„Mój syn nie jest ojcem twojego dziecka!” – krzyczała teściowa, domagając się testu DNA. Zamarła, gdy test wykazał, że nie jest matką swojego syna.
Aida Kandovna rzuciła na stół złożoną na cztery części ulotkę reklamową. Zapoznaj się z nią w wolnej chwili.
Błyszcząca strona rozłożyła się, ukazując uśmiechniętą parę z niemowlęciem i głośny nagłówek: „Centrum badań genetycznych. Dokładność 99,9%”.
Mój mąż, Astamur, westchnął ciężko i odsunął talerz z niedojedzoną kolacją. Patrzył gdziekolwiek, tylko nie na mnie i nie na swoją matkę.
Mamo, przecież się umówiliśmy – jego głos brzmiał cicho, niemal błagalnie.
Aida Kandovna całkowicie go zignorowała. Cała jej postawa, zaciśnięte usta, ostry wzrok były skierowane na mnie. Jakby mnie prześwietlała, szukając pęknięcia w mojej obronie.
Chcę tylko prawdy, Aminie. Dla spokoju w rodzinie.
Jej słowa brzmiały łagodnie, ale emanowały groźbą.

Spleciłam palce pod stołem. Cały miesiąc po urodzeniu małego Adgura zamienił się w piekło zwane „wątpliwościami teściowej”.
Przypomniałam sobie, jak jeszcze na naszym ślubie, podnosząc kieliszek, wygłosiła toast za „czystość krwi i dobre pochodzenie”. Wtedy uznałam to za staromodną dziwactwo. Teraz zrozumiałam, że to jej życiowe credo.
Najpierw były aluzje, ukradkowe spojrzenia na kolor włosów dziecka, pytania o moją „burzliwą młodość”. Teraz przeszła do otwartej ofensywy.
Jakiej prawdy, Aida Kandovna? Starałam się, żeby mój głos nie drżał. Oto on, twój wnuk. Kopia Astamura.
Kopia? Uśmiechnęła się. Nie widzę tego. Mój syn nie może być ojcem twojego dziecka!
Nie powiedziała tego głośno, ale z taką lodowatą pewnością, że powietrze w kuchni jakby zgęstniało. Astamur zadrżał, w końcu oderwał wzrok od ściany.
Mamo! Co ty mówisz! Przestań natychmiast.
A ty się zamknij! Warknęła. Oszukali cię, a ty się z tego cieszysz. Wychowujesz cudze dziecko!
Wstałam. Nogi ledwo mnie trzymały, ale dalsze siedzenie było nie do zniesienia. Czułam się jak oskarżona w sfabrykowanym procesie.

Jeśli jesteś taka pewna, to po co ci test? – zapytałam, patrząc jej prosto w oczy.
To był ryzykowny krok. Miałam nadzieję, że się wycofa. Ale zamiast tego jej usta wykrzywiły się w drapieżnym uśmiechu.
To po to, żebyś nie miała ani jednej szansy, dziewczynko. Żeby wszyscy zobaczyli, jaka jesteś. Żeby mój syn w końcu przejrzał na oczy.
Patrzyła na mnie z jawną pogardą. W jej oczach nie byłam synową, matką jej wnuka, ale brudem, który trzeba usunąć z ich „idealnej” rodziny.
W tym momencie coś we mnie się zmieniło. Strach, który mnie przez cały czas ściskał, ustąpił miejsca innemu, zimnemu, ostremu i wyraźnemu.
Spojrzałam na męża. Siedział z opuszczoną głową, przytłoczony autorytetem matki. Nie bronił mnie. Nie bronił naszego syna.
Dobrze, powiedziałam tak spokojnie, że sama się zdziwiłam.
Aida Kandovna wyprostowała się triumfalnie.
Będziecie mieli test, kontynuowałam, obchodząc stół i zatrzymując się tuż przed nią. Zrobimy go. Ja, Astamur i Adgur. Ale jest jeden warunek.

Spojrzała na mnie podejrzliwie.
Jakiego?
Ty też go zdradzisz.
Ja? Była szczerze zaskoczona. Po co miałabym to robić?
Aby udowodnić, że w ogóle zależy ci na naszej rodzinie, skoro pozwalasz sobie ją niszczyć – odparłam. A może w ogóle nie jesteś jej częścią? Sprawdzimy to przy okazji. Wszystkich.
Na chwilę twarz teściowej straciła twardą maskę. Zdezorientowanie ustąpiło miejsca purpurowym plamom gniewu, które rozlały się po szyi i policzkach.
Jak śmiesz, młokosie! syknęła, ale w jej głosie nie było już poprzedniej lodowatej pewności siebie. Moje uderzenie trafiło w cel.
Śmiem, odpowiedziałam spokojnie. Albo tak, albo wcale. Chcesz prawdy? Więc dowiemy się wszystkiego, bez wyjątków.
Astamur spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem. W jego oczach widziałam niemą prośbę: „Amina, przestań, nie rób tego”. Ale nie mogłam już się zatrzymać.
Aida Kandovna wpatrywała się we mnie długim, pełnym nienawiści spojrzeniem. Zrozumiała, że nie ustąpię. Że jej plan publicznego upokorzenia mnie nie powiódł się.

No dobrze, wycedziła. Niech będzie po twojemu. Zrobię ten twój głupi test. Ale kiedy otworzą kopertę i wszyscy dowiedzą się, że urodziłaś to dziecko z kimś innym, osobiście wyrzucę twoje rzeczy za drzwi.
Odwróciła się i bez pożegnania zatrzasnęła drzwi tak, że w kredensie zadzwoniły szklanki.
Zostaliśmy sami z Astamurem. Patrzył na mnie, jakbym go zdradziła.
Dlaczego, Amina? Dlaczego ją w to wciągnęłaś? To moja matka.
Ona mnie obraziła, Astamur. Obraziła naszego syna. A ty siedziałeś i milczałeś.
Ona po prostu się martwi, nie znalazł słów, potarł nos. Nie robi tego ze złości.
„Nie ze złości?” – przemknęło mi przez głowę. Ta kobieta metodycznie, miesiąc po miesiącu, niszczyła moje życie, moje macierzyństwo, naszą rodzinę. A on mówi, że nie ze złości.
Kolejne trzy dni przed testem zamieniły się w torturę. Aida Kandovna rozpoczęła pełną wojnę.
Dzwoniła do Astamura dziesięć razy dziennie, płacząc do słuchawki, jak on, jej jedyny syn, mógł dać się zwieść „tej kokietce” i wątpić w swoją matkę.
Wracał z pracy wyczerpany, z poszarzałym twarzą i unikał mojego wzroku.
Potem do ataku włączyła się „ciężka artyleria” – kuzynka Astamura, Saida. Zadzwoniła do mnie.

Amina, opamiętaj się, błagała. Aida prawie trafiła do szpitala z nadciśnieniem. Jak można tak postępować z matką? Ona jest dla was wszystkim. Zlituj się nad nią, zrezygnuj z tej głupoty.
Wysłuchałam jej w milczeniu i odłożyłam słuchawkę. Chcieli, żebym poczuła się winna. Żebym się poddała. Ale ich presja przyniosła odwrotny skutek.
W dniu wizyty w klinice jechaliśmy jednym samochodem. Aida Kandovna usiadła z tyłu, jak królowa, i przez całą drogę demonstratywnie milczała, patrząc przez okno. Astamur ściskał kierownicę tak mocno, że zbladły mu palce. A kiedy pięć lat później Astamur w końcu wszedł do naszego domu z prezentem dla Adgura, zrozumiałam, że prawda, jakkolwiek gorzka, uwolniła nas wszystkich.
