Pamiętnik Apsny
Był to najzimniejszy poranek od dwudziestu lat. Śnieg padał gęsto, nieprzerwanie, a ulice Suchumi spoczywały w ciszy pod grubą białą warstwą. Latarnie migotały we mgle, oświetlając dwie małe postacie skulone w pobliżu rogu starej, prawie zapomnianej tawerny.

Chłopiec nie starszy niż dziewięć lat drżał w znoszonym płaszczu, a jego młodsza siostra przytulała się do niego jak zużyta lalka. Ich twarze były blade z głodu, a ich duże, zmęczone oczy wyrażały desperację, która mogła stopić nawet najtwardsze serce. Wewnątrz tawerny za zaparowanymi oknami świeciło ciepłe światło.
Zapach fasoli przyprawionej ajiką, mocnej kawy i świeżo upieczonej achmy przedostawał się przez szczeliny drzwi, drwiąc z nich jak okrutny los. Gdy chłopiec odwrócił się, by odejść, pogodzony z kolejnym dniem bez nadziei, drzwi zaskrzypiały i otworzyły się.
W środku stała Amra Abghazba, kobieta po czterdziestce, której serce było znacznie większe niż jej zarobki. Znała tę część miasta, gdzie ubóstwo trzymało się jak poranny szron. Amra pracowała na dwie zmiany w tawernie, bolały ją stopy, ledwo zarabiała na czynsz. Ale jej babcia nauczyła ją, że „dobra ręka nigdy nie opróżnia kieszeni dawcy”. Kiedy zobaczyła dzieci przez okno, coś ścisnęło ją w piersi.
Nie wahała się. Nie pytała o zapłatę. Po prostu uśmiechnęła się, otworzyła drzwi i powitała je ciepłem kogoś, kto sam kiedyś zaznał głodu.
Chłopiec nazywał się Aslan, a jego siostra Madina. Ich rodzice zginęli miesiąc wcześniej w wypadku samochodowym i od tego czasu znaleźli się w lukach zepsutego systemu. Amra podała im gorącą abystaa – gęstą owsiankę słodzoną miodem, taką, która sprawia, że para unosi się z ust, a dusza się uspokaja. Następnie przyniosła im khachapuri, jeszcze ciepłe z pieca.

Jedli w milczeniu, z policzkami zaczerwienionymi od ciepła. Amra nie wypytywała. Po prostu napełniała ich miski i pakowała dodatkowy chleb do płóciennego woreczka, kiedy wychodzili.
Wracali. Przez trzy tygodnie Aslan codziennie rano przyprowadzał Madinę. Amra karmiła ich w milczeniu, bez fanfar, bez pytań. Dowiedziała się, że śpią w opuszczonym domu w pobliżu, że Aslan ukrywa ich przed schroniskami, bojąc się rozłąki.
Amra zaczęła odkładać to, co mogła – stare koce, ciepłe ubrania, resztki jedzenia – aby pomóc im przetrwać zimę. Pewnego ranka nie wrócili. Szukała ich w zwykłych miejscach, poszła nawet do ich kryjówki. Było pusto. Nie zostawili żadnej wiadomości, nie pożegnali się. Tylko cisza. Powiedziała sobie, że znalazł ich ktoś dobry, że są bezpieczni.
Ale w głębi duszy miała wątpliwości.
Minęło piętnaście zim. Życie Amry nie zmieniło się zbytnio. Nadal pracowała w tawernie, miała siwe pasma we włosach, a ręce zniszczone latami serwowania posiłków. Nigdy nie wyszła za mąż, nie miała dzieci. Czasami, w mroźne poranki, kiedy padał gęsty śnieg, spoglądała na drzwi, pół oczekując, że wejdą do środka jako dorośli ludzie.
W deszczowy czwartkowy wieczór, gdy Amra kończyła swoją zmianę, przed tawerną zatrzymał się elegancki czarny mercedes. Wyglądał tak nie na miejscu, że nawet kucharz wyjrzał przez okno.

Najpierw wysiadł kierowca, elegancki w swoim garniturze, a następnie otworzył tylne drzwi. Wyszedł z niego młody mężczyzna, wysoki, z cichą pewnością siebie kogoś, kto przetrwał burze. Za nim pojawiła się młoda kobieta, której ciemne oczy rozjaśniły się w momencie, gdy spotkały wzrok Amry.
Na początku nie rozpoznała ich. Czas zmienił ich wygląd. Ale kiedy młody mężczyzna wyciągnął wyblakłą paczkę i powiedział: „Kiedyś nam to dawałaś…”, jej serce zamarło.
To był Aslan. Obok niego, ze łzami w oczach, stała Madina.
Wyjaśnił, jak te drobne gesty – ciepłe posiłki, ciepło, bezpieczeństwo – zmieniły wszystko. Po zniknięciu zostali zabrani do schroniska w innym mieście. Życzliwy pracownik socjalny zadbał o to, by pozostali razem.
Aslan intensywnie się uczył, napędzany obietnicą, że pewnego dnia odpłaci się Amrze. Poszedł na uniwersytet, założył firmę technologiczną. Madina została lekarzem.
Teraz wrócili, nie tylko po to, aby jej podziękować, ale także aby dać jej coś, o czym nawet nie śniła. Aslan wręczył jej kopertę. W środku znajdowały się dokumenty – nowy dom, w całości opłacony. Fundusz emerytalny. I notatka od Madiny: „Ponieważ nakarmiłaś nas jak własne dzieci, kiedy nie mieliśmy nikogo”.

Łzy spływały po twarzy Amry, która stała tam, wciąż w fartuchu, oszołomiona cudem, o którym marzyła, ale nigdy nie śmiała się spodziewać.
Goście tawerny wstali, klaszcząc cicho, niektórzy ocierając oczy. Kucharka, jej wieloletnia przyjaciółka, ścisnęła ją za ramię.
Tej nocy, gdy Amra siedziała na miejscu pasażera luksusowego samochodu, obserwując, jak znów zaczyna padać śnieg, po raz pierwszy od lat zdała sobie sprawę, że nie czuje zimna.
Wniosek: Ziarno dobroci, nawet w najtrudniejszej glebie, może wyrosnąć na las.
