiu było uwierzenie w ciebie. Kiedy zdecydowałam, że możesz stać się częścią naszej rodziny z Kirilem.
Cofnęła się do komody, na której leżały jej rzeczy i ubrania dziecięce. Stepan patrzył, z napiętą twarzą.
Co zamierzasz? – zapytał, a w jego głosie pojawiła się nutka niepokoju. Spodziewał się łez, błagań, ale spotkał się z zimną determinacją.
Robię to, co powinnam była zrobić już dawno temu – odpowiedziała Weronika, nie odwracając się. Wyjęła z szuflady swoją dawno nieużywaną walizkę podróżną. Wyjeżdżamy. Teraz.

Stepan roześmiał się krótko i złośliwie. Nie odejdziesz, powiedział, ale jego głos już zadrżał. Nie masz pieniędzy, nie masz dokąd pójść.
Veronika w milczeniu otworzyła walizkę, starannie ułożyła w niej rzeczy Kiryła, a potem swoje. Potem podeszła do łóżka, nakryła syna ciepłym kocem i wzięła go na ręce. Nie obudził się, tylko cicho jęknął, przytulając się do jej szyi.
Przeszła obok Stepana, nie patrząc na niego, i zatrzymała się przy drzwiach.
Odchodzimy, powtórzyła cicho. I nigdy więcej nie wrócimy.
Zaskoczył zamek, zatrzasnęły się drzwi wejściowe. W mieszkaniu zapadła cisza. Tylko gdzieś za oknem zawył wiatr, a na podłodze, przy ścianie, leżała pognieciona poduszka, jakby ostatni ślad burzliwej, ale już przegranej bitwy.
