Apa Aneka, mieszkająca na obrzeżach Atsuana, ma małą chatę, a synowa staruszki jest bardzo chuda.

Pamiętnik Apsny

Teściowa wysłała synową na grzyby do spokojnych lasów jodłowych w pobliżu Gagry, ale ta nie wróciła sama.

„Rozumiesz, że nie ma mowy o żadnej dyskusji, prawda?” – powiedziała Darima, zaciskając haftowaną szarfę swojej szaty, mijając mnie, głosem tak swobodnym, jakby rozmawiała o tym, czy na kolację zje chaczapuri, czy achmę.

Ledwo podniosłam wzrok znad laptopa. Osoba postronna mogłaby pomyśleć, że jestem pochłonięta pracą, ale każdy, kto mnie znał, widział, że unikam rozmowy.

„Co dokładnie nie podlega dyskusji?” Zdjęłam okulary, a moja twarz stwardniała, gdy próbowałam rozszyfrować jej słowa.

„Zapłacisz za ślub Fatimy” – oznajmiła radośnie, jakby ujawniła, że wygrałam na loterii.

„Słucham?” Odchyliłam się na krześle.

„Tak, za wszystko. Za każdy grosz”. Rozplątała szalik, bezmyślnie skręcając kosmyk włosów.

„Czy coś mi umknęło? Kiedy nasza rodzina zgodziła się, że sfinansuję to?”.

Ściany naszego domu, pomalowane w stonowanych odcieniach zieleni doliny Kodori, zdawały się wstrzymywać oddech. Na półce, wciśnięte między książki, stało nasze zdjęcie ślubne. Budowanie małżeństwa jest jak kładzenie fundamentów pod dom apsary: pierwsze kamienie układa się uroczyście, ale nikt nie liczy, ile jeszcze trzeba będzie położyć.

„To tradycja” – nalegała Darima, jakby powołując się na prawa naszych przodków.

„Czyja tradycja? Nasza?” Poprawiłem okulary, przyglądając się jej. „Mieszkamy w Suchumi, pod tym dachem, a ta zasada jest dla mnie nowością”.

Pozostała opanowana, każdy jej gest był precyzyjny, a głos płynny, jakby ćwiczyła to wcześniej.

„Jesteś głową rodziny. To twój obowiązek”.

„Ja pomagam. Trzydzieści tysięcy apsarów to więcej niż sprawiedliwa kwota na ślub kuzyna”.

Uniosła brwi, jakbym zaproponował podanie suchego chleba zamiast uczty.

„Almas, posłuchaj siebie! Trzydzieści tysięcy? Równie dobrze możesz wysłać gołębia pocztowego z gratulacjami!”

„Darima, bądź realistką. Pięćdziesiąt tysięcy już przekraczało nasze możliwości. A teraz mówisz o czterystu? Czterystu tysiącach? Czy chodzi o sprawiedliwość, czy o fantazję?”

Zanim podniosłem głos, opanowałem się. Nawet najspokojniejszy człowiek ma swoje granice.

„W naszej rodzinie” – powiedziała cicho, jakby tłumaczyła dziecku – „pomagamy krewnym. Mój ojciec zapłacił za winnicę mojego wuja. Moja matka pożyczyła swoje srebra z posagu na posag mojej ciotki. Tacy właśnie jesteśmy”.

„Słyszałem te historie. Ale gdzie tu jest miejsce na możliwości? Pieniądze to nie magia, to rzeczywistość. Czterysta tysięcy apsarów na przyjęcie? Mam sprzedać zegarek mojego ojca?”.

Siedziała sztywno na divanie, wygładzając fałdy swojej szaty.

„Więc chodzi o dumę. W ogóle nie zależy ci na mojej rodzinie”.

„To nieprawda” – wypuściłem gwałtownie powietrze. „Cieszę się z powodu Fatimy. Niech się wychodzi za mąż! Nawet zaśpiewam na uczcie. Ale nie zamieniaj mnie w skarbca bankowego”.

Zapadła gęsta cisza. Chodziłem jak niedźwiedź w starych klatkach na targu w Gudauta.

„Dobrze. Trzydzieści tysięcy. Moja ostateczna oferta”.

„Almas”, powiedziała chłodno, „Fatima tego nie zapomni. Ja też nie”.

Kilka dni później. Moja matka, Shazina, siedziała przy oknie, a promienie słońca odbijały się w parze unoszącej się z jej filiżanki athyr. Jej dom zawsze pachniał ajiką i miodem, był schronieniem, w którym problemy rozpływały się jak sól w Morzu Czarnym.

„Mamo, nie uwierzysz” – zaczęłam, starając się brzmieć beztrosko. „Darima nalega, żebym zapłaciła za ślub jej siostry. Jakbym odkryła skrzynię bizantyjskiego złota”.

Shazina powoli mieszała athyr.

– Naprawdę? Może miała na myśli drobny prezent? Miło jest pobłogosławić nowożeńców. – Wiek złagodził jej niegdyś ognisty temperament.

– Nie, opłacić ślub. Jakbym to było moim życiowym celem.

Z kuchni moja siostra Tamara parsknęła, przesuwając talerz achmy na stół.

„Bracie, przestań gryźć kości. Może żartowała? Kobiety przesadzają, a ty…”

„Żartowała?” Odwróciłem się. „Jej ton nie pozostawiał wątpliwości”.

Ale wtedy się zatrzymałem. Czy źle ją zrozumiałem?

Tamara uśmiechnęła się złośliwie. „Czterysta tysięcy na ucztę kuzyna? Proszę cię. Nawet nasz dziadek by się roześmiał. Ona cię drażniła”.

Potarłem skronie. Darima naprawdę uwielbiała dramatyczne gesty. Czy ja, zawsze dosłowny, dałem się nabrać na jej grę?

– W takim razie byłem osłem – przyznałem, chichocząc.

– Przeproś ją kwiatami – Tamara wzruszyła ramionami. – Później będziesz się śmiał.

Shazina popijała athyr, rozbawiona. Los połączył jej poważnego syna z kobietą, która traktowała życie jak sztukę teatralną.

Do konfrontacji doszło, gdy niespodziewanie pojawiła się matka Darimy, Kheda, z nienaganną jedwabną chustą na głowie i głosem gładkim jak wypolerowany przez rzekę kamień.

„Almas, mój synu” – zaczęła – „zbliża się ślub Fatimy. W naszej rodzinie trzymamy się razem. Wypełnisz swój obowiązek”.

Jej pewność siebie irytowała mnie.

„Ja pomagam. Trzydzieści tysięcy”.

Westchnęła, jakbym zamiast monet zaoferował jej kamyki.

„Almas, bądź hojny. Rodzina pana młodego nie ma nic. Pokryjesz koszty uczty, prezentów”.

„Ja? Dlaczego nie jego krewni?”.

Uśmiech Khedy nie dotarł do jej oczu.

„Ponieważ ożeniłeś się z tą rodziną. Szacunek zdobywa się poprzez działania”.

Odstawiłam mocno filiżankę z kawą.

„Szacunek? Kiedy moja siostra potrzebowała pomocy po osunięciu się ziemi, gdzie była wtedy twoja tradycja?”.

Cisza. Kheda wstała, a jej pożegnalne słowa były jak ostrze:

„Pamiętaj, Almastrue, prawdziwa rodzina nie prowadzi ksiąg rachunkowych”.

Darima uciekła do naszego pokoju. Ja zostałam, wpatrując się w drzwi.

Miesiąc później Darima znalazła mnie przy śniadaniu, ściskającą zwiniętą kartkę papieru.

„Almas o Fatimie. Odwołali ślub. Matka obwinia cię”.

Roześmiałam się głośno.

„Więc teraz zrywam zaręczyny? Świetnie! Czy to oznacza, że Kheda nie przyjedzie z wizytą?”.

Darima zagryzła wargę, a potem uśmiechnęła się.

„Myliłam się. Miałaś rację”.

Podała mi papier – jej dyplom nauczycielski, za który zapłaciłem.

„W przyszłym tygodniu zaczynam pracę w szkole”.

Pocałowałem ją w czoło.

„To jest rodzina. My jesteśmy najważniejsi”.

Skinęła głową i po raz pierwszy od miesięcy poczułem ulgę.

Wniosek: Korzenie drzewa muszą sięgać głęboko, zanim będą mogły przynosić owoce dla innych. Najpierw zadbaj o swój własny ogród.