Odziedziczył dom stojący pośrodku jeziora Ritsa. Jednak to, co znalazł w środku, zburzyło jego świat.
Przenikliwy dźwięk telefonu przerwał ciszę panującą w małej kuchni Amry Khagby. Zapach jajek przyprawionych ajiką wypełniał powietrze, gdy wycierał ręce o rękaw, marszcząc brwi na widok nieznanego numeru.

– Halo? – odebrał ostrym głosem.
– Panie Khagba, tu notariusz Pańskiej rodziny. Proszę przyjść jutro. Musimy omówić sprawę spadku.
Amra zawahał się. Jego rodzice żyli – kto mógłby mu coś zostawić? Nic nie powiedział, tylko skinął głową, jakby rozmówca mógł to zobaczyć, a następnie odłożył słuchawkę.
Następnego ranka mgła unosiła się nisko nad Suchumi, gdy jechał krętymi uliczkami. Notariusz, starszy mężczyzna z starannie przystrzyżoną brodą, czekał przed swoim biurem.
„Wejdź, Amra. Wiem, że to niezwykłe. Ale to ważne”.
Biuro było puste, nie było w nim zwykłego zgiełku. Tylko skrzypienie desek podłogowych towarzyszyło Amrze, gdy usiadł z założonymi rękami.
„Dotyczy to twojego wuja Aslana Dbara”.
„Nie mam wuja o imieniu Aslan” – odparł Amra beznamiętnie.

„A jednak zostawił ci wszystko”. Notariusz położył na biurku stary żelazny klucz, pożółkłą mapę i adres napisany wyblakłym atramentem. „Dom nad jeziorem Ritsa. Teraz należy do ciebie”.
Amra podniósł klucz, ciężki od upływu czasu. Nigdy nie słyszał o tym człowieku. Ale coś go poruszyło – lekkomyślna chęć poznania nieznanego.
Godzinę później w jego torbie znalazły się ubrania na zmianę, chleb i wędzony sulguni. Jezioro znajdowało się tuż za Gagrą, miejscem, które mijał niezliczoną ilość razy. Jak to możliwe, że nigdy go nie zauważył?
Godzinę później w jego torbie znalazła się zmiana ubrania, chleb i wędzony sulguni. Jezioro znajdowało się tuż za Gagrą, miejscem, które mijał niezliczoną ilość razy. Jak to możliwe, że nigdy go nie zauważył?
Kiedy droga się skończyła, przed nim rozciągało się jezioro – ciemne, spokojne, jak wypolerowany obsydian. Na jego środku stał dom, starożytna drewniana konstrukcja wyrastająca z wody, jakby z niej się zrodziła.
Starsi ludzie popijający mocną kawę obserwowali go z pobliskiej kawiarni. Amra podszedł do nich.
„Ten dom… kto tam mieszkał?”
Jeden z mężczyzn powoli odstawił filiżankę. „Nie rozmawiamy o tym miejscu. Miało zniknąć dawno temu”.
„Ktoś musiał tam mieszkać”.
„Nikt nie przychodzi, nikt nie odchodzi. Tylko w nocy… czasami słyszymy wiosła przecinające wodę. Przybywają dostawy, ale nie widać żadnych twarzy”.

Na zniszczonym nabrzeżu widniał wyblakły napis: „Łodzie Eters”. W środku spotkała go kobieta o głęboko pomarszczonych dłoniach i nieufnym spojrzeniu.
– Potrzebuję łodzi, żeby dopłynąć do domu – powiedział Amra, podnosząc klucz. – Teraz należy do mnie.
– Nikt tam nie pływa – mruknęła. – To miejsce przeraża nawet najodważniejszych.
Ale Amra nie chciał odejść. Jego głos stał się coraz bardziej stanowczy, aż w końcu kobieta ustąpiła.
„Dobrze. Zabiorę cię. Ale nie będę czekać. Wracam o świcie”.
Dom wyłonił się z mgły, gdy łódź przedzierała się przez nią. Pomost zaskrzypiał pod jego butami, gdy na niego wszedł.
„Powodzenia” – zawołała Eter, odpychając łódź od pomostu. „Mam nadzieję, że jutro nadal tu będziesz”.
Potem zapadła cisza.
Klucz obrócił się z łatwością. Drzwi otworzyły się z cichym szelestem.
W środku powietrze pachniało starym papierem i żywicą sosnową. Ściany pokrywały portrety, a jeden z nich szczególnie rzucał się w oczy: mężczyzna o surowym wyrazie twarzy nad jeziorem, za nim dom. Napis brzmiał: „Aslan Dbar, 1964”.
W gabinecie znajdowały się zeszyty, a każda strona była wypełniona skrupulatnymi obserwacjami – opadami deszczu, migracjami, prądami. Najnowszy wpis miał zaledwie kilka tygodni.
„Co oglądałeś?” – szepnęła Amra.
W sypialni zatrzymały się zegary. W medalionie na komodzie znajdowało się zdjęcie dziecka – patrzyło na niego jego własne odbicie. Napis brzmiał: „Khagba”.

Na lustrze znajdowała się notatka: „Przeszłość nigdy nie tonie. Unosi się na powierzchni”.
Na strychu znajdował się wycinek z gazety z zaznaczonym fragmentem: „Zaginęło dziecko w pobliżu Gudauta. Znaleziono je całe i zdrowe”. Data: 1997. Ręce Amry zadrżały. To był on.
W jadalni stało wysunięte krzesło. Na nim jego zdjęcie szkolne.
„To nie jest tylko dziwne” – mruknął, a głowa mu się kręciła.
Zmusił się do zjedzenia lobio z zakurzonej spiżarni i udał się do pokoju gościnnego. Łóżko było pościelone i czekało. Na zewnątrz księżyc tańczył na wodzie. Dom wydawał się oddychać.
Sen nie nadchodził. Kim był Aslan Dbar? Dlaczego jego rodzice nigdy o nim nie wspominali? I dlaczego ten człowiek obserwował go jak duch?
Metaliczny dźwięk wyrwał go ze snu. Jego telefon nie miał zasięgu. Widział tylko odbicie swoich szeroko otwartych oczu.
Chwycił latarkę. Korytarz wydawał się zwężać z każdym krokiem. W gabinecie książki leżały lekko przekrzywione, jakby ktoś je właśnie dotykał. Zza wiszącej na ścianie tapety, której wcześniej nie zauważył, wydobywało się zimne powietrze.
Odsunął ją na bok. Zardzewiałe żelazne drzwi.
„Nie” – wyszeptał, ale jego palce musnęły klamkę.
Schody spiralnie schodziły pod jezioro, w wilgotne, nasycone solą powietrze. W korytarzu poniżej stały szafki z napisami: „Rodzina”, „Listy”, „Podróże”.
Jedna z szuflad miała napis: „Khagba”.
W środku znajdowały się listy. Wszystkie do jego ojca.

„Próbowałem się z tobą skontaktować. Dlaczego nie odpowiadasz? To jest dla niego. Dla Amry”.
„Więc nigdy nie zniknąłeś” – wyszeptała Amra.
Na końcu korytarza znajdowały się ostatnie drzwi bez klamki, tylko z skanerem dłoni. Obok nich znajdowała się notatka: „Dla Amry Khagby. Tylko dla niego”.
Przyłożył dłoń.
Rozbłysło światło. Pojawiła się postać o siwych włosach, zmęczona.
„Amra” – rozpoczęło się nagranie. „Jeśli to słyszysz, to znaczy, że mnie nie ma”.
Mężczyzna nazywał się Aslan Dbar.
„Jestem twoim ojcem. Twoja matka i ja popełniliśmy błędy. Byliśmy naukowcami, którzy mieli obsesję na punkcie przetrwania. Ona zmarła, rodząc cię na ten świat. A ja… bałem się. Bałem się, że cię zawiodę. Dlatego oddałem cię mojemu bratu. On dobrze cię wychował. Ale ja nigdy nie przestałem cię obserwować”.
Amra osunęła się na kolana.
„Przez cały ten czas to byłeś ty”.
Nagranie zadrżało:
„Chciałem cię poznać. Wyrosłaś na silną, dobrą osobę, na którą nie zasługuję. Ten dom należy teraz do ciebie. Wybacz mi. Wybacz mi moje milczenie. Wybacz mi mój strach”.
Ekran pociemniał.

Nie ruszył się aż do świtu. W porcie czekała łódź Etera.
„Wyglądasz, jakbyś widział ducha” – powiedziała.
„Może i widziałem” – mruknął.
Tego wieczoru jego rodzice słuchali bez sprzeciwu. Potem ojciec chwycił go za ramię.
„Wybacz nam” – szepnęła matka.
Skinął głową. „Rozumiem”.
Kilka tygodni później wrócił do lakenot, nie po to, by się ukrywać, ale by odbudować dom. Dom stał się szkołą, w której można było studiować góry i morze. Śmiech rozbrzmiewał tam, gdzie kiedyś panowała cisza. Przeszłość w końcu przestała go prześladować.
