– Słyszałeś? Babcia wszystko słyszy – powiedziała cicho Agłaja, wskazując na ogłoszenie.
– Pokój do wynajęcia. Bez psa, z babcią – przeczytała, spoglądając na Nikitę. – Chcesz zobaczyć? Może blisko twojej pracy.
– Bez psa okej, ale „z babcią” mnie niepokoi – mruknął Nikita, rzucając okiem na laptop. – Dobrze, zobaczymy.
Pokój mieścił się w starej, zniszczonej kamienicy z wysokimi sufitami i popękanymi parapetami. Drzwi otworzyła statyczna, dostojna kobieta z prostą sylwetką, siwymi lokami i przenikliwym wzrokiem.
– Proszę wchodzić. Jestem Wiera Stiepanowna. Możecie się wprowadzać od dziś. Ale ostrzegam: cisza po dziewiątej, czajnik włączamy tylko do ósmej wieczorem, gorąca woda w łazience dostępna w piątki. Proszę też o kapcie. Hałas obcych mnie nie interesuje.
– A jeśli będziemy chcieli coś ugotować? – spytała niepewnie Agłaja.
– Zgodnie z harmonogramem. Śniadania do ósmej, obiady po trzynastej, kolacje do siódmej. Żadnych nocnych pierogów! I nie zamykajcie drzwi w łazience, gdyby potrzebna była pomoc.
Nikita już miał odejść, ale Agłaja uśmiechnęła się i skinęła głową:
– Wszystko w porządku. Pokój jest fajny.
Tak trafili do domu Wieri Stiepanowny.
Początkowo wszystko wydawało się niemal magiczne. Rano babcia słuchała Czajkowskiego, parzyła kakao i czytała na głos „Argumenty i Fakty”. Stare fotografie w złoconych ramach zdobiły korytarz: młoda Wiera w mundurze, na balu, z mężem w Afryce, z kotem Musią. Musia odeszła w 1999 roku, ale naczynia z wygrawerowanym napisem „Musino” wciąż stały na półce.
– Widzisz, jaka intelektualna? – szeptała Agłaja.
– Aha. Dziś włączyłam suszarkę, a ona stuknęła w ścianę i krzyknęła, że „burżuazyjny hałas” przeszkadza jej oddychać.
Z czasem babcia zaostrzyła reguły. Najpierw powiesiła grafik korzystania z toalety, potem ogłosiła „dzień sanitarny” w środy, a wkrótce wprowadziła obowiązkowy wieczorny raport: każdego wieczoru Nikita i Agłaja musieli odwiedzać Wierę Stiepanownę i opowiadać, jak minął dzień.
– Mieszkacie w moim domu, muszę wiedzieć, czym oddychacie. Bezpieczeństwo przede wszystkim! – mówiła, uśmiechając się przez zęby.
Po trzech miesiącach Nikita zorganizował „bunt”. Wszedł do kuchni o wpół do dziewiątej, włączył czajnik i wyjął parówki.
– Co to za bezczelność?! – wpadła babcia. – Mówiłam, kolacja do siódmej!
– Płacimy za mieszkanie, mamy prawo! – odparł Nikita.
– Młody człowieku, mam ustny, lecz solidny kontrakt. Kto nie szanuje, wylatuje! – krzyknęła, rzucając w niego chochlą.
– Koniec, wychodzimy! – oznajmił Nikita, pakując rzeczy.
Ale tej samej nocy wszystko się zmieniło.
– Zobacz – pokazała Agłaja ogłoszenie online: „Pokój do wynajęcia. Bez psa, z babcią”. Ta sama fotografia, ta sama kobieta.
– To nasze mieszkanie? – zdziwił się Nikita.
– Tak. Właśnie odświeżyli ogłoszenie.
Rano zadzwonił nieznany numer.
– Dzień dobry, interesuje mnie pokój u Wieri Stiepanowny. Już się wyprowadziliście? Jak wam się mieszkało? – padło pytanie.
Okazało się, że Wiera Stiepanowna wynajmuje pokój co trzy miesiące. Nowi lokatorzy płacą za pierwszy i ostatni miesiąc po 12 000 rubli, potem „wyrzucają za złamanie regulaminu”. Pieniędzy nie zwraca.
– To oszustwo! – oburzył się Nikita. – Płaciliśmy legalnie.
– Legalnie? Ja przelewałam na jej kartę z dopiskiem „pomoc babci” – rozmyślała Agłaja. – Nie mieliśmy umowy, po prostu mieszkaliśmy.
Wieczorem wrócili do pokoju babci.
– Wiera Stiepanowna, wszystko jasne. To schemat? Czerpie pani zyski z lokatorów?
– Młodzi, sami wszystko popsuliście. Dlaczego włączyliście czajnik o ósmej wieczorem? Czemu dotknęliście Musinej filiżanki? Proszę grzecznie, a wy naruszacie! – oburzyła się.
– Nie mamy umowy, ale mamy paragony. Możemy iść do sądu.
– Sąd? Na babcię? – wykrzyknęła teatralnie. – Nie macie sumienia!
– Wiemy, jak grać. Albo zwracacie pieniądze, albo…
– Albo?
– Będziemy tu mieszkać naprawdę, według naszych zasad, z czajnikiem, kiedy chcemy.
Wiera Stiepanowna zamyśliła się. Po raz pierwszy ktoś nie wyszedł urażony, lecz pozostał z wyzwaniem.
Od tego dnia rozpoczęło się dziwne życie: babcia organizowała „kontrole”, zaglądała przez szpary, wyłączała prąd „dla profilaktyki”, a Nikita z Agłają ustawiali timer na czajnik, głośno śmiali się w łazience i urządzali mini-koncerty w korytarzu.
– Kto kogo? – szeptał Nikita, wnosząc przenośny głośnik.
Po miesiącu babcia poddała się.
– Młodzi, propozycja: mieszkanie komunalne, długi biorę na siebie. Chcecie mieszkać, wykupujcie część, spłacicie dług.
Agłaja i Nikita wymienili spojrzenia. Ceny przerażały, ale lokalizacja w centrum, wysokie sufity, metro w pięć minut.
– A Musia? – spytała Agłaja.
– Musia błogosławi – skinęła Wiera Stiepanowna, głaszcząc stare zdjęcie.
– Nie zostawicie mnie? – spytała na pożegnanie. – Upiekę wam pierogi.
– Tylko jeśli pozwolicie zamykać drzwi w łazience – zaśmiał się Nikita.
Tak zyskali własne mieszkanie, a babcia stała się „w pogotowiu”. Pierogi wyszły wyśmienite, czajnik gotował nawet o trzeciej w nocy bez groźby chochli.
Pół roku później ich życie weszło w spokojny rytm. Pokój w kamienicy był już ich, a Wiera Stiepanowna – była gospodyni, sąsiadka w swojej części mieszkania. Umowa regulowała wspólne korzystanie z kuchni i łazienki, kolejność porządku i kapcie według uznania.
– To jej sposób na „przepraszam”. Albo „wciąż tu jestem” – uśmiechnął się Nikita. Czasem wieczorami, gdy śnieg padał za oknem, a grzejniki cicho bulgotały, słyszeli z naprzeciwka starą fonograf „Sonatę Księżycową”. Agłaja stawiała dwa czajniki – jeden dla siebie, drugi na parapet, jakby dla niewidzialnej osoby. Nikita, przechodząc obok drzwi z tabliczką „Musia”, ledwo słyszalnie mówił:
– Dziękuję.
Cisza w domu babci.