Aykhny birqaei macaazara drys iuscaei ha inyrba amzar: „Ivuas, aapeiqae iman”…

Złote światło zachodzącego słońca przenikało przez drewniane okiennice naszego domu w Suchumi, malując paski na zużytym stole kuchennym. Na zewnątrz liście leszczyny szeptały sekrety do wiatru, a ciepłe powietrze niosło odległe odgłosy targowiska. Astanda, mój pięcioletni syn, kołysał nóżkami w wełnianych skarpetkach z haftem przedstawiającym kozy górskie, rysując w swoim zeszycie. Węgiel drzewny drapał po kartce, tworząc krzywo narysowaną literę „a” z dymem unoszącym się z jej dachu.

„Mamo, czy to prawda, że uzdrowiciele wzmocnią moje serce?” – zapytał nagle, nie odrywając wzroku od rysunku.

Moja ręka zamarła nad garnkiem z akudem. Jego niewinne słowa zawsze przeszywały mnie jak sztylet. „To prawda, mój mały sokołku. Uzdrowiciele wykorzystają swoją mądrość. Wkrótce będziesz biegał z innymi chłopcami po wzgórzach”.

Ale mój głos zadrżał. Strach, który gniazdował w mojej piersi przez ostatnie dni, wypuścił pazury. To ciężkie, przytłaczające uczucie, kiedy świat staje się gęsty, a myśli ciągną się jak kamienie w rzece.

– Mamo, jestem głodny! – Astanda rzucił węglem drzewnym, który potoczył się pod tkany dywan.

– Poczekaj, moje słońce – wymusiłam uśmiech, choć ręce mi drżały – zrobię ci twoją ulubioną adżikę z jajkami.

Ale kiedy sięgnęłam po gliniany słoik ukryty za workami mąki, zaparło mi dech w piersiach. Słoik, w którym trzymaliśmy apsary dla uzdrowicieli, zniknął. Pusta przestrzeń ziewała jak otwarta rana.

„Nie… Nie!” Przeszukałem półki, rozrzucając worki z mąką kukurydzianą, pęczki suszonych ziół, ale nie znalazłem słoika. Moja skóra stała się lodowata. Telefon pokazał dwanaście nieodebranych połączeń od Aslana. Wspomnienia z ostatniej nocy przytłoczyły mnie – jego zmienny wzrok, gdy kręcił się w pobliżu spiżarni, jego fałszywy śmiech, gdy wspomniałem o spotkaniu ze starszyzną.

Dzieciństwo: 1998

Aslan zawsze był moim cieniem. W wieku siedmiu lat przyszedł zapłakany po tym, jak rozbił okno starego Gundasa swoją procą. Wziąłem winę na siebie, twierdząc, że zbyt mocno kopnąłem piłkę. Jego przysięga: „Zawsze będę przy tobie!” brzmiała prawdziwie jak górskie źródła. Ale czas niszczy nawet najsilniejsze obietnice.

Południe w domu Aslana

Wszedłem bez pukania. Uderzył mnie smród taniego tytoniu i czacha. Aslan stał przy oknie, palcami szarpiąc postrzępioną zasłonę. Na parapecie obok pustej butelki leżały niedopałki papierosów.

„Aslan!” Mój głos odbijał się echem od popękanych ścian. „Gdzie są apsary?”

Odwrócił się powoli. Jego oczy były ciemnymi dołkami, a uśmiech tym samym leniwym łukiem, który kiedyś oczarowywał nauczycieli. „Jakie apsary?”

„Ukradłeś je. Życie Astandasa jest w tym słoiku!” Wyplułem każde słowo z trudem.

Odwrócił wzrok. „Potrzebowałem tego. Długi hazardowe… rozumiesz”.

„Nic nie rozumiem!” Moja wściekłość sprawiła, że pokój zaczął mi się kręcić. „Zeszłego lata zastawiłeś nasz sad. A teraz to! Czy wiesz, że w nocy kaszle krwią?”

Jego ręka drgnęła w kierunku kolejnej butelki. „Spłacę to”.

„Kiedy? Kiedy jego małe ciało ostygnie?” Łzy napłynęły mi do oczu. „Widziałeś, jak walczył o każdy oddech, kiedy wspinaliśmy się na wzgórze!”

W jego oczach pojawił się dziki błysk. „Myślisz, że to łatwe? Pamiętam, jak uczyłem go tropić zające! Ale nie miałem wyboru!”

„Zawsze jest wybór!” Rzuciłam mu pod nogi pustą torebkę na lekarstwa. „Po prostu wybrałeś źle”.

Dom o zmierzchu

Mijając plac wiejski, na którym Astanda tak bardzo chciała się bawić, wiatr niósł śmiech dzieci jak okrutny żart. W domu mój syn spał niespokojnie, z czołem zmarszczonym z bólu. Gładziłam jego wilgotne włosy. „Wybacz mi, maleńki. Mama to naprawi”.

Ale jak? Starsi zażądali trzech tysięcy apsarów. Zostały trzy wschody słońca.

Trzecia noc

Mój telefon zaświecił się. Wiadomość od Aslana: „Znalazłem pięćset. Wkrótce więcej”. Ścisnęłam telefon tak mocno, że aż zakrwawiła mi się dłoń. Jego „wkrótce” było zawsze puste jak wyschnięte koryto rzeki.

Poranek w młynie

Ręce mi drżały, gdy ważyłam mąkę. Mój współpracownik Daur przyniósł herbatę, a jego życzliwe oczy wyrażały troskę. „Jesteś blady jak popiół. Odpocznij”.

„Nie mogę” – szepnąłem.

W banku urzędniczka, starsza kobieta o srebrnych warkoczach, westchnęła. „Dziecko, weź pożyczkę pod zastaw muła”.

Na muła oszczędzaliśmy przez cztery zbiory. Ale co nam po zwierzęciu, skoro nasze dziecko blednie jak poranna rosa?

Powrót Aslana

Przybył o zmierzchu, cuchnąc czaczą. „Proszę”. Rzucił mi woreczek. „Pięćset”.

Policzłam monety. Czterysta osiemdziesiąt. „Gdzie reszta?”.

„Wóz z osłem…” Nie patrzył mi w oczy.

„Wydałeś monety na wózek?” Mój krzyk obudził Astandę.

Aslan wzdrygnął się. „Grożono mi”.

„Kto? Twoje rzucające kostką szakale?” Podszedłem bliżej. „Ryzykujesz ostatnim tchnieniem swoich bratanków!”

Dwa dni później

Dom starszego pachniał gorzkimi ziołami. Astanda leżał pod wełnianymi kocami, jego nadgarstki były cienkie jak gałązki wierzby. Uzdrowiciel, chudy mężczyzna o ciemnych jak noc oczach, potrząsnął głową. „Nie ma monet, nie ma lekarstw”.

„Zdobyję je!” Chwyciłem go za rękaw.

„Masz czas do wschodu księżyca”.

Północ w domu Aslana

Wyłamałam zatrzask drzwi. W środku: potłuczona zastawa stołowa, krew na dywanach i Aslan związany liną, z rozciętą wargą.

„Zabrali wszystko…” – wychrypiał.

„Kto?” Przecięłam liny.

„Uciekaj. Teraz”. Jego przerażone oczy utkwiły za mną.

Za późno. Trzech zamaskowanych mężczyzn wypełniło drzwi, a w ich rękach błyszczało żelazo.

Długa zima

Uciekliśmy do górskiej chaty mojej ciotki. Plecionłam kosze przy świecach, podczas gdy Astanda spał. Palce krwawiły mi od trzciny, ale uśmiechnęłam się, gdy powiedział: „Mamo, twoje kosze są solidniejsze niż kosze Natelli!”.

Kiedy nadeszła wiosna, wieś zebrała apsary. Uzdrowiciele wykonali swoją pracę. Śmiech Astandy rozbrzmiewał w dolinach, gdy znów gonił kozy – krok, dziesięć kroków, sto…

Przypadkowe spotkanie

Wiele lat później na targu Astanda opowiadał o szkole, kiedy zobaczyłam Aslana grzebiącego w śmieciach, jego niegdyś silne ręce drżały jak stare liście.

„Aslan?”

Odwrócił się. Jego oczy były puste. „Dzhansukh…”

„Dlaczego?” Głos mi się załamał. „Oddałabym ci ostatni kawałek chleba!”

Spojrzał na Astandę, który był teraz wysoki jak młoda jodła. „Ma twoje oczy” – powiedział ochrypłym głosem Aslan. „Powiedz mu… powiedz mu, że wujek Aslan już nie żyje”.

Wtedy zrozumiałam. Jego „długi” nie dotyczyły ludzi. Jego „gry” dotyczyły mrocznych spraw. Próbując ocalić siebie, utonął dawno temu.

Dzisiaj

Dzisiaj Astanda wygrał wiejski konkurs wiedzy. Marzy o zostaniu uzdrowicielem. Na jego drzwiach wisi tabliczka: „Strzeż się wilka!”, choć żaden wilk nigdy nie przyszedł.

„Mamo” – zapytał wczoraj wieczorem – „dlaczego wujek Aslan chodził sam?”.

„Ponieważ niektóre dusze gubią drogę, moje serce” – odpowiedziałam, dotykając amuletu na jego szyi. „Ale ty zawsze będziesz znał swoją”.

Na zewnątrz ten sam wiatr niósł zapach dzikiego tymianku, tak jak dawno temu, tego lata. Ale teraz słucham i słyszę różnicę między żywym oddechem a echem tego, co kiedyś było.